IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Wieża zegarowa Big Ben

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Ariael
Archanioł


Fabularnie : Złączony z nim wspólną przeszłością, Inu.
Liczba postów : 97
Join date : 04/04/2014

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Czw Kwi 17, 2014 7:56 pm

Gdyby tylko Uriel słyszał przemyślenia Belzebuba, pewnie spytałby od razu: czy powaga jest równoważna zgryzocie? To prawda, Ariael nie aprobował sarkazmu, cynizmu i tego typu urozmaiceń, ale wciąż potrafił się śmiać i nie odczuwał jakiejkolwiek goryczy. Żal za starymi czasami - owszem, aczkolwiek nigdy nie wyrywał sobie z jego powodu włosów i piórek. Co to, to nie.
Anioł spoglądał na demona z mieszaniną pogardy i współczucia dla jego nieokrzesania. Przypominał mu w tych swoich wybuchach śmiechu dziecko z wymalowanym na twarzy od ucha do ucha uśmiechem, cieszące się z byle powodu oraz trudne do uspokojenia. Co należało z takowym zrobić? Wedle zasad dobrego wychowania zignorować. Właśnie dlatego Uriel nie skomentował tych eksplozji wesołości, przyglądając się swoim idealnie równym paznokciom. Dopiero, gdy Belzebub się uspokoił, ten podniósł na niego wzrok i uśmiechnął kącikiem ust.
- Ale słoneczniki, w przeciwieństwie do róż, nie mają w sobie żadnej dostojności. W swej unikatowości i przelotnym pięknie są intrygujące. Dodatkowo często wykorzystuje się je jako antropopatyzm miłości. Są kłujące przy nierozważnym postępowaniu, lecz wciąż równie fascynujące. No i cieszą oko
Niebieskie tęczówki białowłosego zabłyszczały pod wpływem poświaty, której sprawcą było oświetlenie Big Bena. A może nie do końca? W końcu Ariael uwielbiał sztukę. Tego typu dywagacje i przemyślenia czasami pojawiały się w jego głowie, powodując nic innego, jak stan podobny do transu - przynajmniej wtedy, kiedy był sam. Bez żadnego towarzystwa. Teraz było inaczej. Nie mógł oddać się swojemu nastrojowi, zamiast tego zmuszono go bezczelnie do powrotu do rzeczywistości. Całe szczęście, że i ją można było określić mianem ciekawej, bo istotnie, chyba już by go tu nie było, gdyby trafił mu się wyjątkowo nudny diabełek.
- Lucyfer i troska o swoich podwładnych? To dopiero. - Westchnął, spoglądając w pusty kieliszek i kręcąc lekko głową. - Bóg zmienił swoje przymierze z ludźmi od tamtego czasu, więc nie masz co się martwić. Żaden ogrom nie trafi żadne z Twoich cichych kątów. Na razie.
Celowo zaakcentował ostatnią frazę, nie potrafiąc ukryć wpełzającego na wargi tajemniczego uśmiechu. Bóg zmienił swoje przymierze - te słowa były prawdą, jednak to on polecił Urielowi przywrócenie porządku na Ziemi. Ludzie dopuszczali się przez ostatnie lata czynów tak okrutnych, że sam Ariael nie wiedział, co będzie musiał uczynić, by im zapobiec. Dla dobra ogółu. Słysząc słowa strąconego, uniósł prawą brew. Założył tym samym nogę na nogę, co by było mu wygodniej. Jak na razie jego ciało potrzebowało ruchu co parę minut, ale już wkrótce miał nadzieję ten mus zniwelować. Kwestia przyzwyczajenia, jak to mówią.
- Piekło i nuda? Myślałem, że te dwa słowa idą ze sobą w parze. - Pokręcił delikatnie głową, marszcząc brwi i spoglądając nieprzeniknionym wzrokiem na swojego towarzysza. Jego słowa wywołały u niego coś na kształt... dekoncentracji. Przyjemność spotkania go? Zmrużył delikatnie powieki. - Czyli rozumiem jestem jednym z obiektów, które eliminują ospałość i nudę. Bardzo miło mi to słyszeć.
Czyżby to była nutka ironii? Urielu, przekroczyłeś samego siebie! Ledwo dosłyszalna, ale jednak wydostała się niekontrolowanie. Gdy archanioł zdał sobie z tego sprawę, odwrócił wzrok. Cóż. Miał nadzieję, że mężczyzna nie miał możliwości usłyszenia tego zabarwienia, które posiadały jego słowa.
Nie mógł ukryć swojego zauroczenia winem. Nigdy, co prawda, nie należał do jego koneserów, ale chcąc nie chcąc spróbował już wiele trunków, a to było jednym z najlepszych. Zaskakujące, że Belzebub postanowił poświęcić taką perełkę dla ich spotkania. Ale przecież jakże mógłby odmówić? Usta lwa Bożego uniosły się ku górze po raz kolejny.
- Dobrze bawić? Zależy, jakie znaczenie ma dla Ciebie ten zwrot, Belzebubie - stwierdził boski sługa, przysuwając kieliszek do szyjki naczynia z alkoholem, po czym upił solidny łyk. Specyficzne pieczenie, kiedy połykał trunek i rozkoszował się jego smakiem, było trudne do opisania. Oczywiście, w pozytywnym tego stwierdzenia znaczeniu. - Szkoda byłoby stracić to, co mam tam na górze. Nadal mam na myśli niby-nektar niby-deprawacji.
Wzruszył ramionami, spoglądając na ciemną noc widniejącą za lekko przezroczystą tarczą zegara. Gwiazdy migotały delikatnie, jakby na znak, że widzą. Widzą wszystko. "Oczy Boga", jak zwykł nazywać je Uriel. W dodatku były nie tylko dziełem Pana, ale i jego. Ni stąd, ni zowąd, zaczął nucić cicho "Sonatę Księżycową" Beethovena, ot tak, po prostu. Dawno nie miał okazji poćwiczyć swojego głosu w tym ciele, a właśnie to dzieło było pierwszym, które nasunęło mu się na myśl. - Znasz się trochę na astronomii?
Zapytał w międzyczasie, kończąc swoje ciche pomrukiwanie i skupiając tęczówki z powrotem na rozmówcy. Ponownie uniósł kieliszek do ust i zamoczył usta w nektarze, wzdychając cicho. Dobry.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Pią Kwi 18, 2014 6:20 pm

Dziecko i dorosły. Czerń i biel. Powaga i absolutny jej brak. Anioł i demon.
Tak, kiedy tak stali naprzeciw siebie, prezentowali przeciwne bieguny. Idealny kontrast, do diabła. A Belzebub nie robił sobie niczego z tego pobłażliwego spojrzenia. Gdyby kiedykolwiek się tym przejmował, już dawno przestałby się zachowywać w taki sposób. Wyrobił w sobie perfekcyjną tarczę, od której odbijały się jakiekolwiek sugestie, które mówiłby o tym, że powinien zachowywać się nieco bardziej jak dorosły. Nigdy w życiu! Jeśli istniała gdzieś rzecz, która zniszczyłaby Władcę Much od środka, to byłby właśnie brak tego dziecinnego nieokrzesania. Musiał być niepoważny. Inaczej sobie nie wyobrażał samego siebie, nie było mowy.
Skinął powoli głową. No cóż, to akurat była racja – odnośnie róż. I demon się z tym – chcąc, nie chcąc – musiał zgodzić. Ale i tak zamierzał przy swoim się upierać, dokładnie tak jak zawsze. Wstrętny uparciuch. Och, na Boga, z nim naprawdę było jak z dzieckiem. Nie dość że nieokrzesany, to jeszcze uparty.
- Jako przeciwna strona barykady, by bronić teoretycznych przekonań mi podobnych, muszę przyznać, że romantyczność i ckliwe miłostki są przeżytkiem –
stwierdził beztrosko i znów zamachał nogami, uderzając obcasami skórzanych bucików w skrzynię. – Rzecz jasna, nie biorę tutaj pod uwagę własnego zdania.
Bo, jak wspomniane było wcześniej, po prostu się z tym zgadzał. Lecz w większym stopniu uważał różę za symbol człowieka. Piękna powłoka . I kolce, które miałyby być co cięższymi wadami. Piękne za młodu, kruszejące na starość i tracące swój niepowtarzalny urok i wdzięk. Łatwo było kochać róże, bo – właśnie zdaniem demona – były jak ludzie, lecz wiecznie milczące i spokojne. Zresztą… to bez znaczenia.
- Sądzę, że kierował się praktycznością. Wywiad Piekła znacznie by ucierpiał na mojej stracie. Zresztą, wszystko by na tym ucierpiało, przecież jestem tworem niemal doskonałym – oznajmił i znowu zaprzeczył tej skromności, którą to prezentował wcześniej. Zresztą, pod tym względem Belzebub potrafił być zmienny jak kobieta albo pogoda. Na jedno wychodzi w sumie. – I całe szczęście. Życie na Ziemi potrafi nieźle odstresować. Spróbuj kiedyś – odparł z uśmiechem. A chwile później zmarszczył na sekundę brwi, żeby znów się rozpromienić. – Ale daj wcześniej znać.
Zmiana przymierza, tak? Choć Belzebub nie dał po sobie tego poznać żadną miarą, to ta kwestia cholernie go zaciekawiła. Dlatego nie zamierzał jej poruszać, nie teraz. Lucyfer powinien wiedzieć o takich smaczkach, a takie nagłe i nachalne wypytywanie mogłoby doprowadzić tylko do tego, że Uriel nabrałby podejrzeń. A Władca Much zamierzał dowiedzieć się wszystkiego po trochu, powoli i bez zbędnego pośpiechu. Tak przy okazji, skoro się spotkali w takich a nie innych okolicznościach. A zdobywanie informacji nigdy nie kolidowało z przyjazną pogawędką w starej, zegarowej wieży. Ha, zwłaszcza przy tak wybornym winie.
- A jednak. Fakt, to miejsce pełne intryg i bezsensownych spisków, ale jak długo można się tym przejmować? Lepiej poszukać bardziej zajmującego zajęcia – westchnął ciężko i delikatnie zwilżył teraz wargi w winie, by móc zlizać z nich trunek i po prostu poczuć smak na języku. – Nie jesteś obiektem, tylko aniołkiem. Na dodatek ta rozmowa sprawia mi przyjemność, więc będę żywił nieskrywaną nadzieję, że powtórzy się w niedalekiej przyszłości.
Demon był wyczulony na każdą zmianę barwy czy tonacji głosu. Czasami po prostu to ignorował, lub udawał, że niczego nie dostrzegł, lecz ta umiejętność była po prostu niezbędna. Zwłaszcza w Piekle, gdzie spisek na własne życie można było dojrzeć na każdym kroku. I, co najważniejsze, gdzie nawet przyjaciele mogli okazywać się zdrajcami, którzy czekali na odpowiedni moment. Każde wahanie, każde drżenie czy inna intonacja mogły być ostrzeżeniem przed atakiem.
Belzebub zaśmiał się cicho i prowokująco uderzył swoim kieliszkiem w kieliszek Uriela. Znacznie dobrej zabawy było jedno: pozbyć się nudy, znaleźć świetną rozrywkę. Problem był taki, że każdy inaczej widział tę rozrywkę.
- To, na przykład – oznajmił, mając na myśli wino. – Piękne kobiety, przystojni mężczyźni, seks w wielkim mieście… albo małym, nieprzejmowanie się tym, co będzie później i spontaniczne zachowania… Te słowa mają wiele znaczeń, a ja wymieniłem tylko te najprzyjemniejsze – odparł z uśmiechem, a czerwone ślepia nieco mu się zamgliły, gdy wpatrywał się przed siebie z przekrzywioną głową. Lecz gdy spojrzał z powrotem na swojego kompana, znów wyglądał absolutnie normalnie. – Równie szkoda byłoby rezygnować z tego, co oferuje reszta. Nie sądzisz?
Wsłuchał się w nuconą melodię i mimowolnie powieki opadły mu do połowy. Odstawił swój kieliszek na bok i oparł się wygodniej o skrzynię za sobą, jednocześnie krzyżując ręce na piersi i nogi w kostkach. Sonata Księżycowa. Belzebub dawno ją słyszał, zwłaszcza na ziemi. Ludzie nie mieli teraz zbyt wielkiego szacunku do takiej muzyki, a nawet jeśli… to jej nie słuchali. A przecież te łagodne tony i dźwięki pianina… Ba, Belzebub po chwili nie słyszał już nucenia Uriela, tylko w jego głowie rozbrzmiała prawdziwa symfonia. Zamknął oczy i, w sumie zrobił to całkiem celowo i z premedytacją, osunął się w bok i oparł ramieniem o anioła. Chciał sprawdzić, co zrobi. Ot, tak po prostu.
- Yhym… jak na wszystkim – mruknął cicho tylko w odpowiedzi, nawet oczu nie otwierając.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł


Fabularnie : Złączony z nim wspólną przeszłością, Inu.
Liczba postów : 97
Join date : 04/04/2014

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Pią Kwi 18, 2014 10:14 pm

Przeżytek... tak? Oczy Uriela zmrużyły się, kiedy bacznie obserwował swojego towarzysza i wysłuchiwał jego kolejnych wypowiedzi. Blada dłoń samoistnie powędrowała pod podbródek, tworząc swoistego rodzaju podporę. Nie dało się ukryć, że mężczyzna miał rację, aczkolwiek anioł nie miał na myśli ckliwości czy romantyczności, a najzwyczajniejsze w swej niezwykłości uczucie, którym darzyło się ukochaną osobę. Bez zbędnych upiększeń.
- Bez miłości nie byłoby nic. Nie byłoby mnie, nie byłoby - paradoksalnie - Ciebie, nie byłoby też ludzi. Nazywanie jej przeżytkiem jest dość nieprzemyślane... Prawda? - Wargi Ariaela wykrzywiły się delikatnie ku górze, tworząc na jego twarzy trudny do zinterpretowania uśmiech. Zresztą, nie było to nowością. Na rozszyfrowanie mimiki i gestów mężczyzny traciło się wiele czasu, lecz to i tak nie wykluczało ich obecności - oczywista oczywistość. W końcu nawet w posągu można się dopatrzyć uczuć, czyż nie?
Z trudem powstrzymał się od parsknięcia śmiechem na stwierdzenie Belzebuba, jakoby był tworem doskonałym. No, być może wiele znaczył dla Piekła, ale żeby od razu zarzucać tak patetyczną samooceną? Białowłosy pokręcił nieznacznie głową, spoglądając na demona z mieszaniną rozbawienia i... ciepła? Sympatii? Tak czy inaczej, niezależnie od rzeczywistej odpowiedzi, przyglądał mu się z pozytywnym uczuciem.
- Tak, to chyba bardziej prawdopodobne. Nie wyobrażam sobie, by Lucyfer miałby obdarzyć troską kogokolwiek. Kiedyś bardziej, lecz teraz? Oczywiście wnioskuję tak tylko na podstawie spotkań, jakie odbyliśmy po Upadku. Ile ich było - jedno, może dwa? Tak czy inaczej, wizja trudna do wyobrażenia. - I tutaj wzruszenie ramion, świadczące o możliwie jak największej neutralności wobec tematu Lucyfera i wydarzeń z nim związanych po Upadku. Nie czuł do niego żadnego sentymentu, nie po tym, co uczynił. A byli jednymi z najlepszych przyjaciół za czasów Jedności Nieba, kto by pomyślał! - Dam znać, ale chyba podziękuję.
Odparł kurtuazyjnie, lecz z widocznym powątpiewaniem. Dotychczas nie odczuwał żadnej potrzeby przebywania na tym ziemskim padole, chyba że w celu rozkoszowania się naturą, której w Królestwie Niebieskim rzecz jasna nie było, a przynajmniej nie w takiej ilości. W dodatku nie sądził, by to się kiedykolwiek zmieniło. Ale czy kiedykolwiek można być pewnym czekającej nas przyszłości?
Przymierze. Cokolwiek rozumiał przez to Belzebub, anioł miał na myśli tylko to zawarte poprzez Jezusa. Nic poza tym.Na słowa swojego towarzysza, białowłosy cherubin uniósł palec do ust w klarownym geście zastanowienia. Po chwili opuścił go i spojrzał uważnie na rozmówcę. Tym razem żaden z białych pukli nie ograniczył jego pola widzenia.
- Chyba ty jeden tak uważasz. Co spotykam jakiegoś demona, próbuje zastawić na mnie pułapkę. Zresztą ty i tak jesteś jednym z nielicznych ewenementów, odstajesz od swoich braci zupełnie. Ciekawe, dlaczego? Może dlatego, że nie nosisz w sobie żadnej goryczy i chęci zemsty?
Jego słowa brzmiały, jakby mówił je jakiś wprawiony w obliczeniach naukowiec, a nie archanioł. No, w jego przypadku te dwa określenia absolutnie się nie wykluczały. Wciąż w charakterystycznym zastanowieniu uniósł kieliszek, po czym przystawił go do ust, kosztując kolejną dawkę tego wspaniałego trunku. Mimo to nie rozpływał się nad smakiem wina zbyt długo, gdyż jego uwagę przykuły następne słowa Belzebuba. Nagle znieruchomiał jak pod wpływem zaklęcia. Poruszył się dopiero po chwili, a na jego wargi wstąpił lekki uśmiech.
- Czyżby? - No tak. Uriel sam przed sobą nie przyznawał się, że i jemu ta rozmowa sprawiała przyjemność. Różnice i kontrasty, które w rozmowie przewijały się niemal bezustannie, czyniły ją nie lada ciekawą i zajmującą. W dodatku miał wrażenie, jakby wróciły stare czasy... Ale zaraz. Nie powinienem się pogrążać - pomyślał. Kiedy mężczyzna stuknął swoim kieliszkiem o jego, twarz Uriela nadal pozostawała niewzruszona. Dopiero jego słowa spowodowały, że wargi zadrżały nieco, cudem unikając ponownego wykrzywienia w uśmiechu. A niech to.
- Dosyć rozpustnie malują się Twoje marzenia - stwierdził, wyciągając przed siebie nogi. Czuł, jak po kolanach przebiega mu dreszcz odrętwienia, powodując ów specyficzne i niezbyt przyjemne uczucie. No tak. Co rusz zapominał o tym, że powinien co jakiś czas zmieniać pozycję, więc teraz zbierał tego plony. - Muszę Cię zmartwić. Niebo całkowicie zaspokaja moje potrzeby wiążące się z dobrami egzystencjalnymi. Bez dwóch zdań.
Czy tak było? Na tę chwilę tak, lecz po raz kolejny - trudno było przewidzieć przyszłość.
Nucił Sonatę niedługi czas, lecz już wtedy czuł, że demon osuwa się na niego bezwładnie. Początkowo na to nie reagował, lecz gdy pomrukiwanie umilkło, poruszył się niespokojnie, zupełnie nie wiedząc, co z tym fantem uczynić. Tym bardziej, że zupełnie go zaskoczono. W końcu jaki normalny dostojnik niebieski spodziewałby się, że demon lada chwila zacznie przysypiać na jego ramieniu? Uriel rzucił spojrzenie w kierunku ciemnowłosego, przegryzając delikatnie dolną wargę. Myśl, cholera, myśl.
- Więc może powinienem się zapytać - na czym się nie znasz? - zapytał, siląc się na neutralny ton, lecz cała sytuacja jawiła się co najmniej komicznie. Ariael wciąż siedział wyprostowany jak struna, tym bardziej, że na jego ramieniu spoczywał nie kto inny, jak Władca Much, natomiast ten... Wystarczyło na niego spojrzeć, by widzieć zmęczone dzienną bieganiną dziecko. Nic dodać, nic ująć. Pewnie dlatego Ariael się nie odsunął. P e w n i e. Zamiast tego odwrócił głowę i ponownie upił łyk nektaru, co by zatuszować skrępowanie. - No, już śpiący? Przecież dopiero zaczyna się Wasza, demonów, pora.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Pią Kwi 18, 2014 11:07 pm

Demon parsknął i przewrócił oczami, bardzo ostentacyjnie zresztą, żeby Uriel zobaczył, co o tym wszystkim sądzi Władca Much. I o tym, co on sam powiedział, i o tym, co powiedział anioł. Nigdy nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak wiele istot sądzi, że słowa zawsze idą w parze razem z prawdziwymi przekonaniami. A przecież tak wcale nie musiało być. Ot, działania mówiły prawdę. Przeważnie.
- Nieprzemyślane jest posądzanie mnie o takie myślenie - mruknął i pokręcił głową. - Chciałem się pobawić w oficjalnego delegata z Piekła, a on pewnie powiedziałby coś takiego. Moje zdanie jest inne. Inne niż twoje, inne niż jego - dodał, nie zagłębiając się w zbędne szczegóły. Ot, po prostu nie miał ochoty ujawniać tego, jak do sprawy podchodzi. Zwłaszcza że informacje takiego gatunku byłyby bardzo łatwe do wykorzystania w przyszłości, a przynajmniej Belzebub widział już tysiące ich zastosowań. Ale jego mózg nadawał na tych falach, które starały się podchodzić do słów z należytą ostrożnością i czcią. Do tych prawdziwych, rzecz jasna, nikt nie mówi o tych wszystkich głupotach, które zazwyczaj opuszczały jego usta ku uciesze tłumu.
- Strąceni nie przepadają za spotkaniami z Aniołami i vice versa. Traumatyczne wspomnienia i tak dalej - przytaknął i na chwilę zamarł. Zagapił się przed siebie w zamyśleniu, ale otrząsnął się z tego chwilę później i klasnął w dłonie. - Naprawdę cholernie się cieszę, że niczego nie pamiętam, dzięki temu nie mam hamulców! - Nie zagłębiał się w temat Lucyfera. Nie chciał za bardzo, bo to nie byłoby korzystne. Jedyną rzeczą, którą mogłaby przynieść taka dyskusja, były kłopoty. I wizyta na dywaniku u Władcy Piekieł, bo jakim prawem rozmawiał o nim z jakimś aniołkiem. Gra była niewarta świeczki. - Kto wie, może kiedyś się jednak skusisz?
Wielu aniołów - przynajmniej według informacji Belzebuba - mieszkało na Ziemi. Wcale im się nie dziwił. Ziemia miała w sobie coś, co całkowicie zmieniało, nawet na chwilę. Każda istota, czy z Nieba czy z Piekła, stawała się po pewnym czasie bardziej ludzka. To było cholernie niesamowite, a Władca Much nie potrafił wyjaśnić, dlaczego tak się dzieje. A chciałby.
Uniósł brwi w teatralnym geście, który miał zaprezentować jego niebywałe zdziwienie, lecz zaraz wzruszył ramionami. Tutaj leżał pies pogrzebany, zdecydowanie.
- Doookładnie. Nie noszę żadnego żalu w sobie. Nie pamiętam Nieba, więc nie jestem skazany na nienawiść do aniołów, że ośmielili się tam zostać, mimo że ja spadłem. Poza tym... wciąż jestem tylko demonem. Zbieram dusze do butelek, zabijam bez mrugnięcia okiem. Naprawdę uważasz, że różnię się od moich "braci", jak nazywasz większość tego ścierwa? A może to dla mnie kolejna zabawa, może to gra i kolejny zwód? Skąd wiesz, Urielu, hm? - zapytał z uśmiechem. Wciąż z ciekawości, co na to odpowie Lew Boży. Bo przecież to mogło być całkowitą prawdą, a nie tylko częściową. Naprawdę mógł być wyprutą z jakichkolwiek wartości kanalią, dla której liczyła się tylko służba u Lucyfera, a nie jego własne interesy, komfort i pozorne bezpieczeństwo. Byli tacy, przecież można było spotkać ich w każdym zakamarku Piekła. Gotowi oddać za Władcę Życie, fanatycznie w niego wpatrzonych... zupełnie jak jego dworzanie przed Upadkiem. Poszliby za nim nawet w otchłań i nicość.
- Tak. A tobie nie? -
spytał po prostu. Prostolinijnie i bezpośrednio, jak prawdziwe dziecko, które nigdy nie wie, kiedy należy się w końcu pohamować i przestać. Choć teraz i tak nie pokazywał nawet namiastki tej swojej bezpośredniości, przed którą ludzie i nie-ludzie powinni drżeć.
Belzebub uśmiechnął się z zadowoleniem. Ha, jak dobrze, że nie wchodził w szczegóły tych "marzeń", bo od tych wszystkich zboczeń i dziwacznych rzeczy można by pewnie ściągnąć w dół niejednego anioła, nawet takiego o sile woli i wierze Uriela.
- Bo rozpusta JEST przyjemna. I to żadne marzenia, skoro mogę je mieć w każdej chwili -
mruknął z namiastkami złości. - Chciałbym czasami musieć się wysilić, żeby coś dostać. Gdy wszystko jest na wyciągnięcie ręki, świat jest nudny. I co to za życie bez tej całej rozpusty, do diabła? Zero smaku. Całkowite przeciwieństwo wybornego wina.
Ani myślał się podnosić teraz, czy cokolwiek robić. Zwłaszcza że Uriel zareagował tak, jak demon się spodziewał - zrobił jedno, wielkie nic. Tylko dalej siedział sztywno wyprostowany, zupełnie jak w kościele na kazaniu. Zapewne gdyby to była inna niebiańska istota, zaraz zaczęłaby się otrzepywać ze wstrętem. Cierpliwość godna pozazdroszczenia.
Powoli wzruszył ramionami, wciąż z zamkniętymi oczami i wciąż, idąc w zaparte, opierając się o anioła. Ba, na przekór naparł na niego nawet mocniej. W końcu, jakby nie patrzeć, był diabłem i demonem, a oni to mają złośliwość we krwi.
- Na Niebie - odpowiedział cicho. Nie miał na myśli, rzecz jasna, tej wcześnie wspomnianej astronomii. Nie znał się ani trochę na Bożym Królestwie. Nie znał go, bo nikt nie chciał za bardzo o nim mówić, a Belzebub wolał nie rozpytywać zbyt bardzo, bo przecież to wyglądałoby podejrzanie, gdyby demon jego rangi nagle zaczął panicznie poszukiwać informacji o siedzibie Boga i aniołów. - Jestem przecież ewenementem wśród swoich. I jestem zmęczony. I bo tak, no do diabła, kto mi zabroni? - prychnął i otworzył nawet ślepia, by zerknąć z wielką urazą i jeszcze większym wyrzutem na Uriela.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł


Fabularnie : Złączony z nim wspólną przeszłością, Inu.
Liczba postów : 97
Join date : 04/04/2014

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Sob Kwi 19, 2014 12:07 am

Ach. Więc to tak. Brwi Uriela uniosły się ku górze, tworząc na czole delikatny mars.
- Ale nadal obstajesz przy Słonecznikach. To jedyna i niezmienna prawda, zgadza się? - zapytał retorycznie, przyglądając się stworzonemu z kryształu kieliszkowi i z dokładnością badacza studiując jego idealnie gładką powierzchnię. W końcu, uznawszy, iż nie ma w nim już nic ciekawego, odstawił go na bok i spojrzał z powrotem na Belzebuba. - Pewnie tak, ale kto zaraz każe przeciwko nam spiskować? Rany boskie, to przecież idiotyczne.
Anioł westchnął cicho. Istotnie, tak uważał. Pojawienie się anioła w obecności demona albo było uzasadnione i zapieczętowane bezpośrednią walką, albo przypadkowe. Zdarzało się również, że słudzy boży chcieli jakąś rzecz wynegocjować (bądź odwrotnie), lecz raczej nie można określić ich częstotliwości wysoką. - Hamulców? Co masz konkretniej na myśli?
Zapytał, skupiając swoje źrenice na twarzy rozmówcy. Jego twarz wyrażała pewne niezrozumienie. Nie wiedział do końca, co demon chciał przez swoje słowa przekazać, dlatego trudno było mu w tej chwili odpowiedzieć. No cóż.
- Raczej nie sądzę - odparł jedynie na jego następne słowa, swoje podsumowując lekkim półuśmiechem. Chociaż miał styczność z ludźmi nie raz, nie przebywał na Ziemi dłużej, niż to konieczne. Zamiast tego obserwował ją z dogodnego miejsca, oceniając rzeczywistość czysto obiektywnie. No, pomijając rzeczy, które Lew Boży kochał, jak chociażby muzykę czy sztukę. Do tych pałał niestrudzoną fascynacją i uwielbieniem, toteż jego zdanie było w większości subiektywne.
Słowa Belzebuba padały jedno po drugim, wprawiając anioła w zamyślenie. Przez chwilę jego wzrok zdawał się jakby nieobecny. Trwało to około dwóch minut, podczas których białowłosy trwał w bezruchu niczym stojący od wielu lat nieprzerwanie posąg. Kiedy w końcu się ożywił, już patrzył na demona z nieprzeniknionym cieniem, który tlił się gdzieś w głębi jego jasnoniebieskich tęczówek.
- To ty powinieneś sobie odpowiedzieć. Widzisz, być może jestem naiwny w swoim przekonaniu, że nie mogłeś zmienić się aż do tego stopnia. Pamiętam Cię. Szanujesz swoich przeciwników, jeśli są na równym poziomie intelektualnym, duchowym i siłowym co Ty. Czyż nie mam racji? - Albinos odchylił się nieco bardziej do tyłu, unosząc podbródek i wpatrując się w wysokie sklepienia pomieszczenia, w którym znajdował się razem z demonem o kruczoczarnych włosach. - Poza tym, sam mówiłeś, że masz dość spisków. Rozmowa ze mną sprawia Ci przyjemność. Poczęstowałeś mnie winem, które mógłbyś zachować na lepszą okazję. I po co to wszystko? Po to, by po chwili stwierdzić, że teraz czas na pobawienie się w Ponurego Żniwiarza? Mógłbyś chcieć ode mnie informacji, ale jednocześnie wiesz, że nie jestem głupi. Nie podałbym Ci nic, co w dużej mierze mogłoby zdradzić zamiary Pana.
Tymi słowy archanioł skończył swój wywód, spoglądając demonowi prosto w oczy. Nie dało się zauważyć tego uśmiechu mówiącego "i co teraz zamierzasz odpowiedzieć?", który zawitał na pełnych wargach skrzydlatego stworzenia. I tym sposobem nawet nie pokwapił się, by odpowiedzieć na zadane później pytanie, mimo że odpowiedź na nie w gruncie rzeczy malowała się na jego twarzy. To od Belzebuba zależało, czy je należycie rozczyta, czy też nie.
Rozpusta... Cóż za dziwne słowo o nieokreślonym dla anioła znaczeniu. Nigdy jej nie zaznał i nie miał zamiaru, choć znał aniołów, którzy jej ulegli i lada chwila dołączyli do szeregu strąconych. Spaść było łatwo. Gorzej z powrotem, który graniczył z niemożliwością.
- Nie zaznałeś innego życia - mruknął jedynie, prosto i zarazem treściwie. I tu właśnie znajdował się czuły punkt demona. Nie dało się ukryć, że prawda przedstawiona przez Uriela była bardziej niż trafna. Mężczyzna teoretycznie zaznał życia zgodnego z zasadami boskimi, ale nic z nich nie pamiętał. Jak można oceniać życie bez rozpusty, nie znając go choćby w namiastce? Anioł spojrzał na swoje uda, szczupłe, lecz umięśnione, na których spoczywały nieskazitelnie białe dłonie. Czuł, że demon powoli nadwyręża jego cierpliwość i wyrozumiałość, lecz w dalszym ciągu nie zrobił nic. Jedynie przesunął się o tyle, by ciemnowłosy poczuł jego kości, niźli miękką skórę. Na twarzy anioła pojawił się lekki, nieco łobuzerski uśmiech. Kiedy doszły jego uszu słowa Belzebuba, ten oparł się swobodnie o ścianę, spoglądając na czarną niczym smoła noc. A jego twarz? Emanowała czymś w rodzaju skupienia i stoickiego spokoju, które były tak nieludzkie, że nie dało się ich ubrać w słowa.
- Rzeczywiście. Nawet sobie nie zdajesz sprawy, jak mało wiesz. - Jego prychnięcie skutecznie odstręczyło go od wpatrywania się w jeden punkt i zwróciło jego tęczówki na towarzysza. - I zamierzasz tak leżeć na mnie jak na jednym ze swoich najlepszych łóżek, rozumiem? A co, jeśli nagle zmienię zdanie i wykorzystam Twoją słabość, kiedy będziesz wtulony w objęcia Morfeusza?
Kąciki warg cherubina zadrżały, zaraz unosząc się ku górze. Wciąż spoglądał na czarnowłosego demona. Skoro on zamierzał się bawić i grać, Uriel chętnie przejmie te nawyki. W końcu teatr to teatr.
"Cały świat to scena,
A ludzie na nim to tylko aktorzy.
Każdy z nich wchodzi na scenę i znika,
A kiedy na niej jest, gra różne role."

Jak mawiał Szekspir, ulubiony pisarz archanioła. Cóż za trafność.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Sob Kwi 19, 2014 7:44 pm

Pokiwał głową, bardzo zadowolony, że anioł zrozumiał i nie dopytywał się szczegółów. Przynajmniej... za bardzo.
- Dokładnie tak, mój kochany Urielu, dokładnie tak -
odparł z tak głębokim przekonaniem, że mogłoby uchodzić za prawdziwe, gdyby nie ten szyderczy uśmieszek, który pojawił się na twarzy demona wraz z wypowiedzianymi słowami. Również zapatrzył się na kieliszek w dłoni skrzydlatego i śledził jego drogę, dopóki kryształowy spód nie został ustawiony na stabilniejszej powierzchni. Wtedy przeniósł wzrok z powrotem na albinosa. - Okoliczności. Odmienne przekonania, przeciwne strony barykady, dobro i zło... powinniśmy walczyć, bo ktoś zaplanował wcześniej, że czerń i biel zawsze są przeciwko sobie.
Przymknął oczy i spojrzał uważniena swoje dłonie. Jasne, nieskazitelne - jakby nigdy nie zostały kalane ani pracą, ani krwią. Niczyją. Był idealną personifikacją tego, jak powinno wyglądać prawdziwe zło. Cały w czerni, z płonącymi szkarłatem oczami, ale wciąż niepozorny, ba, uprzejmy i zachęcający. A Uriel? Cały promieniał bielą. A w niebiańskich oczach można było z łatwością dostrzec niezgłębiony chłód nieba. Dumny i dostjony anioł - bo dobro z natury były znacznie trudniejsze niż zło. Czasami ciężej było podejmować słuszne i moralne decyzje, zło było przecież przystępniejsze. Jak Belzebub.
- Wszystko i nic -
odparł z uśmiechem, ani myśląc, by zagłębiać się w ten temat. Nie zamierzał odpowiadać dogłębniej, tylko sprytnie zmienić temat. To przecież byłoby znacznie łatwiejsze!
Demon westchnął z ubolewaniem i niby to bezradnie rozłożył ręce, zupełnie jakby serdecznie żałował decyzji Ariaela. Rzecz jasna, i to było grą, tak jak większa część zachowań Władcy Much. Ba, prawie wszystkich w sumie. W końcu ktoś taki jak on nie pozwalał sobie na takie rarytasy, jak bycie tylko i wyłącznie sobą.
- Niemniej jeśli kiedyś się namyślisz, to z chęcią pokażę ci co ciekawsze miejsca -
oznajmił i mrugnął lewym okiem, co pewnie miało mówić "To jasne, że pokażę ci najlepsze kasyna i burdele, jakie istnieją!" lub jeszcze coś gorszego, znając tendencje demona.
Roześmiał się. Naprawdę chciał zachować swoją śmiertelną powagę, ale nie umiał! Całkowicie zepsuł efekt swoich poprzednich słów, które przecież miały brzmieć niepokojąco. Czyli jednak się nie zmienił, anioł znał go wówczas naprawdę dobrze. Trafił tak celnie, że lepiej chyba by się nie dało. Mógłby jedynie dorzucić fakt, że Belzebub nie przepadał za walką i uważał ją za niepotrzebny wysiłek. Chyba że była wybitnie konieczna i nie dało się z niej wybrnąć żadnymi słówkami ani pójść na kompromis.
- Skłamałbym, gdybym zaprzeczył - przyznał otwarcie, wciąż z rozbawionym uśmiechem. Z nieskrywanym zafascynowaniem spoglądał na anioła wpatrzonego w sufit. - Tu mnie masz. Choć ubolewam nad faktem, że wątpisz w moje umiejętności aktorskie. Choć pewnie nie użyłbym tego wina. Byłoby mi go szkoda na byle kogo - dodał tak lekkim tonem, że mógłby dzięki niemu się wznosić.
Tak, to prawda - nie znał innego życia. Od zawsze otaczały go istoty cyniczne i rozgoryczone, których moralność sięgała dna. Przyzwyczaił się do tego i sam wpasował w rytm życia na ziemiach Lucyfera, to nie było trudne. Wystarczyło wyzbyć się zasad moralnych i już, z łatwością przychodziło wszystko. A później zaczęły się nowe czasy, gdy władza w Piekle została całkowicie zatwierdzona. Ale i tak ta rozpusta wciąż trwała, żadnych hamulców czy znaków "STOP". Na dodatek wszystko było na wyciągnięcie ręki! Przecież każdy z czasem chciałby odmiany i właśnie dlatego Belzebub stawiał sobie, czasami, ultimatum, lub rzeczy niemal niemożliwe do zdobycia. Takie, którym musiałby poświęcić niebagatelną ilość czasu, nad którą musiałby myśleć i długo rozważać kolejne kroki.
- Ty też - odparował z zawadiackim uśmieszkiem. To działało w obie strony. Żaden z nich nie wiedział tak na dobrą sprawę, jak jest po drugiej strony muru. I żadnemu z nich chyba nie uśmiechało się pokonanie przeszkody, choć to pewnie wychodziło im na dobre. Nie licząc tego, że Belzebub niemal nie miał szans na powrót. Było o wiele zbyt późno.
Wzruszył delikatnie ramionami i mocniej zacisnął powieki, jednocześnie marszcząc brwi, by powstała między nimi zmarszczka. Wiedział, że nie wiedział - jakkolwiek by to nie brzmiało. Doskonale zdawał sobie sprawę, jak nikła jest jego wiedza w tej dziedzinie.
- Nie muszę wiedzieć - parsknął. Zaśmiał się cicho. Jak na łóżku? - Po pierwsze, jeszcze na tobie nie leżę. A po drugie, jestem pewien, że nie, bo atakowanie śpiącego przeciwnika jest niehonorowe - stwierdził spokojnie. I chwilę później zjechał w dół, ocierając się częściowo o tors Uriela. Przewrócił się na plecy i ułożył głowę na jego udach, znów uparcie zamykając oczy. Przypadkiem strącił kieliszek, lecz nie przejął się kryształowymi odłamkami skąpanymi w winie, które rozsypały się na podłodze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł


Fabularnie : Złączony z nim wspólną przeszłością, Inu.
Liczba postów : 97
Join date : 04/04/2014

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Sob Kwi 19, 2014 9:59 pm

Skinął jedynie głową, w ogóle nie zważając na szyderczy uśmiech Belzebuba, który mimo wszystko nie umknął jego spojrzeniu. Nie odezwał się już ani słowem - nie widział potrzeby kontynuacji tak błahego tematu, który zresztą uznał za zakończony.
- Czyli rozumiem spisek jest tylko manifestacją swoich przekonań? I walką z cudzymi? - Uriel uśmiechnął się z wyraźną drwiną, ponownie zakładając nogę na nogę. - Dla mnie to w dalszym ciągu idiotyczne. Fakt faktem, czerń i biel, wieczni wrogowie i przeciwieństwa. Ale spójrz. Siedzimy i pijemy razem nektar z Sodomy i Gomory, jeden z lepszych, jaki widziała Ziemia. Bez użycia broni, tuż obok siebie, a jednak wciąż różni. I tylko spróbuj mi powiedzieć, że nie jesteśmy ewenementami wśród swoich.
Anioł westchnął cicho, spoglądając na swojego towarzysza i obserwując go z cieniem zaciekawienia w oczach. Wysłuchał jego słów, by następnie stwierdzić, że nic to nie wniosło do jego wiadomości, nie mniej uśmiechnął się lekko i wpatrzył ponownie przed siebie.
- Twoja odpowiedź ma naprawdę szeroki zakres, zdajesz sobie z tego sprawę? - stwierdził jedynie z nutką rozbawienia, podwijając rękawy koszuli. Nektar rozgrzewał jego ciało, sprawiając, że ciepło doskwierało mu w mniejszym lub większym stopniu. Uznał to za efekt przejściowy, normalny i całkiem przyjemny. Co do rozpusty natomiast, naprawdę nie uważał, by zmiana zdania miała kiedyś w jego przypadku miejsce. W swoich poglądach był niezwykle wytrwały i nie wahał się ani chwili przy podejmowaniu decyzji, które wymagały wykorzystania własnych zasad moralnych. A samo zaproszenie? Potraktował zwyczajnie jako propozycję ponownego spotkania. W końcu demon nie oczekiwał chyba, że przystanąłby na coś takiego. - Zobaczymy.
Śmiech Belzebuba w ogóle go nie zaskoczył, ba, był jedynie potwierdzeniem wniosków, które Uriel wyciągał z obserwacji zachowania swego rozmówcy. "Obiekt wykazuje ponadprzeciętną radość i śmieje się w krótkich odstępach czasowych (uwaga - ryzyko uduszenia)" - tak brzmiałaby czysto naukowa analiza, która zresztą całkiem nieźle opisywała stan, w którym znajdował się czarnowłosy. Co do jego słów z kolei, doskonale zdawał sobie sprawę, że miał rację w kwestii postrzegania walk i konfrontacji przez demona, a przynajmniej w znacznym stopniu, jeśli nie całkowitym. Przeżyli ze sobą wystarczająco dużo czasu, doświadczając różnorodnych sytuacji, by zachowanie mężczyzny nie było dla niego zbyt wielką zagadką. A mimo to potrafił go zaskoczyć. Rzęsy albinosa, dzięki zmrużeniu powiek, niemal zlały się z bladymi policzkami, a na wargach wciąż błądził ten sam uśmiech.
- Widzisz, jednak trochę Cię znam. Nie mniej dziękuję za komplement, o ile Twoje ostatnie słowa można by pod niego podpiąć. - Tymi słowy ponownie otworzył powieki, stając twarzą w twarz z monumentalnym wnętrzem Big Bena. Ucieszyło go, że mężczyzna traktował go jako kogoś wartego rozmowy, choć z drugiej strony zastanawiał się, na ile mógł yo potraktować jako prawdę z ust - jakby nie patrzeć - diabła, który wykazywał dosyć spore intencje do małych kłamstewek. Kontratak, który padł z jego ust, zaskoczył Ariaela. Nie spodziewał się, że właśnie to usłyszy, ale tym razem i on nie mógł zaprzeczyć. Uśmiechnął się za to szerzej i skinął głową, spoglądając ze spokojem na czerwonookiego.
- Tak, nie da się ukryć - odparł jedynie, wciąż równając się z nim wzrokiem. Lecz czy miał ochotę poznać tamtą stronę? Nie mógł ukryć, że chciał poznać odczucia towarzyszące istotom upadłym i ich postrzeganiu rzeczywistości, ale czy na własnej skórze? Tylko głupiec by potaknął, słysząc pytanie na dany temat. Jak już wspominał, miał zbyt wiele do stracenia, zresztą był za Bogiem całą swoją duszą i ciałem. Nie mógłby go zdradzić w żaden sposób. - Lecz czy jest to wadą w moim przypadku?
"Nie muszę wiedzieć" - odrzekł Belzebub. I oczywiście, nie musiał, ale w dalszym ciągu był to jego słaby punkt, który sprawiał, że czuł się zbity z tropu, słysząc fakty o sobie z ust kogoś, kogo za czasów sprzed Upadkiem w ogóle nie pamiętał. Przynajmniej tak przypuszczał Sarim. Tak to było w przypadku tej dwójki. Ich relacja nie była dla Uriela tajemnicą, lecz demon nie wiedział o niej nic. Sam był ciekaw, co musiał czuć w momentach, kiedy jest się świadomym, jak wiele niektórzy mogą o Tobie wiedzieć.
- To by było bardzo niehonorowe - powiedział demon do anioła, grożąc palcem. - Wargi Uriela ułożyły się w tajemniczym, ale i szelmowskim uśmiechu. Oczywiście, dodał do swoich słów także mimikę i gesty, które były niczym innym, jak jego własną reżyserią. Zaśmiał się cicho. Zaczynał czuć rozluźnienie, którego nie doświadczył już dawno, bynajmniej nie w obecności swoich Braci, z którymi nie czuł zbytniego powiązania. Był indywidualistą. Zmrużył delikatnie powieki, spoglądając na demona. Dlaczego? Chyba wiedział. Zresztą nawet jeśli mu to specjalnie nie przeszkadzało, to położenie się na udach demona było dla niego co najmniej nieoczekiwane i... Dziwne. Usłyszał trzask tłuczącego się szkła, które upadło na ziemię tuż obok jego nóg. Archanioł syknął cicho, po czym spojrzał z dezaprobatą na Belzebuba. Jego brwi ściągnęły się w nieprzychylnym grymasie. - Jestem pieprzonym cherubinem, nie Twoim legowiskiem. I mógłbyś uważać, co wyprawiasz z tymi rękoma.
Mruknął z nutką irytacji, ale nadal stosunkowo spokojnie. Pewnie nie jeden anioł straciłby do Władcy Much cierpliwość. Ale on? Cóż... Nadal wiele brakowało do ostatecznego wybuchu, ale nie potrafił już powstrzymać pewnego zdenerwowania, ot co. I nadal go nie strącił, choć poruszył nerwowo nogami. Brawo, Urielu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Nie Kwi 20, 2014 11:57 pm

- No pewnie. To metoda kija. Jeśli ktoś nie chce zarazić się twoimi przekonaniami, to trzeba zdzielić go porządnie i przekonać siłą do swoich racji - oznajmił z niezachwianą pewnością siebie, prawie tak, jakby to były jego własne przekonania, a nie bzdurne słówka zasłyszane u szmatławych demonów w dolnych kręgach. - Pieprzeni pacyfiści, co? - zaśmiał się cicho i pokręcił powoli głową. - Rzadko kiedy wdaję się w bójki. Przecież wtedy można paznokcie połamać! - otrząsnął się z bardzo widocznie udawanym wstrętem i każdy wyłapałby nutę fałszu w tym rozhisteryzowanym tonie. Skoro już pozwalał sobie na takie rarytasy, jak granie samego siebie, to mógł zaniżyć swoje zwykłe zdolności aktorskie dla uzyskania lepszego efektu.
Wyszczerzył idealnie proste i białe zęby w szerokim uśmiechu.
- Wiem. Bo to może mieć wielkie znaczenie i żadne, nie ma po co drążyć.

Analizowanie zachowania Belzebuba z perspektywy naukowej mijało się z celem. Zaraz stwierdzono by choroby psychiczne włącznie z mnogością jaźni i zaawansowaną schizofrenią. Przecież jego zachowania i nastrój zmieniały się jak w kalejdoskopie, pozornie jego psychika nie miała prawa być stabilna. No cóż, ale jakimś cudem była i większość tych zachowań była "na pokaz". Wszystko robione pod publikę, żeby publiczność mogła podziwiać taką gwiazdkę. Dokładnie tak, z Belzebuba byłaby całkiem dobra celebrytka i diva.
Na demona alkohol nie działał jakoś szczególnie - w końcu był kimś, komu alkohol jest nieobcy i w chwili obecnej musiał naprawdę wlać w siebie sporo, aby poczuć efekty upojenia. Takie zwyczajne kosztowanie wina sprawiało, że jedynie nabierał chęci na więcej. Wzruszył ramionami - przyzwyczaił się do myśli, że osoby, których teoretycznie niemalże nie zna, wiedzą o nim tak wiele. I mogli to wykorzystać, do diabła.
- Przecież nigdy temu nie przeczyłem, chociaż fakt, że wiesz o mnie więcej niż ja o tobie nieco mnie niepokoi. Nie jestem przyzwyczajony do bycia tym niedoinformowanym -
westchnął ciężko pod koniec z prawdziwym ubolewaniem nad takim stanem rzeczy. Kto to widział, żeby po świecie chodziła osoba, która potrafi znaleźć informacje na dowolny temat... nie licząc siebie samego.
Czy to było wadą? Belzebub przyjrzał się uważnie aniołowi. Nawet nie potrafił sobie wyobrazić, aby ktoś z tak nieskazitelnie białą aparycją wylądował w Piekle. Nie, to się kłóciło i to jedynie pod względem wyglądu, bo gdyby miał rozpatrywać tę sprawę z uwagą na charakter Ariaela... ha, absolutnie nie i nigdy.
- Teoretycznie nie. Ale wciąż jesteś we wrogim obozie.

Roześmiał się i, jakby na potwierdzenie słów białowłosego, podniósł do góry jedną dłoń i pogroził mu palcem. Ale i tak był przekonany, że w razie jakiegoś nagłego przypadku zostałby obudzony przez aniołka, a dopiero później mieliby stoczyć śliczną walkę - niemniej tę ewentualność już dawno odrzucił. Gdyby tego nie zrobił, to na pewno nie wyciągnąłby ze swojej drogocennej piwniczki tak wartościowego wina, jak to. Zwłaszcza że zostało zaledwie kilka butelek tego nektaru.
- Spróbujesz mi teraz wmówić, że zarżnąłbyś mnie w czasie snu? - zapytał z teatralnym zdziwieniem. Miło, że Uriel zechciał pograć razem z nim na scenie. Nawet jeśli nie było zbyt licznej publiczności, bo Władca Much nie łudził się, że nikt nie jest zainteresowany takim niezwykłym spotkaniem. I - o nie - nie było to wynikiem pychy, tylko realizmu. Przecież on sam miał wielu wrogów. Wprawdzie nie wiedział, jak sprawa ma się z jego towarzyszem, to i tak obstawiał, że on sam również posiada całkiem pokaźny szereg nieprzyjaciół, którzy byliby żywo zainteresowani jego konszachtami z diabłem, khem. Zakładając, że jakiekolwiek się pojawiały.
Nie zwrócił uwagi na kieliszek - bo po co? - ani nawet na to rozlane wino. Karafka z resztą trunku wciąż była cała, a na dodatek w jego piwnicy w serduszku Piekła leżało jeszcze kilka takich butelek, na specjalne okazje. A czy istnieje jakaś lepsza od spotkania po latach zprzyjacielem? Nawet jeśli się tejprzyjaźni ani trochę nie pamięta?
- Nie wnikam, czy pieprzonym czy nie -
odpowiedział, udając powagę, lecz kąciki ust mimowolnie powędrowały mu do góry i nie był w stanie zgasić rozbawienia do końca. - To tylko kieliszek, a ty się nie złość, bo złość piękności szkodzi, przepiórko.
Stwierdził na koniec, nazywając Uriela tak, jak uwielbiał nazywać anioły i ani trochę nie przejmując się jego irytacją. Bo co? Przecież to był Belzebub, jemu nic nie było straszne! Prócz mórz. Przecież przepiórki pasowaly do nich idealnie!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł


Fabularnie : Złączony z nim wspólną przeszłością, Inu.
Liczba postów : 97
Join date : 04/04/2014

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Pon Kwi 21, 2014 6:02 pm

Uriel wysłuchał słów Belzebuba z pewną dozą pobłażliwego rozbawienia. Czy mu uwierzył? Oczywiście, że nie. Po tym, co usłyszał i wywnioskował, trudno mu było dojrzeć w tym stwierdzeniu choćby ździebła prawdy - nawet jeśli tylko oczami anioła.
- Nie uważasz tak - mruknął, mrużąc powieki i przyglądając się diabłu z uwagą. Zaraz jednak poważna mina przemieniła się w zupełnie rozluźnioną. Na ustach anioła pojawił się szeroki uśmiech, zwiastun wesołości. - Nie wiedziałem, że jesteś aż tak pedantyczny. W ogóle nie podejrzewałem, że taka cecha może charakteryzować jakiegokolwiek demona, ale, cóż...
Tutaj rzucił wymownym spojrzeniem na ubiór Władcy Much, który wyglądał, jakby został żywcem wyjęty z reklamy odzieży męskiej albo wystawy sklepowej. Oczywiście, sam Ariael nie pomyślał o tym w ten sposób, jako że w ogóle nie orientował się w podobnych tematach, lecz odczucie nadal pozostawało takie samo. - Jak mogłem wcześniej tego nie zauważyć?
Wciąż nie spuszczał wzroku ze swojego rozmówcy, gdy twarz czarnowłosego rozjaśnił szeroki uśmiech. Widział go już sporo razy, ale... Nie mógł się powstrzymać przed jego odwzajemnieniem. Ten uśmiech miał coś w sobie zaraźliwego, coś, przez co i jemu wręcz cisnął się na usta. I, tak na dobrą sprawę, nie zamierzał z tym walczyć.
- Cóż za konkluzja - skomentował, pozwalając jego ustom wykrzywić się w lekkim uśmiechu. Szczerze mówiąc domyślał się, iż większość przedstawianych zachowań czy odruchów była przez Belzebuba sfałszowana, aczkolwiek nie potrafił odgadnąć prawidłowego powodu, których w jego głowie było mnóstwo. Próbował zataić swoją prawidłową osobowość? Podroczyć się z archaniołem? Czy może zwieść? Westchnął cicho, przenosząc wzrok na wypastowane angielki, których różnorodne modele za każdym razem plasowały się na jego stopach. Od kiedy pierwszy raz zawitał do Londynu i dojrzał ich w jednym ze sklepów, spodobały mu się. A jak wiadomo, jego gusta zmieniały się dosyć opornie, a właściwie - wcale.
- Myślę, że można to zakwalifikować jako skutek uboczny Twojej amnezji. Jak uważasz? - Spojrzał na niego przelotnie, zaraz powracając wzrokiem do wcześniejszego obiektu swoich obserwacji, który, nawiasem mówiąc, nie był określony. Co za dziwak. - Choć jesteś Wywiadowcą Piekła, więc pewnie trochę o mnie słyszałeś. Ciekawe, ile.
Uriel zastanowił się przez chwilę nad zadanym przez siebie pytaniem, aż uznał, że woli poczekać na odpowiedź ciemnowłosego demona. Zamiast tego popatrzył na niego krzywo, gdy tamten zaczął go uważnie obserwować.
- Wydaje mi się, że nie znasz słowa "dyskrecja", co, Belzebubie? - Kącik jego warg wychylił się ku górze. - Widocznie wrogi obóz naprawdę nie jest aż tak wrogi, bo jak na tę chwilę ugościłeś mnie całkiem miło.
Zawtórował mu śmiechem, zapominając o tym, jak dziwne dla niego było ówczesne wrażenie odnośnie przyjemności czerpanej z rozmowy. Nie powinien z nim tutaj rozmawiać, aczkolwiek... Jakby nie patrzeć, obaj żyli kiedyś w Niebie, a Belzebub nie był byle kim - gdyby należał do niższych rangą demonów, Uriel pewnie zgładziłby go bez mrugnięcia okiem, ot tak, żadnych skrupułów. Lecz byli sobie równi, a walka mijała się z celem. Dlatego, kiedy jego uszu doszły następne słowa diabła, białowłosy, wciąż pamiętając o grze, odparł z teatralnym oburzeniem.
- Och, za ten brak eufemizmów szczególnie. Gwarancja, że Cię zarżnę, stała się niemal stuprocentowa. Chociaż... - Tutaj już powrócił do swojego zwykłego zadumanego "ja", lecz wciąż przytykał palec do ust w przesadzonym geście. - Szkoda by mi było zrujnować naszą znajomość. W końcu tak wyborny nektar tylko "U Belzebubka", prawda?
Tutaj posłał w jego kierunku perskie oko. Być może miał reputację sztywnej szychy, ale takie poczucie humoru potrafił zarówno zaakceptować, jak i odwzajemnić.
Kwestia jego wrogów również pojawiła się w pewnym momencie w jego głowie, acz nie przejął się zbytnio jej domniemaną powagą. Jedynie Michał mógł mu to wytknąć przy pierwszej lepszej okazji, a to i tak pod warunkiem, że by się tym zainteresował. Co do demonów z kolei... Większość się go po prostu bała, krążyły pogłoski, że mógł unicestwiać demony i niszczyć ich dusze. Banialuki. Pewnie by potrafił, ale bez bezpośredniej ingerencji Boga nie było to możliwe. Zgiął nogi w kolanach i uniósł je do góry, zaraz obejmując je ramionami. Tak było znacznie wygodniej, choć sama poza - jak niemal każda w wykonaniu Uriela - była nieco dziwna. No tak, i w ogóle nie przejął się losami głowy swojego rozmówcy, która uderzyła go o kolano. Ostrzegał.
- Och, wybacz - powiedział szybko z fałszywą skruchą. - I... pieprzony? W tym sensie? Rany boskie, daj spokój.
Pokręcił głową z odrobiną chwilowego niesmaku. No tak. Zapomniał uważać na słowa, które opuszczały jego usta - w głowie Władcy Much chyba wszystko miało zatajoną dwuznaczność.
- Przepiórko? - Uniósł wysoko brwi, słysząc to określenie. Pięknie, jeszcze tego brakowało. PRZEPIÓRKO? Kto jak kto, ale anioł jego rangi nie mógł sobie pozwolić na taką ksywkę. Nawet jeśli nie miał nic przeciwko przyjaznej rozmowie. - Nie życzę sobie. Mam nadzieję, że rozumiesz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Sro Kwi 23, 2014 1:14 am

Śmiałe stwierdzenie, niemniej Belzebub był zadowolony, że Ariael tak szybko i łatwo wyłapał to małe wzgórze kłamstw. Ostatecznie na tym właśnie mu zależało, po to była ta cała zabawa.
- No pewnie - przytaknął poważnie. Metoda kija w końcu nie była skuteczna, powodowała tylko strach przed karą. Nie dawała gwarancji, że taka istotka pójdzie ginąć za cudze idee. Trzeba było ją przekonać czułymi słówkami i zapałem, że to jest właśnie... to. Na co czekała przez całe swoje życie i powinna za to ginąć. Metoda marchewki, nie kija, była skuteczna naprawdę. Demon zrobił zbolałą minę i również przyjrzał się swojemu ubiorowi, ale z wielkim żalem. - Pedantyzm jest czymś złym? - zapytał jękliwym tonem. Ot, Władca Much wychodził z założenia, że taki ubiór i nawet miejscami przesadne dbanie o siebie tylko utwierdzi innych w przekonaniu, jak mało jest wart i jak niegroźnym w walce przeciwnikiem może być. O to chodziło na początku. Z czasem się przyzwyczaił, a teraz rzadko kiedy można było dorwać go bez tego jego garnituru za tysiące. - Sam zadaję sobie to pytanie.
Przecież tego nie dało nie widzieć! Każdy, kto widział Belzebuba choćby raz, najpierw zwracał uwagę na jego wygląd. Na to, jak bardzo o siebie dba. A ten co? Nie zauważył, czy nie chciało mu się tego widzieć? Ciężko powiedzieć. Czasami przyjaźń zataja takie rzeczy i nie zwraca się na nie uwagi. Życie.
Nie było powodu, dla którego Belzebub miałby cały czas zgrywać kogoś innego. Po prostu właśnie do tego się przyzwyczaił i leciał na automacie, choć teraz pozwalał sobie na pewne prawdziwe i zgodne z jego przekonaniami słowa czy zachowania. Fakt, nie było ich zbyt wiele, ale lepszy rydz niż nic, prawda? Zwłaszcza że demon żył w środowisku, gdzie lepiej nie być sobą, to po prostu było niebezpieczne i taki nieostrożny osobnik mógł sobie łatwo napłatać biedy, narobić wrogów i dorzucić sobie problemów. Kto chciałby ściągać sobie na głowę coś takiego? Wprawdzie mógłby droczyć się z Urielem, ale po co? I tak sama ta rozmowa dostarczała mu odpowiednią dawkę rozrywki, nie musiał się aż tak wysilać.
- To aż nazbyt oczywiste -
opowiedział i wzruszył ramionami lekko przy tym. I uśmiechnął się z przekąsem. - Dość dużo, sztywny Lwie Boży, który łypie na każdego z pogardą i nie zniża się do poziomu byle istnień, a nawet jeśli to tylko po to, żeby je zniszczyć, aby takie robactwo nie łaziło ci pod bucikami. Ulubieniec Szefa, któremu powierzane są WIELKIE MISJE, o których wcale nic nie wiem, skąd, na dodatek posiadający wielu wrogów i w Niebie, i w Piekle. To garstka. Zresztą, znam więcej plotek niż faktów. Wiesz, że spałeś z Gabrysiem? I Michasiem? Lucyferem, Mefisto, Belialem, nawet Molochem. I Lilith, ale tym może się niemal każdy pochwalić. I ze mną, ale to chyba przed Upadkiem, bo za nic sobie nie przypominam. A co do reszty... sprzedaję swoje informacje, nie rozdaję ich za darmo. Płać, Ariel, płać - zakończył z iście szatańskim uśmiechem. Rozłożył również bezradnie ręce, jakby chciał w ten sposób, że to naprawdę nie jego wina, że niczego więcej nie może powiedzieć. - Jestem informatorem, nie punktem informacyjnym. Daj mi coś w zamian.
Sam wprawdzie nie wiedział, czego to mógłby chcieć od anioła. Chyba chciał po prostu usłyszeć, co na to powie. No, o ile nie okazałoby się, że jednak Ariael przedstawiłby mu całkiem korzystną ofertę. Wtedy zapewne nie omieszkałby się powiedzieć czegoś więcej. Nawet jeśli to, przynajmniej teoretycznie, znaczyłoby, że zdradza swoich. Co go to obchodziło? Bez niego i tej jakże skutecznej ścieżki wywiadowczej, Piekło nie wiedziałoby niemalże nic. A demon doskonale zdawał sobie z tego sprawę, nawet zbyt dobrze.
- Byłbym żałosnym szpiegiem, gdybym nie znał -
odparował. No cholera, po prostu w takich pogawędkach ta jadaczka mu się nie zamykała i gadał wszystko, co mu wpadło do tej czarciej głowy. Prawie wszystko. - Niższe szczeble się biją, generałowie razem gorzałkę piją - zamruczał w odpowiedzi.
Belzebub musiał nieco zmienić do tej pory zebrane informacje o Ariaelu. Przecież się roześmiał - słyszał to na własne uszy, bo pewnie by nawet w to nie potrafił uwierzyć - a to z lekka skreślało jego domniemane bycie sztywnym i pozbawionym poczucia humoru aniołem pełnym dumy. No, dumny zapewne był, jak każda inna istota o większym znaczeniu, ale zachowywał się nadzwyczaj normalnie. Na dodatek zagrał razem z Władcą Much! Przecież to był istny ewenement! Tak rzadko zdarzało się, żeby ktoś chciał się z nim bawić! Zwłaszcza taki ktoś, kto potrafił to robić z prawdziwą klasą i wyczuciem. To był szalenie miły i wielki kontrast między Urielem, a tym spotkanym wcześniej aniołem. Zero szyku, zero wyrafinowania, najprostsze i wulgarne obelgi wyjęte z rynsztoka. A tutaj? Kompletnie inny poziom. Na całe szczęście.
- "U Belzebubka" - powtórzył powoli, smakując te słowa. Machnął nonszalancko dłonią. - Brzmi jak żałosna speluna, kto by tam chodził? - westchnął i pokręcił głową. - Czym w ogóle jest "Belzebub", hm?
Wrogowie zawsze są wrogami. Fakt faktem, jeśli byli potężni i znaczący, to stanowili największą przeszkodę i robili najwięcej problemów. Ot, takie maluśkie stworzonka, których nawet się nie zauważa, nie potrafiły krzyczeć tak głośno, aby dało się je usłyszeć. Chyba że zbierały się całą gromadą, bo wtedy nawet mrówki czy myszy potrafią być naprawdę kłopotliwym przeciwnikiem. Przewaga ilości nad stylem. Często tak przecież już bywało.
Parsknął i podniósł się do góry, masując głowę ze zbolałą miną.
- Jesteś okrutny, zły aniołek -
oznajmił żałośnie, lecz zaraz po tym się roześmiał. Tak trudno było o tym zapomnieć, że wszystko mogło mieć drugie dno? - Rany piekielne - poprawił profesorskim tonem. - Musimy być poprawni politycznie. I tak, owszem, ale przecież nie wnikam, nie moja sprawa... choć pewnie mógłbym się dowiedzieć, żaden problem... dowiedzieć? - zakończył, lecz teraz po prostu próbował podpuścić Uriela. Był niemalże pewien, że i tak musiałby się naprawdę postarać, żeby wzniecić prawdziwą kłótnię czy walkę.
Pokiwał głową z powagą i wzruszył ramionami.
- Lepsza przepiórka niż insekt -
odpowiedział lekko. On przynajmniej miał czelność - czy też bezczelność - nazywać Ariela tak prosto w twarz. - Oraz robal, gównojad, pluskwa, pasożyt... do wyboru do koloru, Władca Much kłania się w pas - ale wcale się nie ukłonił, tylko oparł plecami o kolana anioła. - Też sobie tego nie życzę. Ale, niestety, los zdaje się w ogóle tym nie przejmować i tak po prostu już jest - mówił to wszystko lekkim i absolutnie beztroskim tonem. Kwestia przyzwyczajenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł


Fabularnie : Złączony z nim wspólną przeszłością, Inu.
Liczba postów : 97
Join date : 04/04/2014

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Sro Kwi 23, 2014 4:31 pm

Na potwierdzenie swoich przypuszczeń tylko skinął głową. W końcu po co miał komentować coś oczywistego? Wiedział, że zaprezentowana przez Belzebuba metoda była prowizoryczną bronią jedynie w rękach nic nie znaczących i niezbyt bystrych diablików. Zarówno Lew Boży, jak i Władca Much mieli znacznie bardziej przemyślane i dostojne metody przekonywania do swoich racji. W oczach niczego nie świadomej osoby manipulowanej, chcieli tylko nakierować ją na prawidłową ścieżkę, a przynajmniej w przypadku Ariaela, który kierował się wyłącznie dobrymi intencjami, mimo że zazdrośni o jego wpływy Bracia co rusz zarzucali mu kłamstwa. Ach, ciężki był los wysokiego rangą Sługi Bożego. Piekielnego, jak można było się domyślać, również.
- Pedantyzm? Nie, o ile nie jest to ładniejsze określenie na obsesję dotyczącą walorów estetycznych i wizualnych. Sam jestem perfekcjonistą, choć do wyglądu ogółem nie przykładam większej wagi. - Wzruszył ramionami, wciąż mierząc wzrokiem ubiór rozmówcy. Chwilę potem przeniósł beznamiętne spojrzenie na swój. Rzeczy Ariaela były zupełnie zwyczajne, eleganckie, acz bez przesadnego wyświechtania. Nie mógł się powstrzymać od mimowolnego porównywania, ale w końcu zaprzestał tej czynności i zamiast tego przyłożył większą uwagę do wypowiedzi czarnowłosego, która od samego początku interesowała go najbardziej. Czy słusznie - trudno było orzec, bo w chwili jej usłyszenia  miał wrażenie, że zaraz spadnie ze skrzynki, która w danym momenicie służyła im obu za siedzenie. Całe szczęście, że zrobili sobie przerwę w piciu nektaru, bo gdyby archanioł miał coś w ustach, z pewnością by się zachłysnął. Albo opluł. Jedno z dwóch.
- Spałem z Michałem? Gabrielem? I Twoimi pobratymcami?! - Patrzył na demona przez chwilę z mieszaniną konsternacji i graniczącego z szokiem zdziwienia. Kąciki jego ust drgały przez chwilę niebezpiecznie, aż w końcu Uriel wybuchnął gromkim śmiechem. Tak mocnym i obezwładniającym, że autentycznie spadł z tej skrzyni i ukrył twarz w dłoniach. Chyba nigdy w życiu nie słyszał czegoś bardziej... Idiotycznego? Że też takie plotki krążyły po zaułku Lucyfera! To było aż nie do pomyślenia. Miały co prawdą rację co do tej jednej osoby, którą demon wymienił, ale niech pozostanie to owiane woalem tajemnicy. Nikt nie musiał tego wiedzieć. - Ja... Ja wcale Cię o nic nie pytałem. Sam mi wszystko wygadałeś. Nie będę Ci płacił.
Wydusił z trudem, łapiąc się za brzuch i powoli podnosząc na skrzynię, w końcu nie wypadało aniołowi siedzieć w takim stanie na ziemi. Pewnie nie wypadało mu także tak się śmiać, ale czy to ważne? Nikt nigdy nie zagwarantował mu takiego ubawu. N i g d y, dosłownie.
- Ale dobrze. Niech będzie. - Odchrząknął, przykładając dłoń do ust i pozwalając resztkom uśmiechu opuścić jego usta. Nareszcie przybrał w miarę rozgarniętą (trudno było zdefiniować to określenie, patrząc na twarz Uriela) minę, po czym powiedział nieco konspiracyjnym tonem: - Wiem o Tobie dużo przed Upadkiem, ale niewiele po i moim jedynym źródłem są plotki. Mogę Ci powiedzieć. To moja zapłata, której tak się domagasz. Wymiana.
Sparodiował gest Belzebuba, rozkładając bezradnie ramiona i spoglądając na niego z szerokim, urzekającym uśmiechem. Miał doskonałą pamięć, toteż nie trudno było mu powtórzyć na pozór nieistotne odruchy. Słysząc kolejne słowa, pokręcił delikatnie głową. Doprawdy, zbyt dobrze mu się rozmawiało. Jeśli tak dalej pójdzie, będzie jak przed... A, nieważne. W każdym bądź razie, poczuł nagłą ochotę uderzenia sobie w czoło.
- Mnie to nie przeszkadza, jeśli mam być szczery. Zresztą, było tak od kiedy pamiętam. Nie mniej trafne spostrzeżenie.
I ponownie nie potrafił powstrzymać uniesienia warg, kiedy usłyszał śmiech demona. Jakaś tajemnicza siła nakazywała mu wykrzywić usta i zapomnieć o jakichkolwiek zahamowaniach i powadze, której teraz, choćby chciał, nie potrafiłby w sobie wykrzesać.
- Tak, dokładnie. "U Belzebubka". I nie narzekaj tak, miałbyś jednego stałego klienta. Zgadnij, kogo. - Tutaj wypiął dumnie pierś w teatralnym geście i popukał się w nią sugestywnie, nie pozostawiając żadnych wątpliwości. Zaraz jednak powrócił do swojej normalnej postaci i przechylił lekko głowę, wpatrując w diabła z iskierkami zaciekawienia w oczach. - Czym czy raczej kim?
Naprawdę nie kłopotał już swojej głowy kwestią wrogów. Był zbyt silny, by ot tak umrzeć z ręki jednego niepozornego diabła, który i tak podlegał Lucyferowi (a ten z kolei nie pozwoliłby nabawić się takich nieprzyjemności wskutek zabicia go), natomiast żaden anioł nie mógł mu się przeciwstawić. W końcu był po prawicy Boga, a to o czymś świadczyło.
- Chyba pomyliły Ci się strony, demonie. - Celowo zaakcentował ostatnie słowo i to bynajmniej nie z pogardą, a z typowym dla siebie od kilkunastu ostatnich minut rozbawieniem. - Powinieneś ograniczyć plotki. Coś mi się wydaje, że ich zawartość źle wpływa na trzeźwość Twojego umysłu.
To akurat powiedział całkiem serio, wciąż pozwalając na obecność jedynie ledwo zauważalnego uśmieszku. Spojrzał na mężczyznę z pewną dozą podziwu. Choć nie przejmował się zbytnio znaczeniem obelg, nie potrafił ich tolerować. On nie.
- Na Twoim miejscu nie pozwoliłbym siebie tak nazywać. Nie mówię tutaj o sytuacjach, kiedy jakiś demon rzuca we mnie obelgami, wówczas jedynie uśmiecham się z pogardą i skręcam mu kark, i to nawet nie z powodu urazy. Mimo to bacząc na Twój status w Kręgach Piekielnych, od podwładnych na Twoim miejscu wymagałbym bezwzględnego szacunku - stwierdził. - Osobiście mam autorytet moich sług, po części zaskarbiony ową surowością. A Ty? Co robisz, by go zyskać?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Sro Kwi 23, 2014 10:18 pm

Roześmiał się - nie było to dla niego jakoś szczególnie trudne, pewnie dlatego że nigdy sobie tego nie zabraniał i przychodziło mu to naturalnie, nawet w kryzysowych sytuacjach - jak choćby podczas tego bardzo niezdrowego incydentu z Bramą Piekielną - potrafił się roześmiał głośno. Nawet jeśli to był szczerze udawany śmiech i nie miał zbyt wiele wspólnego z tym, jak demon czuł się psychicznie. Ot, to była recepta na wszystko. Na dodatek szalenie skuteczna.
- Dbanie o wizerunek w takim razie - sprostował, zgodnie zresztą z prawdą. Częściową. W końcu robił to bardziej ze względu na samego siebie, niż innych. Polubił i już. - Przyzwyczaiłem już wszystkich do tego, nie chcę wywoływać szoku. I tak o wiele łatwiej zachować pozory, a w to mi graj, Arielku.
Bo o to chodziło, to fakt.
- Owszem - przytaknął i skinął głową. To był jego jedyny komentarz odnośnie początkowej reakcji archanioła na te wszystkie rewelacje. Ot, chyba go zatkało na chwilę, bo Belzebub doskonale widział ten gnieżdżący się w błękitnych oczach szok. Hm, nie przypuszczał, że Ariel zareaguje aż tak gwałtownie. - I ze mną! - przypomniał taktownie, może sekundę przed tym, jak jego drogi towarzysz wybuchnął donośnym śmiechem. Ha, mało tego, nawet udało mu się spać z tej całej skrzynki, co sam demon skwitował cichym chichotem, który zaraz stłumił i nawet zasłonił usta dłonią, by nie przeszkadzać sobie w obserwowaniu śmiejącego się anioła. Prawdę mówiąc, jego samego bawiły te plotki - zwłaszcza teraz, gdy miał okazję przebywać z Araelem dłuższą chwilę i choćby pobieżnie przekonać się, jaki jest. Poprzednio nie zwracał na to nawet uwagi - na plotki, rzecz jasna - słuchał ich, kiwał głową i zapisywał w pamięci, lecz poza tym? Nic a nic. Bo wcześniej przecież nie miał przyjemności, żeby spotkać się ze swoim starym przyjacielem. Czy kim tam właściwie dla niego był, bo ztymi aniołami to nigdy, cholera, nie wiadomo na pewno.
Kiedy aniołowi udało się już opanować chyba na dobre i pozbierać z podłogi, a nawet poradził sobie z wdrapaniem się z powrotem na skrzynię, Belzebub pozowlił sobie na cichy śmiech. Rozumiał, że to mogło byćśmieszne, jeśli ktoś znał prawdę. Ale żeby aż tak? Niemniej mimowolnie zwrócił nagle baczne spojrzenie na Uriela. O wiele szybciej, niż powinien to zrobić, gdyby nie był sprawą zainteresowany. A przecież jeszcze kilkanaście minut temu zapierał się, że przeszłość go ani trochę nie obchodzi! Zreflektował się od razu i odchrząknał, wzruszając ramionami, ze szczerą nadzieją, że anioł nie zauważył tego poruszenia, które wywołały te magicznesłowa, że Władca Much będzie miał okazję dowiedzieć się czegoś o samym sobie. To było ważne. Cholernie ważne, bez względu na to, jak bardzo by się tego wypierał.
- Mogę na to przystać -
zgodził się zdawkowo. Ha, chyba trochę za późno na takie zachowanie. Był niemal pewien, że ta nagła ekscytacja za bardzo rzuciła się w oczy. A myślał, że uda mu się to schować przed całym światem. No cóż, nie wyszło.
SKinął tylko głową, bo wydawało mu się, że temat generałów i im podobnych jest już skończony. Nie miał niczego do dodania, powiedział co myślał na ten temat i co wiedział, co musiało doprowadzić do jego wyczerpania. O ile sam Uriel nie chciał się jeszcze do niego odnieść.
Parsknął i pokręcił głową. Przecież to była tak banalna nazwa, że to aż bolało! Belzebub wyobraził sobie nawet okropny, krzykliwy neon, w którym brakuje kilku liter, a zaraz pod nim obskurne drzwi i taki biały anioł tuż przed nimi z najszczęśliwszą miną pod słońcem.
- Ten stały klient opróżniłby moją drogocenną piwnicę i na tym by się skończyło. I pewnie jeszcze by nie płacić, powołując się na jakieś konszachty z szefem, my się tak nie bawimy, mój drogi, o nie -
wciąż używał tego przesadnie poważnego tonu, w końcu wciąż się bawili i grali na tej ślicznej scenie. W Big Benie, gdzie robiło się już coraz chłodniej i ciemniej. - Czym, kim... co to jest, tak ogólnie.
Jemu miałyby się strony pomylić? O, nie. Belzebub doskonale wiedział, do której bramki musi strzelać a do kogo podawać. Niemniej wcale nie przeszkadzało mu to w "przypadkowym" omsknięciu się nogi, aby piłka wpadła w ręce przeciwnej drużyny. Taki mały Judasz, który myślał tylko o sobie.
- Na trzeźwość mojego umysły wpływa wino - stwierdził wesołym i nawet nieco pijackim tonem, choć do upicia było mu daleko. Za to uniósł z niemal nabożną czcią karafkę z tym wspaniałym nektarem i podniósł ją do góry, jakby to był najwspanialszy na świecie skarb. Zapewne ta butelka była warta majątek... o ile nie była bezcenna, lecz to wcale nie przeszkadzało Władcy Much w całkowicie ignoranckim i może marnotrawnym podawaniu go innym.
Znów zachichotał. Aniołka te wszystkie obelgi ruszały chyba o wiele bardziej niż samego demona. Tylko dlaczego?
- Nie dbam o autorytet -
odpowiedział. To była prawda, wyprana ze wszystkich ozdobników. - Nie potrzebuję ich szacunku, znam swoją wartość. Jeśli uważają, że obrażanie mnie, gdy nie patrzę, może im pomóc... to niech to robią. I tak żaden z nich nie ośmieli się powiedzieć mi tego wprost - westchnął ze zrezygnowaniem. - Zresztą, nie kłopocz sobie tej białej główki cudzymi problemami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł


Fabularnie : Złączony z nim wspólną przeszłością, Inu.
Liczba postów : 97
Join date : 04/04/2014

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Czw Kwi 24, 2014 3:39 pm

Anioł splótł palce u dłoni, opuszczając je swobodnie na swoje uda, po czym pozwolił zagościć na swych wargach lekkiemu, nic nie znaczącemu uśmiechowi.
- Dobrze, że o siebie dbasz. Trudno byłoby mi uwierzyć w to, co widzę, jeśli przyszedłbyś w połatanych rzeczach z drugiej ręki. - Jego brwi samoistnie uniosły się do góry, zdradzając myśli Ariaela, który rzeczywiście próbował sobie wyobrazić mężczyznę w stroju niezbyt schludnym, bądź wręcz odpychającym. Poniekąd mu się to udało, ale czym prędzej wyrzucił tę wizję ze swoich myśli. Znacznie przyjemniejsze było spoglądanie na demona w takiej postaci, w jakiej był teraz tuż obok niego. - Pozory, pozory... Wszędzie pozory. To zabawne, bo z zachowania niewiele się zmieniłeś. Chcesz mi powiedzieć, że to wszystko również złudne wrażenie?
Wciąż siedząc ze skurczonymi nogami, oparł podbródek na dłoni, następnie przechylając twarz i spoglądając na ciemnowłosego mężczyznę z czymś na wzór zamyślenia. Teraz, kiedy już z powrotem siedział na swoim miejscu i plotki, choć nadal tak samo zabawne, nie wywoływały u niego tak gwałtownych emocji, poczuł się delikatnie zawstydzony swoją wcześniejszą reakcją. Tym bardziej, że mężczyzna przypomniał mu o sobie w tak beznamiętny sposób. No tak, ciągle wylatywało mu to z głowy... Otóż Uriel nie zapomniał o nim przypadkowo przy wymianie swych domniemanych kochanków. Chciałby skłamać i zaśmiać się tak, jak na przytoczenie przykładu Molocha chociażby, ale nie mógł i nie zamierzał tego w jakikolwiek sposób komentować. Uśmiechnął się nieco szerzej, po części także po to, by ukryć chwilowe skrępowanie, po czym skupił się na tym, co on miał mężczyźnie do zaoferowania. "Mogę na to przystać"... tak? Ależ Belzebubie, nie powinieneś zapominać, iż Twój drogi towarzysz nie jest reprezentantem drużyny idiotów i osób opornie myślących, dzięki czemu w porę zauważył, jak wpłynęły jego słowa na Twoje zachowanie. Wyraz twarzy Fanuela uległ niewielkiej zmianie, gdy próbował przywołać wszystkie informacje, jakie posiada. W końcu sam poniekąd wiele się dowiedział, czyż nie?
- Więc, od czego zacząć..? Może od samego początku. Należałeś do chóru Cherubów, jak pewnie wiesz, razem ze mną. Przyjaźniliśmy się, zresztą miałeś sporo przyjaciół. I wrogów. - Wzruszył ramionami, nie mogąc powstrzymać zadumanego tonu; jak gdyby próbował przywoływać do siebie zapomniane, czy bardziej niewspominane od dawien dawna chwile. - Bóg darzył Cię sympatią, zresztą obaj byliśmy blisko jego Światłości. Co do charakteru... Nie różnisz się jakoś szczególnie do tamtego Belzebuba. Tak, jak teraz nie masz żadnych poglądów, za czasów na długo przed Upadkiem byłeś jednym z najlojalniejszych sług bożych. I jakoś tak zawsze rozładowywałeś atmosferę, żartując. Michał zawsze chciał Cię ukrócić za taką postawę o głowę. Zresztą nie tylko on. Ja i Gabriel mieliśmy ręce pełne roboty.
Pokręcił delikatnie głową, uśmiechając się. Zaraz jednak jego mina spoważniała, a w głębi oczu przemknęło pewne niezidentyfikowane uczucie przypominające w swej złożoności... ból? Rozczarowanie?
- Wiesz, z czasem zacząłeś się robić coraz bardziej niedostępny. Domyślałem się, co było tego powodem, ale byłem zbyt naiwny. Wierzyłem w Waszą uczciwość, zarówno Twoją, jak i Lucyfera, do samiutkiego końca. Nawet jeśli oznaczało to wyrzeczenie się prawdy. - Białowłosy anioł poczuł, jakby na jego klatce piersiowej zaciskała się powoli gruba, prężna lina. Skrzywił się, wpatrując w podłogę, lecz zaraz uniósł wzrok na swego towarzysza. Nie było w nim już żadnych uczuć, które ponownie zepchnął gdzieś głęboko i daleko od cudzej świadomości. Uśmiechnął się jedynie z rozbawieniem, które potrafił w sobie wykrzesać jedynie na potrzeby rozmowy. Nie chciał, żeby mężczyzna czuł się przytłoczony informacjami z dawnych lat, a przyjazna i beztroska atmosfera uległa zmianie. - No, ale powinieneś wiedzieć, że jeśli jakimś cudem spotkasz Metatrona, lepiej uciekaj, gdzie pieprz rośnie. Kiedyś wymyśliłeś grę na jego... ehm, temat. Kto pierwszy krzyknął "idiota" po tym, jak powiedziałeś "Meta-", wygrywał. Prawdę mówiąc, zabawa zgoła niedorzeczna, ale w swym idiotyzmie śmieszna - rzecz jasna, nie dla poszkodowanego. Był na Ciebie obrażony do samego Upadku i nie zdziwiłbym się, gdyby nadal był. I, ogółem, rozkochałeś w sobie biednego Haniela.
Na ostatnie swoje słowa Uriel zakrył usta dłonią, próbując nieudolnie zdusić śmiech na wspomnienie westchnięć Haniela, kiedy Belzebub obdarzył go zawadiackim spojrzeniem.
- Byłeś dosyć... popularny. To wszystko. Nie zamierzam Ci dziś więcej powiedzieć.
Ot, koniec historii. Uriel wyczerpał na dziś swoje zapasy wspomnień, będąc już autentycznie zmęczonym przywoływaniem tak odległych sytuacji z ich wspólnego, jak by nie patrzeć, życia. Odetchnął z ulgą, opierając się o mur i spoglądając kątem oka na swojego rozmówcę. Chcąc nie chcąc, musiał się zaśmiać.
- Ależ skąd, płaciłbym Ci! Przynosiłbym Ci roślinki w doniczkach. Przecież to świetna rekompensata. - Wiedział, jak mężczyzna na to zareaguje, i wyszczerzył proste i białe zęby w szerokim uśmiechu. Kim był Belzebub, Władca Much? Dobre pytanie. - Demonicznym aniołkiem?
Strzelił od niechcenia, spoglądając na niego spod przymrużonych powiek. Prawdę mówiąc, był już nieco zmęczony. Tego typu zajmujące rozmowy były dla niego jedną z przedniejszych rozrywek, ale jego organizm działał nieprzerwanie od pewnego czasu i na razie dosyć ciężko znosił tak przytłaczającą w swej wielkości osobę, jaką był Uriel. Tym bardziej zważając na jego rozbudowane życie uczuciowe i duchowe.
- Och, na moją również. Szczerze mówiąc, moje ciało jest już dosyć zmęczone tyloma... Emocjami? Czymkolwiek - mruknął, a jego usta nagle ogarnęło spontaniczne ziewnięcie, które ukrył pod wnętrzem dłoni. Wnet jednak powrócił do swojego typowego nauczycielskiego tonu i obojętnej miny, pod którą starał się ukryć opinię wobec postawy demona. - Nie zamierzam się nimi kłopotać.
Odparł chłodno, lecz zaraz odchrząknął i dodał nieco przyjaźniejszym tonem.
- Na Twoim miejscu po prostu dbałbym o swoją reputację. Chcąc nie chcąc, im sługa darzy Cię większym autorytetem, tym jest posłuszniejszy. Lata doświadczeń.
Wzruszył delikatnie ramionami, w dalszym ciągu pozwalając ciemnowłosemu opierać się mu o kolana. Nieszczególnie mu to przeszkadzało, a w takiej pozycji było mu wygodnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Sob Kwi 26, 2014 10:37 pm

Sam Belzebub w tamtej chwili spróbował sobie wyobrazić samego siebie w całkowicie odmiennym stroju - z tą różnicą, że przyszło mu to bez najmniejszych problemów. W końcu czasami musiał sam się fatygować, żeby zebrać pewne informacje, a zapuszczanie się do tych mniej chlubnych dzielnic w większych miastach w stroju żywcem wyjętym z magazynu, nie było mądrym pomysłem. Ani trochę.
- Możesz być pewien, że trafi się jeszcze taka okazja -
odpowiedział i wzruszył ramionami. Niekiedy zdarzało mu się udawać bezdomnego ćpuna. Cóż... zabawa przednia, a jaka to była wspaniała okazja do poznania całkowicie nowych ludzi! Dilerów narkotykowych, handlarzy bronią, okoliczną mafię, prawdziwych bezdomnych... można było przebierać. Potrząsnął głową. - Teraz pozwalam sobie na luksus nie odstawiania tej szopki i masz niewątpliwą przyjemność oglądać zachowanie Belzebuba w naturalnym środowisku, gdy czuje się bezpieczny.
Demon nie wiedział, czy pominięcie go w tej wyliczance było celowe czy rzeczywiście było kwestią przypadku. Ot, przypomniał o sobie z czystej uprzejmości - skąd mógłby wiedzieć, że akurat ta konkretna rzecz wcale nie była plotką? Słyszał tylko jakieś podszepty, ale z miejsca wrzucił je do kosza z napisem "absurd" - bo nikt nie powiedział mu o takim zdarzeniu prosto w twarz. A kto słuchałby podszeptów? Niemniej w tej chwili wydawało mu się z lekka zastanawiające, czemu choćby nie przytaknął. Nawet jednym skinieniem głowy, lecz później nie miał szans na analizowanie tej sytuacji, bo skupił się na słowach anioła.
Zawsze był przekonany, że kiedy w końcu zacznie słuchać takich... wspomnień, jak teraz, to poczuje w środku coś, cokolwiek - jakieś namiastki nostalgii, może tęsknoty, ba, może nawet by mu się coś przypomniało? A tu nic. Słuchał i starał się z tym jakoś utożsamić, że to jednak był cholerny kawałek jego samego, którego wybitnie brakowało. A tu takie nic? Zupełnie tak, jakby to wszystko dotyczyło kogoś zupełnie innego, kogo nawet nie znał. I nie miał nawet najmniejszych szans, by go poznać na dobre. Szkoda, naprawdę tego żałował, choć teraz tego po sobie nie pokazał. Dobrze było poznać chociaż część przeszłości, ale Belzebub - wbrew swoim oczekiwaniom - nie czuł się z nią szczególnie czy jakkolwiek nawet związany.
Zapatrzył się przed siebie z nieobecną miną. Przez chwilę niczego nie mówił, układając te wszystkie informacje w głowie, gdy uśmiechnął się z przekąsem.
- Meta-idiota? Naprawdę? Poczucie humoru to chyba nigdy nie miałem przesadnie wysublimowanego -
oznajmił i zaśmiał się cicho. A później przygryzł na chwilę dolną wargę i spojrzał z ciekawością na Ariela. - Rozkochałem w sobie anioła miłości? No, no. To już chyba był szczyt szczytów w kunszcie robienia sobie żartów z całego świata. Specjalnie czy przypadkiem? - rzucił z rozbawieniem. Złapał ten temat, który wydawał mu się najmniej zobowiązujący i najlżejszy. Nie czuł się na siłach, by roztrząsać poważniejsze wydarzenia. Nie chciał też zmuszać Uriela do powrotu do nich, bo pewnie to też nie należało do łatwych rzeczy. - Dziś - powtórzył i spojrzał na zegarek. - A za dwie godziny będzie jutro. Więcej wina? - zapytał lekko i momentalnie otworzył znów wrota, by i tym razem wyjąć ze środka butelkę, a dwie wielkie ważki wyleciały z wrót, taszcząc kieliszek, który udało im się zgrabnie postawić na skrzyni tuż obok Belzebuba. Wleciały do środka, a mała brama zamknęła się za nimi, a wraz z nią zniknął ten charakterystyczny zapach siarki. - Dla odmiany, Paryż, 1943 rok. Gorszej jakości, lecz wciąż odpowiednie, żeby nie podrażnić sobie podniebienia - stwierdził i wyjął szklaną zatyczkę. To były te wina, które uroczyście stały w barku, bo Belzebub nie miał ochoty bawić się z korkociągiem. Otwieranie tak starych win było katorgą. Nalał trunku do nowego kieliszka i dodatkowo dolał do drugiego, z którego pił Uriel.
- Bunt niczego mi nie przyniósł, mogę to stwierdzić już po twoich słowach -
odpowiedział zupełnie szczerze z ziarnem goryczy w tych słowach. Uśmiechnął się krzywo. - Niech żyje samotność, amen - wzniósł toast i niemalże jednym haustem opróżnił zawartość swojego kieliszka.
Parsknął. Płacenie roślinami? Gdyby rzeczywiście kiedyś otworzył knajpę i jakimś dziwacznym trafem nazwał ją "U Belzebubka" - co było przynajmniej niewiarygodne i nie do pomyślenia - to na pewno nie sprzedawałby swoich drogocennych win za takie psie stawki! Za nic! Przecież zbierał je przez tysiące lat i na pewno nie po to, żeby sobie jakiś byle kto mógł delektować się czymś tak wspaniałym. Nigdy w życiu.
- Nie ma mowy! Nie chcę żadnych roślinek! To skandal! -
odpowiedział z udawanym oburzeniem i machnął stanowczo ręką, co pewnie miało znaczyć kategoryczną odmowę. - Świetnie powiedziane, lepiej chyba bym tego nie ujął - roześmiał się. Demoniczny aniołek. Anielski demon. W zasadzie oba te określenia pasowały całkiem nieźle do niego. Kim jak kim, ale Władca Much na pewno był istnym ewenementem wśród swoich, prawdziwym oryginałem.
Miał dbać o autorytet? Przejmować się zdaniem kogoś, kto znaczył dla niego tyle co nic? Nie. Zdecydowanie nie. Ci, których potrzebował - a były to najczęściej insekty - i tak słuchali go z zatrważającym posłuszeństwem. Byli lojalni, gdyby Belzebub ufał komukolwiek, to mógłby nawet nazywać ich zaufanymi. Ale to były wyjątki, zaledwie kilku demonów, które zdawały sobie sprawę z rzeczywistego stanu rzeczy.
- Ale nie jesteś na moim miejscu. Ani ja na twoim również nie jestem. Obecny stan rzeczy mi nie przeszkadza, zdążyłem się przyzwyczaić - odparł również nieco chłodniejszym tonem. Nie lubił rozmawiać o swoich zajęciach. Z czystego przeświadczenia, że zawsze są podszyte nieczystymi zamiarami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł


Fabularnie : Złączony z nim wspólną przeszłością, Inu.
Liczba postów : 97
Join date : 04/04/2014

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Nie Kwi 27, 2014 3:31 pm

- To sugestia, iż owe spotkanie nie jest ostatnim? - zapytał Uriel z cieniem rozbawienia w oczach, przesuwając spojrzeniem po sylwetce demona. Cóż, jego widok jako jednego z naczelnych gwardii bezdomnych wyryłby się w pamięci Ariaela jako ciekawe doświadczenie. Równie ciekawe jak to, jaką reakcje zaprezentowałby anioł. Zaskoczenie? Zażenowanie? Rozbawienie? Niesmak? - Skoro tak, dobrze wiedzieć. Ja również nie udaję. Być może niesłusznie, ale w tej chwili nie ma to dla mnie żadnego znaczenia.
Powiedział zgodnie z prawdą, zwracając wzrok na swoje idealnie przypiłowane paznokcie. I rzeczywiście. Ich rozmowa nie tyczyła się kwestii, nazwijmy to, "służbowych", toteż Uriel nie zgrywał niedostępnego dostojnika niebieskiego. Jego postawa była tą naturalną, zarezerwowaną dla przyjaciół, których, nawiasem mówiąc, nie było zbyt wiele. Jedyną osobą, którą darzył przyjaźnią, był Kamael. Oczywiście teraz, bo o czasach przed Upadkiem nie miał zamiaru więcej rozmyślać. Mimo to był nieco zaskoczony obojętną postawą Belzebuba wobec własnej przeszłości. Z jednej strony pozytywnie, bo podziwiał go za dystans, lecz także negatywnie, jako że jakimś cudem nie przypomniał sobie faktów, które były dla anioła... istotne. Czegokolwiek. Zresztą, czego on oczekiwał? Westchnął cicho, zaraz lekko się uśmiechając.
- No, widocznie żaden anioł nie ma wysublimowanego, skoro każdemu z nas wydawało się to dosyć zabawne. Oczywiście, pomijając samego Metatrona. Co do Haniela z kolei, byłeś dla niego przesadnie miły. Myślał, że okazujesz w ten sposób zainteresowanie i... Tak wyszło.
Uśmiech Uriela powiększył się niemal dwukrotnie, kiedy ujrzał rozbawienie Władcy Much. No, jakby nie patrzeć, obie sytuacje na takowe zasługiwały. Obserwował uważnie poczynania mężczyzny, jak spogląda na zegarek, a następnie informuje go o godzinie. Zatem miał przygotować z racji nowego dnia na kolejny wykład odnośnie przeszłości? Dobre sobie.
- Wybacz, następną porcję słodkiej przeszłości zafunduję Ci przy następnym spotkaniu. Ale wina chętnie. - Sięgnął po kieliszek, przysuwając go do swego towarzysza, po czym odsunął od niego, smakując pierwszy łyk. - Nie wydaje Ci się to paradoksem? Siedzenie we wieży zegarowej i potrzeba sprawdzania godziny na zegarku podręcznym...
Parsknął cichym śmiechem, kręcąc głową. Uniósł kieliszek do poziomu swoich oczu i zaczął przyglądać się bordowej konsystencji wina, potrząsając delikatnie naczyniem.
- Moim zdaniem jest bardzo dobre, choć nie umywa się do wcześniej spożytego nektaru - stwierdził zadumanym głosem, chwilowo odstawiając kieliszek. Zaraz jednak i tak został zmuszony do ponownego uniesienia go w toaście i spożycia kolejnego, tym razem nieco większego łyku. - Widzisz, Belzebubie, poniekąd rozumiem Wasze pobudki. Myśleliście, że bunt wszystko zmieni, postawi Was w lepszym położeniu. Rzeczywistość jednak okazała się okrutna. Zresztą, naprawdę nie wiem, czego się spodziewaliście. A co do słów toastu... Czyż w naszym położeniu nie byłoby lepsze: "niech żyje przyjaźń anioła z diabłem"?
Wargi Uriela wykrzywiły się w uśmiechu, kiedy odstawił opróżniony kilkoma następnymi łykami kieliszek. Zaraz zwrócił przepełnione teatralnym dramatyzmem spojrzenie na swojego towarzysza.
- Jak śmiesz, Belzebubie? Toć to anielskie roślinki, niektóre w swych właściwościach co najmniej unikatowe! - Wydął wargi, krzyżując ręce na piersiach i spoglądając z udawaną urazą na swego rozmówcę. Zaraz jednak przyjął naturalną postawę i wzruszył ramionami, słysząc komentarz demona na temat jego odpowiedzi.
- Prawdę mówiąc nieszczególnie się nad tym zastanowiłem... - mruknął, nieco zaskoczony taką reakcją, lecz postanowił nie trudzić się jej analizą. Zamiast tego skupił się na kolejnych słowach Belzebuba, które skwitował lekceważącym ruchem dłoni. Nie uważał słów demona za bezsensownych, czego ów gest nie miał oznaczać, a nie miał ochoty na kontynuowanie wszczętego tematu. Mężczyzna był uparty, a Ariel nie zamierzał się szczególnie nad nim pastwić. - To już Twój wybór.
Tymi słowy oparł się delikatnie o mur pomieszczenia i uniósł podbródek ku górze. Pomimo chłodu, który wraz z nadejściem nocy wypełnił oblegane miejsce, w żyłach anioła płynęło pobudzające gorąco. Nawet nie zauważył, kiedy jego policzki delikatnie się zaróżowiły. Ciało, jak to było zresztą widoczne, reagowało zupełnie niekontrolowane, mimo że sam jego właściciel nie czuł jakiegoś szczególnego upojenia. Nie miał nic ciekawego do roboty, toteż skoro mężczyzna opierał się wciąż o jego kolana, prześledził wzrokiem jego ciemne włosy. Zmarszczył delikatnie brwi i od niechcenia przeczesał je dłonią, zatrzymując ją przy końcówkach.
- Przydługie - skwitował, puszczając je i z powrotem spoglądając przed siebie. Odczuwał dziwną potrzebę ciszy i przynajmniej kilkuminutowego milczenia, by jakoś podsumować tę część ich rozmowy. Wrodzona małomówność, do tej pory tłumiona przez chęć aktywnej rozmowy, teraz uderzyła go z podwojoną siłą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Pon Kwi 28, 2014 10:34 pm

- A przypuszczałeś, że takim będzie? - zapytał ze szczerym zainteresowaniem. Czasami lepiej się upewnić, jaki stosunek mają inni co do kolejnych spotkań, nawet jeśli znów miałyby wyniknąć z czystego przypadku. Ot, jeśli jest się niemile widzianym, trzeba się jak najszybciej wycofać i ukryć za sprytną wymówką, która zagwarantuje szybki i bezpieczny powrót. - Bo i po co? Choć to i tak nie jest najbezpieczniejsze miejsce pod słońcem dla takich pogaduszek. Znam lepsze.
W końcu nigdy nie wiadomo, kto patrzy i słucha, prawda? A wyuczona przez lata ostrożność Belzebuba podpowiadała mu, że już jakiś czas temu powinni zmienić to miejsce na coś, gdzie trudniej byłoby podsłuchiwać. Nie lubił być podsłuchiwany, a na pewno nie wtedy, gdy pozwalał sobie na odsłonięcie, bo po ludzku nie podobała mu się wizja, w której wszyscy mogliby wiedzieć - w mniejszym lub większym stopniu - jak daleko zachodziła jego gra aktorska. Nie chciał tego. Ba, ewidentnie tego sobie nie życzył i nie zamierzał do tego dopuścić, przynajmniej w najbliższym czasie.
Parsknął śmiechem i pokręcił głową. Zaraz jednak momentalnie spoważniał, jak po dotknięciu magiczną różdżką i już w następnej uśmiechnął się znacząco, przeczesując kokieteryjnie czarne włosy.
- Żaden tam przesadnie miły, to ten mój piekielny urok, każdy ci to powie -
oznajmił zuchwale i znów roześmiał się głośno. To było tak absurdalne, że nie potrafiło go nie bawić. A na pewno nie tak od razu, zaraz po usłyszeniu czegoś takiego.
Zamarł na chwilę z nieco ogłupiałą miną. Jak mógł, do diabła, zapomnieć, że przez cały czas znajdują się w wieży zegarowej i by sprawdzić godzinę, wystarczyło spojrzeć na ustawienie wskazówek po drugiej stronie? Zerknął na swój zegarek, później na wielkie okno, a na końcu na Ariela. Znów na tarczę swojego zegarka, ponownie na anioła. Delikatnie potarł dłonią brodę i zmarszczył brwi.
- Pooowiedzmy, że to w pewien sposób paradoksalne. Na moment zapomniałem, gdzie w ogóle jesteśmy - odparł powoli, powolutku, jakby nie do końca chciał to powiedzieć. Wydawało mu się to idiotyczne, że w taki kompletnie idiotyczny sposób się zapomniał. Jakim cudem? Zerknął z ukosa na wino i obarczył je całą winą za swoje rozkojarzenie.
Pokiwał głową i sięgnął po butelkę, by znów dolać sobie trunku do pustego już kieliszka. To jasne, że ten był gorszy w każdym calu. Młodszy, wykonany już w sposób jednak coraz bardziej chemiczny i nie tak naturalny jak tamten pierwszy, który wciąż zachowywał cudowny zapach winogron i słodki, mocny smak. Cudowna jakoś i aż żal robiło się Władcy Much na duszy, gdy myślał, że nigdzie więcej nie znajdzie tego wina, które mogłoby równać się greckiemu Nektarowi, który jakoby spożywali ich bogowie. Gdyby kiedykolwiek istnieli, oczywiście.
- O wiele lepsze - potwierdził i sam uniósł kieliszek po raz kolejny. - Niech żyje przyjaźń anioła z diabłem, mimo że jej istnienie to jakiś paradoks.
Znów nie przebierając w środkach, opróżnił kieliszek. Humor mu sprzyjał, niemal jak zawsze, choć dawniej wydawało mu się, że obcowanie z aniołami na wyższych stanowiskach musi być przygnębiające. Zwłaszcza że oni wszyscy widzieli Upadek, mogli mu się do woli przyglądać i ubolewać, albo i się cieszyć, z upokorzenia swoich braci. Osobiście nie był pewien, czy wszyscy tak strasznie płakali za Upadłymi i chcieli, żeby wrócili w pełnej krasie i bożej łasce.
- Anielskie! Gdzie ja bym je posadził?! W swoim ogródku na przedmieściach Piekła?! -
oburzył się i prychnął pogardliwie. - Wszyscy wiedzą, że tam nic nie urośnie! A na pewno nie z Nieba!
Jego wybór. Również nie chciał już kontynuować tego tematu, mieli zbyt rozbieżne zdanie na ten temat i Belzebub szczerze wątpił, by Ariel zdołał go przekonać do zmiany swojego postępowania. I na odwrót. Podchodzili do tego z całkowicie innych stanowisk i niczego nie dało się z tym już zrobić. W końcu przeciwieństwa, prawda? A przeciwieństwa z reguły jakimś cudem się przyciągają.
Fakt, było już coraz chłodniej, ale wino nie pozwalało, by organizm się o tym dowiedział. Właśnie to było cudowne w alkoholu - rozgrzewał, nawet jeśli to było zwodnicze i bardzo zdradliwe w skutkach ciepło. Belzebub mimowolnie drgnął, kiedy anioł przeczesał jego włosy palcami. Spojrzał na niego szybko z zaskoczeniem, które zaraz zamaskował wzruszeniem ramion i obojętną miną. Dawno nikt nie dotykał go... tak po prostu. Z absolutnie własnej i nieprzymuszonej woli, bo za takim pozornie prostym dotykiem zazwyczaj coś szło. Jakaś prośba, czy nawet wymagania. A tak? Demon mógł powiedzieć, że Ariael na moment zbił go z niezbijalnego pantałyku, co teraz Władca Much starał się zamaskować.
- Wcale nie -
zaprotestował i odwrócił głowę w kierunku archanioła z naburmuszoną miną, godną dziecka. Nie dość, że udało mu się zbić go z tropu, to jeszcze krytykował!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł


Fabularnie : Złączony z nim wspólną przeszłością, Inu.
Liczba postów : 97
Join date : 04/04/2014

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Wto Kwi 29, 2014 11:02 pm

Uriel przyjrzał się mężczyźnie nieco uważniej, notując mimowolnie każde pojedyncze uczucie, które uwidaczniało się na jego twarzy. Zwyczaj ten towarzyszył mu niemal od zawsze, podczas rozmów zarówno przyjacielskich, jak i tych służbowych. Patrzył na swych dyskutantów, wzorując się na sobie i wychwytując cechy charakterystyczne dla manipulantów, do których on także się zaliczał; opierając się na schematach wykorzystywanych przez siebie, by wywrzeć oczekiwany efekt. Przydatna umiejętność, ale jakże obłudna. Lepsza była najgorsza prawda od najsłodszego kłamstwa, fakt, ale on nie miał wyboru. Musiał zaakceptować to, co widział, a niewygodę ignorować. Bez słowa.
- Nie. Myślę, że jeszcze się spotkamy - odparł, trącając palcem stojący po jego prawej stronie kieliszek. Nie wiedział, co uczynić z rękoma, więc wziął puste naczynie do ręki i zaczął nim manewrować o tyle sprawniej od Belzebuba, że potłuczenie go graniczyło z niemożliwością.
Nie najbezpieczniejsze miejsce? Szczerze mówiąc, białowłosy był przekonany, że jedyne odpowiednie. To Ci dopiero.
- Tak uważasz? Co prawda moim zdaniem żaden diabeł czy anioł, choćby najinteligentniejszy, nie wpadłby na to, że w Big Benie mogliby ucinać sobie pogawędkę Władca Much i Regent Słońca. - Kiedy wpatrywał się w mężczyznę, na jego wargach pojawił się uśmiech, pierwszy raz od dłuższej chwili. Jego następne słowa wywołały u niego widoczne rozbawienie. Istotnie, nie mógł zaprzeczyć ich prawdziwości, gdyż urok osobisty emanował z ciemnowłosego już za czasów przed Upadkiem, zjednując sobie zarówno wielu przyjaciół, jak i wrogów. A skromność? Zdawało się, że w słowniku ciemnowłosego takie słowo nie istnieje. Dlaczego zatem tak wyszukane komentarze budziły w Ariaelu rzadką wesołość? Za każdym razem? - Rzeczywiście. Twój urok jest znany w Niebie, Piekle i na Ziemi. Gratulacje.
Tutaj anioł posłał w kierunku Belzebuba zawadiacki uśmiech, nie potrafiąc już zdobyć się na więcej. Tak samo kolejna wypowiedź, skwitowana cichym chichotem, a następnie ciszą. Towarzystwo Belzebuba było dla niego tak absorbujące, że zdawało się, jakby wyczerpał już dawkę swojego poczucia humoru. Ba, czuł się wręcz nieswojo z faktem, jak pozytywne uczucia wywoływała u niego ta rozmowa. Wcześniej zamienili ze sobą parę słów i tylko kilka razy, na dodatek służbowo. Dotychczas cherubin miał nadzieję, że echo dawnej przyjaźni wygasło i nie będzie miał problemu z ewentualną walką, lecz teraz... Wątpił to. Tym bardziej, kiedy zobaczył, że tak naprawdę nic się nie zmieniło, a Belzebub był taki sam, jak kiedyś. To znacznie komplikowało sprawę.
- Oczywiście. - Kącik warg anioła powędrował ku górze, wykrzywiając jego usta w lekkim, acz nadal przyjaznym uśmiechu. - Ale zapominanie o godzinie czy miejscu, lub nawet niezwracanie na niego uwagi to dobry znak. Prawda?
Koniuszkiem języka otoczył nieco spierzchnięte wargi, po czym ponownie chwycił za szyjkę kieliszka i przysunął do butelki, by odpowiednia ilość wina przelała się do jego wnętrza i w następstwie mogła rozkoszować jego podniebienie. Trunek naprawdę nie należał do najgorszych. Był nawet lepszy od niejednego, który Uriel miał okazję skosztować.
- Świat składa się z paradoksów. Obaj też jesteśmy paradoksami. - Białe kosmyki opadły aniołowi na czoło, kiedy pokiwał głową jakby na potwierdzenie swoich słów. Mógł sobie wyobrazić, że zaskoczył demona swoją osobą. Ten pewnie nie spodziewał się przyjaznej atmosfery i rozmowy przy winie, w dodatku z kimś takim jak Uriel. Ale, szczerze mówiąc, gdyby nie taka relacja za czasów bez Piekła, pewnie nie rozmawiałby z demonem tak ochoczo.
Ariael był już zbyt zmęczony, by bawić się w teatr i udawać towarzyszący mu dramatyzm, dlatego go nie kontynuował, zamiast tego uśmiechnął się szeroko i odpowiedział mu tym razem normalnie:
- Chyba że byłby to kaktus. Potrafi się przystosować wszędzie, tak jak ty. No, pomijając lasy równikowe i inne miejsca, w których opady są co kilkanaście minut. - Ariael zastanowił się przez chwilkę, przesuwając kciukiem po gładkiej powierzchni ust. Porównanie mu się udało, to było pewne. Nie mniej wcześniej rozpoczęty temat obaj uznali za zakończony i Uriel był bardzo zadowolony z tej decyzji. Ostatnie, czego im było trzeba, to kłótnia.
Zauważył zaskoczenie Belzebuba, kiedy przeczesał dłońmi jego włosy, i uśmiechnął się lekko. Doprawdy, zmęczenie ogarniało powoli jego ciało, a wino tylko podjudzało je do działania. Robił się coraz bardziej senny, tak że nie kontrolował niektórych swoich odruchów. Opróżnił kieliszek i odstawił go z powrotem na swoje miejsce, po czym zdusił ziewnięcie. Miał nadzieję, że nie zaśnie przy demonie, swym naturalnym wrogu (tylko teoretycznie), jak niemowlę. Nie mniej poczuł, jak jego powieki ciążą mu coraz bardziej i bardziej, stopniowo zasłaniając obraz przed oczyma i pozwalając ciemności sprowadzić ze sobą dziwne ukojenie. Oczywiście, nie zasnął. Zbierał siły. Odchylił podbródek do tyłu i oparł głowę o mur wciąż z zamkniętymi oczyma.
- Tak, masz przydługie. Spójrz na moje. Są ide...alne - mruknął półsennie, ledwo otwierając oczy i spoglądając na sylwetkę mężczyzny spomiędzy wąskich szparek. - Ale wybacz, zapomniałem. To Ty jesteś pedantem.
Jego powieki ponownie się zamknęły, a na wargach zawitał lekki, mimowolny półuśmiech. Czuł, że powoli oddala się od ciemnowłosego demona, opierając się Morfeuszowi resztkami sił. Niewiele wystarczyło, by zasnął. Pierwszy raz od dawien dawna, tutaj, na Ziemi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Sob Maj 03, 2014 10:34 pm

Wzruszył bezradnie ramionami - strzelał, że prędzej czy później i tak by się spotkali w takich lub jakichkolwiek innych okolicznościach. Nawet jeśli te ostatecznie miałyby zaprowadzić ich obu na jakieś pole bitwy. Lepszy rydz niż nic, prawda? W końcu wśród bitewnego zgiełku również można zamienić kilka słów, bardzo często przecinanych klingą lub wymyślnym zaklęciem. Kto by się tym przejmował w czasie przyjaznej pogawędki?
- Ja też. Ciekawią mnie tylko okoliczności przyszłego spotkania -
odparł, pocierając brodę wskazującym palcem i opierając delikatnie o nią kciuka.
Uśmiechnął się z rozbawieniem, choć zaraz widocznie spoważniał i pokiwał powoli głową. Dla niego - choć może była to wina z czasem coraz bardziej rosnącej paranoi - najmniej oczywiste miejsca były najbardziej oczywiste. Ot, jego mózg działał już całkowicie inaczej pod tym względem, wszędzie potrafił dostrzec dalekosiężne spiski.
- Takie miejsca, teoretycznie najbardziej nieprzewidywalne, z zasady są tymi, gdzie najłatwiej jest szukać. Oczywistość za to jest nieoczywista, to proste -
stwierdził wciąż z tą poważną miną. Jednocześnie zastanawiał się, kto i jak mógłby informację o takim spotkaniu wykorzystać. Nie udało mu się nawet wymyślić czegoś sensownego, niemniej ta dziwaczna obawa, że ktoś całkowicie nieproszony może podsłuchiwać, sprawiała, że demon nakręcał się coraz bardziej i panicznie reagował na każdy ruch czy dźwięk. Jakby wszędzie znajdowały się wymyślne pułapki. Cóż, uroki zamieszkiwania w Piekle - stała obawa o samego siebie i swoje bezpieczeństwo.
Nie odpowiedział już na tę uwagę, tylko również się uśmiechnął z nieukrywanym rozbawieniem. Urok urokiem, skromność skromnością, a prawda prawdą. Ot, Belzebub po prostu uwielbiał przechwałki i wykorzystywał każdą okazję, byleby pokazać światu swoją niezachwianą pewność siebie i wspaniałość, nawet jeśli to również bardzo często było jedynie częścią tej jego idiotycznej rozgrywki, którą prowadził przeciwko całemu światu. W pojedynkę, bo przecież nikomu nie wolno zaufać, prawda? Ufność jest przeżytkiem, rzeczą nikomu już niepotrzebną, a jakby tego było mało - całkowicie niepraktyczną. Ale mniejsza z tym.
Wzruszył ramionami, lecz zaraz po tym pokręcił głową. Nie widział w tym niczego dobrego, a nawet byłby w stanie zganić sam siebie za to roztargnienie i całkowity brak uwagi. To przez to wino? Czy może po prostu poczuł się nazbyt bezpiecznie i pewnie w towarzystwie Ariela? Nie był pewien, ale żadna z tych opcji nie przypadała mu do gustu.
- Szczęśliwi czasu nie liczą - odparł po krótkiej chwili. - Ale powinni pamiętać, gdzie są. Tak uważam.
Paradoksy. Teoretycznie nie powinni nimi być - w końcu jeden z nich stał po prawicy samego Boga, był Regentem Słońca i Lwem Bożym, a drugi Władcą Much, jednym z książąt Piekła i Strażnikiem Bram Piekielnych. A w praktyce? Siedzieli w starym zegarze, gdzie nikt nie zaglądał od dawna, bo kurz osadzał się grubą warstwą na podłodze i popijali wyborne wino, rozprawiając o wszystkim i o niczym w całkowicie przyjaznej atmosferze.
Wzdrygnął się teatralnie na wzmiankę o lasach równikowych. Nie lubił wilgotnych miejsc, za bardzo przypominały mu o jedynej rzeczy, której naprawdę się bał - wielkie wody. Do diabła, ale żeby przerazić Belzebuba wystarczyło zabrać go nad jezioro albo na statek.
- Nie zliczę, ile razy wpadłem do takich lasów. Albo do wody -
skrzywił się z wyraźnym niesmakiem, również porzucając już swoją zabawę w teatr. - Kaktusy mają wprawdzie bardzo specyficzny urok, ale nie pasowałyby do moich ślicznych kwiatków, no doprawdy.
Z pewną dawką niepokoju, demon złapał jeden z kosmyków swoich włosów i starał przyjrzeć mu się bardzo krytycznie. Bardzo szybko doszedł do wniosku, że przecież i tak wciąż są w idealnym stanie i ich długość nijak nie szpeci jego nienagannego wyglądu. Odwrócił się w stronę anioła, żeby go o tym poinformować pełnym urazy i oburzenia tonem, gdy spostrzegł, że jego oczy są zamknięte. Zasnął?
Belzebub uniósł brwi, przez chwilę spoglądając z roztargnieniem na anioła. Odstawił na bok swój kieliszek i wyciągnął dłoń, by odgarnąć kilka białych, zbłąkanych kosmyków, które zasłoniły czoło Ariaela. Ledwo dotknął opuszkami palców skóry, zdążył ją ledwo musnąć, po prostu coś go poraziło. Ni to prąd, ni to woda święcona. Nie bolało, ale o wiele gorsze było to... coś, co przyszło sekundę później. Gdyby ktoś go zapytał, co to w ogóle było, Władca Much odpowiedziałby z wielkim zdziwieniem, że ułamek wspomnień. Ułamek. Malutka cząstka, która wbiła się niczym szpilka w sam środek mózgu, zostawiając po sobie koszmarny ból. Niewiele myśląc, czy raczej w ogóle nie myśląc, po prostu odskoczył, co skutkowało jedynie tym, że spadł z tej piekielnej skrzynki prosto na zakurzoną podłogę. Wciągnął powietrze z głuchym sykiem, bo lewą dłonią uderzył prosto w resztki stłuczonego kieliszka. Naturalną koleją rzeczy było to, że szklane odłamki rozerwały skórę, lecz Belzebub nie za bardzo się tym przejął. Spoglądał na swoje drżące ręce, nie pojmując, co się w ogóle stało. Przestraszył się tego. Jak jasna cholera, nie pamiętał, kiedy ostatni raz coś spowodowało tak paniczną reakcje. Podniósł wzrok i spojrzał na anioła z wciąż mocno bijącym sercem. Ze strachu. Nawet wyleciała mu z głowy ta śmieszna paranoja, że ktoś może tego słuchać.
- Co to, do diabła, miało być? - parsknął pogardliwie, próbując w ten sposób zatuszować dogasający już strach. Też coś. Przestraszył się swojego własnego wspomnienia. Siebie. Ba, to był niewielki fragment z całości, który mignął mu w umyśle. A może to były wszystkie, lecz jemu wydawało się, że to tylko kawałek? Mało ważne. - Jak to zrobiłeś? - spytał, całkowicie pewien, że Ariael maczał w tym palce.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł


Fabularnie : Złączony z nim wspólną przeszłością, Inu.
Liczba postów : 97
Join date : 04/04/2014

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Pon Maj 05, 2014 7:54 pm

Co jak co, ale ich przyszłego spotkania był niemalże stuprocentowo pewien. Jakby jakaś magiczna siła skłaniała go do uwierzenia w myśli zarówno swoje, jak i jego towarzysza, jakoby to dzisiejsze nie było ich ostatnim. Dlaczego? Szczerze mówiąc, w tej kwestii nie miał najmniejszego pojęcia. Być może po prostu zmusiłyby go do tego...
- Okoliczności, mówisz - zadumał się Uriel. Istotnie, i jego kwestia ta ciekawiła. Przesunął bladoniebieskimi tęczówkami po postaci swego czarnowłosego kompana, po czym zwrócił je beznamiętnie na kieliszek, który dokładnie w tym momencie odstawił. Czy zabawa nim nagle przestała być dla niego interesującym zajęciem? A może przekierował swoją uwagę na coś innego? Nie do końca. Właściwie wciąż zastanawiał się, ile prawdy mogłoby być w uprzednich słowach Władcy Much, a wcześniejsza czynność była w dużej mierze tylko przykrywką. - Racja. Jak brzmiało to popularne wśród ludzi przysłowie..? Ach. Najciemniej zawsze jest pod latarnią.
Zgodził się po dłuższym zastanowieniu, choć wciąż odczuwał w sobie pewną niepewność. Jakby się głębiej nad tym zastanowić, ryzyko, iż któryś z ich wrogów dostanie korzystne dla niego, a niekorzystne dla samych rozmówców informacje, było bardzo wysokie. Jak na zawołanie wyobraził sobie wysokiego Michała, który z gniewną miną wypomina mu przy Tronie Pańskim jego zawinienia. "Piłeś nektar z Sodomy i Gomory." "Rozmawiałeś z demonem." "I to nie byle jakim demonem, a z samym Belzebubem!". "Wyjawiłeś mu zamysł boskich planów"... Bla, bla, bla. Uriel na samą wizję siebie stojącego w otoczeniu swoich braci i słuchającego wszystkich tych kazań miał ochotę wywrócić oczami. Od czasów Buntu jego pobratymcy byli niezwykle wyczuleni na jakiekolwiek pogłoski, jakoby któryś z nich miałby dobry kontakt z upadłymi. I z jakiegoś powodu to ich reakcji obawiał się Ariael bardziej, niźli demonów - ich odwiecznych niby-wrogów.
Na całe szczęście, następna wypowiedź ciemnowłosego skutecznie wytrąciła cherubina z własnych rozmyślań. Jego oczy zmrużyły się przenikliwie, a usta wykrzywiły w lekkim, choć ciepłym uśmiechu.
- Oj, oj. A może masz słabą głowę? - Ciszę przeszył niezbyt głośny chichot anioła, a białe włosy opadły na czoło, gdy potrząsnął głową nieco mocniej. Śmieszył go fakt, że jeden z niezniszczalnych (tylko teoretycznie) Książąt Piekielnych o mocnej głowie (też tylko teoretycznie) mógłby ulec w tak szybkim tempie alkoholowemu upojeniu. - Jeśli pijesz wino z każdym ze swoich wrogów, jakoś nie dziwi mnie fakt, iż wciąż cucisz się w wodzie. A kwiatków mam w swoim niebiańskim ogródku całkiem sporo. Pewnie przyjęłyby się, nawet w tak piekielnie - tak, to specjalnie użyte w tym celu określenie - kiepskiej ziemi.
Mimo słów pełnych rozbawienia wywołanych przez zachowanie swego rozmówcy po alkoholu, sam Uriel dał się ponieść fali zmęczenia, która została dodatkowo wzbogacona sennością po spożytym trunku. Nie widział zatem ani tego, jak mężczyzna próbuje zaprzeczyć jego wcześniejszym uwagom, ani dłoni zbliżającej się w stronę śnieżnobiałych kosmyków. Poczuł ją dopiero po upływie chwili, choć zorientował się, co jest grane, jeszcze później. Wzdrygnął się z zaskoczeniem na dotyk Belzebuba, lecz nie wiedział, czy był on złudzeniem, czy rzeczywistością. Nie mniej wydał mu się tak miły, jakby czasy Nieba wciąż trwały, a demon i anioł... Zdanie nie zostało dokończone, gdyż w tym momencie usłyszał zszokowany głos demona, a gdy ciężkie powieki otworzyły się, ujrzał go siedzącego tuż przed skrzynią w zgoła... dziwacznej pozie.
- Uhm, że niby co? - mruknął, wpatrując się w mężczyznę z konsternacją. Stopniowo niezbyt świadome obecnej sytuacji źrenice zaczęły się zwężać, w czasie gdy ich właściciel odzyskiwał trzeźwość umysłu. Jego brwi ściągnęły się w zdezorientowanym wyrazie, a senność Ariaela prysnęła niczym bańka mydlana. - Zrobiłem co?
Dopiero teraz zwrócił uwagę na to, w jakim stanie był jego towarzysz. Był... roztrzęsiony. Przez chwilę Uriel spoglądał na niego z niemym pytaniem w oczach, który zaraz został zastąpiony przez nieudolnie skrywany cień strachu. Bo i skąd miał wiedzieć, co właśnie uczynił, skoro nie był do końca świadom wydarzeń z ostatniej chwili..?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Sro Maj 07, 2014 11:19 pm

Okoliczności - albo przypadek. Może wola Boża, która miałaby mieć w tym wszystkim jakiś niezwykły plan? Belzebub nie miał pojęcia, co do tego wszystkiego miałby mieć Bóg, w końcu demon nie miał prawa wypowiadać nawet jego imienia. Żadnego. Do tej pory nie czuł się z tym faktem źle, po prostu przywykł do tego i nie czuł żadnej potrzeby, by je wypowiadać. Ha, ani chociażby myśleć, dlatego wiecznie dziwił się swoim upadłym braciom, którzy z niemalejącym uporem starali się je wymawiać, mimo że stawało im wszystkim w gardle niczym płomień. I podobnie paliło.
- Albo przypadek - sprostował Belzebub. - Jak teraz. Nie miałem pojęcia, że tutaj w ogóle jesteś. I cóż, nie ma ukrywać, zapewne gdybym wtedy wiedział, nigdy bym się nie pojawił - dodał beznamiętnie i całkowicie bezceremonialnie, bo właśnie taka była prawda. Władca Much lubił anioły, ale tylko na odległość. Uwielbiał im się przyglądać, na tę ich wierność i posłuszeństwo, oddanie Bogu... i był piekielnie ciekaw, czy z równą żarliwością są w stanie oddać się w podobny sposób komukolwiek innemu, czy może jednak ich Pan zajmował całe serce. Nie wiedział, nie pamiętał. Nigdy pewnie też nie udałoby mu się zyskać szansy, by ponownie móc zakosztować tej łaski. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę. - O, dokładnie. Niemniej wolę swoją wersję. Załóżmy na chwilę, że jesteśmy szczęśliwi. I wolni. Podobno szczęście daje wolność, chociaż wątpię, by działało to i na odwrót - powiedział, chociaż sam nie miał pojęcia, jaki cel miały te słowa. Po prostu płynęły, Belzebub nawet już nie próbował tłumić myśli. Chociaż powinien, bo przecież wróg nigdy nie śpi. A jeden siedział tuż obok, przynajmniej w tym teoretycznym sensie.
Z kolei demon po prostu... sam właściwie nie wiedział, czego miałby się obawiać. Szczerze wątpił, że mógłby dostać przez to reprymendę od Lucyfera. Prawdę mówiąc, pewnie w ogóle go to nie obchodziło, dopóki Władca Much pogrążał sam siebie, a nie Piekło. Pod tym względem musiał być czujny, w przeszłości wiele razy już płacił za swój zbyt długi język i chęci do rozmowy. To było dawno, ale ciężko było o czymś takim zapomnieć, czy nawet wyrzucić w czasie zwyczajnej pogawędki z głowy. Czysta obawa przed gniewem Imperatora Piekła, który bardzo czesto nie traktował swoich poddanych i byłych aniołów inaczej niż zwykłe pionki - bardzo łatwe do zastąpienia i zrzucenia z planszy, jeśli tylko stały się niepotrzebne.
- Ja i słaba głowa? - żachnął się i pokręcił szybko głową. Nawet jeśli poniekąd szło ze sobą w parze, nie zamierzał się do tego przyznawać. Przed kimkolwiek, a na pewno już nie przed Ariaelem! - To nie moja wina, tylko wrót. Psują się czasami i potrafią wyrzucić mnie w każdym miejscu, ale nigdy tam, gdzie chcę trafić. To męczące, a Lucyfer niczego sobie z tym nie robi. Pewnie uznałby za bardzo zabawne, gdybym pewnego dnia wylądował w kościele - westchnął ze zrezygnowaniem. Tak, kaprysy bramy były bardzo męczące. Ci co złośliwsi ośmielali się śmiać, że wrota piekieł nabrały cech ich strażnika, który w mniemaniu niemalże wszystkich uchodził za szalenie niewieściego. Nawet jeśli wciąż bywały to pozory. - Następnym razem przyniosę ci jakiś piekielny chwast. Pięknie pachną, o ile lubisz zapach siarki.
Jak to: co? Belzebub był pewien - co podpowiadał mu ten irracjonalny strach - że anioł doskonale wie, co ma na myśli. Tylko że kłamie, albo używa tychswoich sztuczek. Ale w jakim celu? Co miałoby niby wnieść obudzenie wspomnień, który niby demon tak bardzo pożądał. Zresztą, do tej pory był przekonany, że ich odzyskanie sprawi, że w końcu całkowicie wszystko zrozumie. Że... że to mu jakoś pomoże, że w końcu zacznie czuć... cokolwiek, gdy inni mówili o Niebie. Chciał zapełnić tę pustkę w miejscu, gdzie kiedyś był Bóg i ta cała reszta, ale teraz, kiedy po ludzku przestraszył się tego chwilowego uczucia, nie miał pojęcia, co zrobić. Zwyczajny instynkt samozachowawczy podpowiadał mu ucieczkę, tak po prostu. To byłoby najłatwiejsze, zdecydowanie.
Podniósł się powoli, nieco chwiejnie, bo nie ufał własnemu organizmowi i nie był pewien, czy mięśnie w ogóle go posłuchają i jeśli tak, to czy zdoła się utrzymać na nogach. Potrząsnął głową i przeniósł spojrzenie ze swoich dłoni na Ariela. Milczał przez chwilę, bo nie miał pojęcia, co właściwie powiedzieć. Chwilowy szok powoli mijał, ale panika zacisnęła węzeł na jego żołądku.
- Nie wiem, do jasnej cholery! - krzyknął, jakoś tak mu się wyrwało, gdy na moment przestał nad sobą do końca panować. Zamknął oczy i odetchnął głęboko, szybko zbierając myśli. Całkowicie zignorował krew, która zaczęła skapywać z lewej dłoni, lecz kiedy ponownie spojrzał na anioła, zmrużył oczy i zacisnął usta. Nie wiedział, czy to coś da, ale chciał spróbować.
Serce mimowolnie przyśpieszyło ze strachu przed nową porcją tego dziwacznego bólu i całej gamy gromadzących się uczuć, które nie miały żadnego sensu ani ujścia. Belzebub nachylił się nad Ariaelem i położył zdrową dłoń na jego policzku. Tak po prostu.
I nic.
Uniósł brwi i na chwilę oderwał rękę od jego skóry, by zaraz znów go dotknąć. I jeszcze raz. I znow. A każda kolejna próba rodziła frustrację wymieszaną z dziwną goryczą.
- Dlaczego nie możesz tak na mnie zadziałać jeszcze raz? Teraz przynajmniej jestem gotowy -
fuknął na anioła. Był pewien, że znalazł sposób na odzyskanie wspomnień i kiedy był już na to gotów... to nic?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł


Fabularnie : Złączony z nim wspólną przeszłością, Inu.
Liczba postów : 97
Join date : 04/04/2014

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Sob Maj 10, 2014 3:30 pm

W przypadku kwestii, czy ich spotkanie było zrządzeniem losu czy woli Bożej, nie przyjął żadnego konkretnego stanowiska. Nie wykluczał drugiej możliwości, jednak wydawała mu się odrobinę nieprawdopodobna. Był jednym z najwierniejszych sług Bożych i miał zostać uwikłany w plan, na temat którego jego wiedza była równoznaczna zeru?
- Pewnie ja też nie - stwierdził i zaraz odwrócił wzrok od swego towarzysza, wlepiając go w punkt za jego sylwetką. Czy mówił prawdę? Szczerze mówiąc... Sam nie wiedział. Od czasów Upadku Uriel cierpiał na chroniczną samotność. Zresztą nie tylko on. Wiele jego pobratymców, którzy postawili się za Panem, miało podobną przypadłość, o ile można było ją zdefiniować takim określeniem. Co więcej wszyscy, włącznie z albinosem, unikało towarzystwa demonów, a tym bardziej tych, z którymi przed Buntem znajdowali się w najbliższych stosunkach. Było to spowodowane po części bólem straty odczuwanym za każdym razem, gdy tęczówki anielskiej istoty napotkały tęczówki demoniczne - znajome, a zarazem obce, a po części mimowolnym odżywaniem wspomnień pogrzebanych w najciemniejszych zakamarkach własnego "ja".
- Tak właściwie... Jesteś szczęśliwy? - zapytał ni stąd, ni zowąd, ponownie wpatrując się w ciemnowłosego demona. Przechylił głowę w geście zainteresowania odpowiedzią, a dłonią podparł podbródek. Jego pytanie nie miało na dobrą sprawę wiele wspólnego z wypowiedzią Belzebuba, ale poniekąd nawiązywało do poruszonego tematu. Prawdą był również fakt, iż większość istot nie miała przygotowanej na nie odpowiedzi. Obojętnie, czy byli to ludzie, anioły, demony bądź inne rasy. Uriela wypełniała ciekawość, czy Władca Much odpowie od razu, czy może utkwi w martwym punkcie i nie będzie w stanie udzielić stosownej, zgodnej z jego własnymi uczuciami odpowiedzi, której być może sam nie chciał usłyszeć.
- Oczywiście, choć zdaje się, że każdy alkoholik znalazłby podobną wymówkę. "Piję, bo żona nie pozwala mi grać w pokera". "To nie moja wina, że się upiłem. To wina moich kolegów, którzy podsuwają mi drinki pod nos." i tak dalej, i tak dalej... No ale dobrze. Ty wiesz lepiej. - Zaśmiał się, odgarniając jasne kosmyki sprzed oczu i podwijając rękawy koszuli, którą gdyby nie obecność Belzebuba, pewnie by rozebrał. Było mu zdecydowanie zbyt gorąco. - A co do kwiatków, chyba jednak podziękuję.
Pytanie zasadnicze: czy Ariael wiedział, co było powodem tak gwałtownej reakcji Belzebuba? Odpowiedź brzmi: nie. Od czasu, gdy jego powieki uniosły się ku górze i odsłoniły obraz przed oczyma, zdawał się zupełnie skonfundowany. Nie wiedział nawet, co się stało, a co dopiero, co to spowodowało. Nie mniej spoglądał zlęknionymi, jasnoniebieskimi oczyma na swego towarzysza i próbował uparcie znaleźć jakiekolwiek wyjaśnienie stanu, w którym się znalazł. Bezskutecznie. Na całe szczęście w pewnym momencie jego rozsądek wziął górę nad uczuciami, dzięki czemu mógł z większą pewnością i trzeźwością umysłu ocenić sytuację. Przede wszystkim należało zachować spokój i podejść do sprawy racjonalnie. Tak brzmiała teoria, lecz co z praktyką?
- Nie wiem, o czym mówisz. Cokolwiek insynuujesz, taka jest prawda. Wyjaśnisz mi, co się stało? - powiedział to głosem najłagodniejszym, na jaki było go stać, po czym usiadł tym razem w normalnej pozycji i wyprostował się. Jego oczy wciąż spoglądały bacznie na sylwetkę rozmówcy, choć w ich głębi wciąż czaiła się nieuzasadniona obawa. Gdy ten krzyknął, Uriel zacisnął wargi w wąską linię, a jego oczy przymknęły się samoistnie. Nie był na to przygotowany. Ba, w ogóle się tego nie spodziewał. Przypomniało mu się, jak... Nie. Nie teraz - jęknęła jakaś cząstka jego osobowości przygnieciona skorupą chłodu i niedostępności. Jego twarz wykrzywiła się w grymasie nieopanowanego bólu, lecz trwało to zaledwie chwilkę, jakby ta zmiana była jedynie złudzeniem. W momencie, gdy oczy Uriela ponownie się otworzyły, Belzebub już stał naprzeciw niego, a jego blada dłoń spoczywała na jego policzku. Uriel znieruchomiał. Właściwie to nie wiedział, co teraz uczynić. Miał wrażenie, jakby trwał w drugiej rzeczywistości, która jednak swą nierealnością przypominała sen. Sytuacja powtórzyła się po raz drugi, lecz tym razem Ariel nie wytrzymał. Odtrącił dłoń demona, spoglądając na niego z oczami przepełnionymi bólem i poczuciem... Wykorzystania? Miał wrażenie, że został ofiarą jakiegoś okrutnego żartu, który miał rozdrapać zagojone niegdyś rany.
- Czy dowiem się w końcu, co się dzieje? I co ty, do jasnej cholery, wyprawiasz? - powiedział uniesionym głosem, który momentami przemieniał się w krzyk. Nie zauważył nawet, kiedy jego nogi wyprostowały się, a ciało wstało. Czuł, jakby był jednym, wielkim skupiskiem goryczy, której fason nadający kształt zaczął zawodzić, a nieco większe ilości przebiły ochronną tamę i zaczęły wypływać strumieniami. Jeden po drugim. Emocje anioła ponownie osiągnęły apogeum, nadając mu wygląd nie Sługi Niebieskiego, a zwykłej, myślącej i czującej istoty, którą wcześniej tłumiona rozpacz ogarnęła z wielokrotnie większą mocą.
- Przestań się tak zachowywać! Na miłość boską, przestań! - krzyknął, a jasne włosy rozlały się po jego czole i policzkach, częściowo zasłaniając twarz. Dłonie same zacisnęły się w pięści, a głowę opuścił on, by ukryć łzy czające się w kącikach oczu. Nie. To nie miało tak wyglądać. Dlaczego teraz? Dlaczego?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Sob Maj 10, 2014 6:03 pm

Samotność była wszędzie. Z tą różnicą, że demony na samym początku swojego "nowego życia" szukały wzajemnego towarzystwa - początkowo. Skupiały się wokół Lucyfera, pogrążone w rozpaczy i beznadziei, w żałobie... a gdzieś za ich plecami siedział Belzebub i za nic nie potrafił zrozumieć, czego ta banda tak żałuje, że nie jest w stanie wyrwać się z łapsk smutku. To też rodziło dotkliwą samotność. A z czasem? Cóż... podobno tym było właśnie Piekło: samotnością i goryczą, gdzie żadna istota nie ma prawa czuć się dobrze i spokojnie.
Belzebub uniósł na początku brwi, słysząc pytanie. Przez kilka sekund przyglądał się aniołowi z niezrozumieniem, lecz zaraz po tym wybuchnął serdecznym śmiechem, jakby to była całkiem zabawna historia. Czy był szczęśliwy? Belzebub również nie miał przygotowanej odpowiedzi na takie pytanie, bo kto niby miał? W takich sytuacjach zazwyczaj po prostu kłamał, lecz tym razem z absolutnie niewyjaśnionego powodu - a może to przez wino? - powiedział dokładnie to, co miał na myśli. Każdemu się czasami tak zdarza.
- Nie - odpowiedział z lekkim zdumieniem, które pojawiło się przez samą obecność pytania, jego formę. - Potrafię się śmiać, być zadowolonym i optymistycznym. Ale demony są pod tym względem... hm... w pewien sposób upośledzone. Możemy się cieszyć, ale nigdy szczęśliwi nie będziemy, bo to już w nas umarło. Gorycz to zabiła, albo sam Upadek - stwierdził, powoli dobierając słowa, by całkowicie oddać to, co właściwie miał na myśli. Nigdy nikt nie pytał o coś takiego, nawet z czystej reguły, dlatego Władca Much, który zazwyczaj miał gotową odzywkę i odpowiedź na absolutnie wszystko, musiał po prostu powiedzieć, co myśli. Przekrzywił głowę i wbił wskazujący palec w swój policzek, cały czas patrząc na Ariaela. - A ty jesteś?
Parsknął. Nie spodobało mu się porównywanie jego adaptacji na alkohol do zwykłego, maluczkiego pijaczka i alkoholika. Ani trochę! Był przecież diabłem, do diabła, i to nie byle jakim! Lecz westchnął i pokręcił głową ze zrezygnowaniem. Niby anioł przyznał mu rację, lecz jednocześnie zdawał się wcale tego nie robić. Aniołowie... jak ich zrozumieć?
- Za wysoka logika, polej mi! - odpowiedział i również się roześmiał. A później przez chwilę obserwował Ariela, który podwijał rękawy i poszedł jego przykładem. - Bijemy się teraz o to, czy co? - rzucił z rozbawieniem, przypominając sobie, że ludzie bardzo często przed taką klasyczną bójką mają zwyczaj podwijać rękawy koszul. Chyba po to, żeby nie pobrudzić mankietów, ale kto to wie tak naprawdę?
Nie zauważył tego strachu w oczach anioła. Prawdę mówiąc, Belzebub prawie niczego już nie widział, bo w tamtej chwili ta gorycz go zaślepiła. Na chwilę, ale to całkowicie wystarczyło. Chciał tych wspomnień. Aż do tej chwili nie zdawał sobie, jak bardzo. Pragnął ich tak bardzo, że aż się tego bał. Tylko po co? - na to nie znał odpowiedzi, nawet chyba nie chciał jej poznawać. A może to był skutek jego poprzednich działań? Może kiedyś... jeszcze przed Upadkiem, wcisnął sobie do głowy myśl, że będzie musiał je znaleźć? Nieważne. Teraz to było bez znaczenia, bo udało mu się zyskać malutki kawałeczek, który teraz po prostu nim sterował, jak małą szmacianą kukiełką, a demon nie potrafił tego znieść.
- Do jasnej kurwy, to jest niesprawiedliwe! -
krzyknął. Nie był chyba w stanie mówić normalnie, a krzyk dawał swojego rodzaju ulgę. Miło było wrzeszczeć na cały świat, gdy już brak było sposobów na okiełznanie emocji. - Czemu, kiedy cię dotknąłem, to był tylko kawałek?! Dlaczego nie pieprzona całość?! Jeśli już tak musisz je budzić, to oddaj mi wszystkie!
Łagodny ton nie działał, wątpliwe było, żeby cokolwiek zadziałało poprawnie. Belzebuba znowu nawiedziła ta okropna chęć ucieczki - byłaby przecież taka łatwa! Zniknąłby w Piekle, zaszył się w najciemniejszym kącie i czekał, aż samo minie. Aż gorycz się skończy, a wściekłość odejdzie. Kłopot tkwił w tym, że nie umiał. Ten fragment, który zagnieździł się w jego mózgu, kazał mu stać w miejscu, nigdzie się nie ruszać.
Ariel odtrącił jego dłoń, co na chwilę tylko bardziej wzburzyło demona. Na dodatek nie mógł znieść tego przepełnionego bólem spojrzenia. Czemu nie potrafił? Nie powinno go to nawet obchodzić!
- Chcę tylko tego, co moje! Ty też, do ciężkiej cholery, jesteś mój!
Zaraz... co? Zamarł, na chwilę jakby pozbawiony czucia. Przypatrywał się z całkowitą dezorientacją aniołowi. Co? Te słowa po prostu zburzyły ten dziwny mur żalu i goryczy, który na chwilę go zasłonił. I teraz nie miał bladego pojęcia, co zrobić. Ale ten dziwny kawałek wiedział. Hm, to było w gruncie rzeczy zabawne - byli całkowicie odmienni, lecz teraz łączyła ich jedna rzecz: gorycz z powodu wspomnień. Albo ich braku.
W normalnych okolicznościach by tego nie zrobił. Ba, gdyby był całkowicie sobą, to po prostu uznałby, że ucieczka jest jedynym wyjściem z tej sytuacji. Gdy patrzył na Ariaela, po prostu wiedział, że nie ma prawa go zostawić. Nie teraz. Nie kiedy pozwolił swoim uczuciom na taką niesubordynację, gdy nawet nie miał nad nimi żadnej kontroli.
Belzebub, znowu kierowany niezwykłym impulsem, w mgnieniu oka pokonał dzielącą ich odległość. Wyciągnął ramiona i przyciągnął go do siebie, oplatając jedną ręką w pasie, a drugą gładząc go po plecach. Dla uspokojenia. Oparł głowę o jego ramię, zaciskając oczy - do diabła, to nie było normalne. Ani trochę.
- Spokojnie, Ariel. Jesteś w końcu pieprzonym cherubinem - oznajmił głośno, prawie spokojnie i niemal kojąco, bo głos zadrżał mu przy tym tylko raz. I tak o jeden raz zbyt dużo. - Nie krzycz. Nie na mnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł


Fabularnie : Złączony z nim wspólną przeszłością, Inu.
Liczba postów : 97
Join date : 04/04/2014

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Nie Maj 11, 2014 7:49 pm

- Lecz ty nie masz wspomnień - odparł, mierząc ciemnowłosego spokojnym spojrzeniem. - Więc dlaczego nie miałbyś być szczęśliwy?
Mimo swoich własnych słów doskonale wiedział, co mężczyzna miał na myśli. Jego reakcja nie różniła się zbyt wiele od tych, których już zdążył w czasie swej długiej, momentami zdecydowanie z a długiej egzystencji zobaczyć. Na początku - zawsze ten zdziwiony grymas, jakby to pytanie było najbardziej nietaktownym, jakie kiedykolwiek zadano, po czym, w zależności od temperamentu - albo następowało zmieszanie, albo śmiech. Reakcja obronna, czyż nie tak brzmiało to fachowe określenie? Zadanie pytania tak nagle z oczekiwaniem na natychmiastową odpowiedź utrudniało kłamstwo, o czym Ariael wiedział doskonale. Miał zatem świadomość, że jego rozmówca, choć sam byłby temu przeciwny, mówił prawdę. - Czy jestem szczęśliwy...
Zastanowił się przez chwilę, dotykając palcem dolnej wargi i unosząc oczy ku górze.
- Myślę, że tak. Zostałem stworzony, by służyć Panu i, chcąc nie chcąc, to moje powołanie. Czuję, że postępuję słusznie, gdy wykonuję jego polecenia, choć straciłem cząstkę siebie po Upadku moich braci. Czy to właśnie ludzie nazywają szczęściem? - Pytanie do demona? Niekoniecznie. Ariael wypowiedział je w przestrzeń, nie oczekując żadnej odpowiedzi od kogokolwiek. On także powiedział prawdę, choć samej definicji szczęścia najprawdopodobniej nie znał. A nawet jeśli, to zapomniał, co oznacza.
Słysząc śmiech i następującą po nim odpowiedź mężczyzny na porównanie go do alkoholika, kąciki warg Uriela drgnęły niebezpiecznie ku górze, zaraz wyginając całe usta w uśmiechu. Archanioł pokręcił głową z rozbawieniem.
- Nie zamierzam się o nic bić. J u ż nie, więc spokojnie. - Zaśmiał się jeszcze raz, lecz śmiech zdawał się zawisnąć w powietrzu w oszałamiającej odległości od tej dwójki, jakby dzieliło go od nich miliony lat świetlnych. Teraz sytuacja przybrała zwrot diametralny. Stali naprzeciw siebie, jeden z wpół przymkniętymi powiekami, a drugi z wykrzywioną w grymasie gniewu twarzą. Biel i czerń, yin i yang po raz kolejny. Nagle wyraz twarzy jasnego zmienił się na zdziwiony, a w miarę upływu chwili - zszokowany. Jego powieki rozwarły się szeroko, a niebieskie tęczówki wyzierały spomiędzy nich, wbite z osłupieniem w ciemnego. Uprzednio zaciśnięte w pięści dłonie rozluźniły się, a myśli... Myśli płynęły swoim tempem, omijając przeszkody. Nareszcie zrozumiał. Więc chodziło o wspomnienia. Nagle nurt przyspieszył, a Uriel zaczął gorączkowo analizować daną sytuację. Przestał się nawet przejmować krzykiem Belzebuba.
- Ja tego nie zrobiłem - odparł cicho, niemal szeptem, spoglądając intuicyjnie na swoje blade, idealnie gładkie dłonie, jakby były czymś nowym i zupełnie obcym. - To... chyba samoistnie.
Ponownie przeniósł wzrok na Belzebuba i nagle ogarnął go lęk. Co mógł zobaczyć..? Czy właśnie to, o czym on tak uparcie przez ten cały czas starał się nie myśleć?
- Co zobaczyłeś? - To pytanie bez jego woli opuściło spierzchnięte, prawie nieruchome wargi i powędrowało do uszu Władcy Much. I, jakby na zawołanie, kiedy odtrącił jego dłoń, usłyszał coś, co zupełnie przygniotło go do muru. Dokładnie tak, jakby każdą kończynę ogarnął chwilowy paraliż, a umysł ich kosztem pracował wydajniej, nawet mimo woli właściciela. Krzyk Belzebuba wbił się w niego niczym lodowy szpikulec, przeszywając każdą, nawet najdrobniejszą myśl i powodując zatrzymanie całej machiny mózgu. "Ty też, do ciężkiej cholery, jesteś mój." To zdanie. Te słowa. Nogi Uriela zgięły się w kolanach, a on opadł bezwładnie z pochyloną głową. Nie miał sił. Nie miał sił na nic. Co to w ogóle miało znaczyć..? Nagły nawrót wspomnień? Tylko dlaczego? Co się wydarzyło? Co zobaczył? Te wszystkie pytania zdawały się toczyć szarpaninę wewnątrz cherubina, a on, tak jakby miało to przynieść jakikolwiek efekt, przycisnął dłonie do skroni. Cicho. Błagam. Chciał wstać, unieść wysoko głowę i spojrzeć demonowi w oczy, lecz... nie potrafił. W dalszym ciągu nie miał pojęcia, co ujrzał, ale domyślał się. Domyślał, i to było w tym wszystkim najpotworniejsze. Obleciał go strach, bo nie wiedział, do czego to wszystko doprowadzi. Nie wiedział, czy zdoła sobie z tym wszystkim poradzić. Do tej pory wszystko układało się po jego myśli. Lecz teraz?
Po chwili znalazł się w objęciach czarnowłosego, na co jego ciało przeszył mimowolny dreszcz. Dotyk demona palił go niczym ogień, choć gesty wykonywane przez mężczyznę zaczęły przynosić efekty. Fizyczne, bo głowę Lwa Bożego można by porównać do wrącego kotła, który lada chwila groził wybuchem. Belzebub miał rację. Dalej, podnieś się - mówiło jego ego, lecz czy ta pseudo-motywacja cokolwiek zdziałała?
Nie.
- Powiedz mi. Powiedz, co zobaczyłeś - wycharczał w końcu, unosząc zastygłą w wyrazie bólu, wyczerpania, przerażenia i zarazem goryczy twarz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Czw Maj 15, 2014 9:59 am

- Ano właśnie - odpowiedział i wzruszył nonszalancko ramionami. - I to jest moje nieszczęście.
Dla niego to było takie oczywiste. Bez wspomnień nie był pełny i jakby pusty w środku, co absolutnie uniemożliwiało zaznanie szczęścia. Z drugiej strony, gdyby je posiadał, to byłoby dokładnie tak samo, pod tym względem nic by się nie zmieniło. Takie błędne koło.
Teraz on przyglądał się aniołowi spod rzęs, również ciekaw odpowiedzi. Kwestia była ciekawa - w końcu co może powiedzieć anioł na temat szczęścia? Belzabub był niemalże całkowicie przekonany, że Ariel przytaknie, zostało tylko kilka procent prawdopodobieństwa, że stwierdzi inaczej. Demon uniósł kąciki ust w tryumfalnym uśmiechu, kiedy jego przewidywanie się sprawdziło, nawet jeśli nie tak całkiem do końca.
- Ludzie nazywają szczęściem stan, w którym niczego ci nie brakuje -
odpowiedział jednak Władca Much, zanim zdołał powstrzymać język i słowa. Właściwie nie był do końca przekonany, czy aby na pewno właśnie w ten sposób brzmi definicja ludzkiego szczęścia... czy jakiegokolwiek, niemniej był w stanie uważać ją za słuszną, bo brzmiał całkiem rozsądnie. Rzecz jasna, na temat czegoś tak absurdalnego i ciężkiego do pojęcia.
Zmarszczył brwi i potarł brodę dłonią.
- Zaraz, zaraz, jakie "JUŻ"? - żachnął się z wielce udawanym oburzeniem i jeszcze prychnął pogardliwie, jakby sama myśl o uderzaniu jego osoby napawała go wstrętem.
Hm, czy kiedykolwiek było inaczej? Czy kiedyś - gdy stali naprzeciw siebie - byli w jakiś sposób do siebie podobni? W tej chwili wydawało się to zbyt mało prawdopodobne, by mogło mieć kiedykolwiek miejsce. Belzebub zacisnął dłonie w pięści, chcąc w ten sposób powstrzymać dziką chęć zniszczenia czegoś. Miał ochotę w coś uderzyć, rzucić, doszczętnie spalić i zostawić po tym pył. Nawet wtedy, gdy zobaczył szok na twarzy anioła - to niczego nie dało. Parsknął ze złością, już nieco przygaszoną. Nie zrobił tego. A kto niby? Duch Święty? Akurat pod tym względem demon był całkowicie pewien, że to coś w Ariaelu poruszyło właśnie tę strunę. Tylko nie miał pojęcia co i to drażniło go chyba najbardziej.
- Co zobaczyłeś, co zobaczyłeś - warknął. Skąd miał, do jasnej cholery, wiedzieć?! To było... to było takie nic, chociaż cholerne wszystko. Cała gama uczuć, niespójnych obrazów, które nakładały się na siebie, jakby wszystkie chciały zostać dostrzeżone przed innymi. Ale miały jedną - jedyną - wspólną cechę, która jakimś cudem nadawała im jakiś dziwaczny sens. We wszystkich był Ariael. Nawet na tych najmniejszych i niby najmniej ważnych, na każdym jednym i na każdym z osobna.
Ale co miał niby powiedzieć? Wtedy ta cząstka przestała już nad nim panować - za co miał wielka ochotę dziękować siłom wyższym, bo to było zbyt przytłaczające - i teraz znowu miał sytuację pod kontrolą. Nie, to źle powiedziane. Mógł pokierować sytuacją. Tylko absolutnie teraz nie wiedział jak, bo wciąż potrzebował chociaż chwili na to, żeby móc w spokoju wszystko przeanalizować, zobaczyć jeszcze raz i... i wyciągnąć wnioski. A teraz nie miał na to czasu i czuł się całkowicie skołowany.
Musiał odwrócić jakoś sytuację. Czy Ariel sam nie mówił, że nawet w Niebie Belzebub rozładowywał sytuację żartami? Teraz zaczął szukać właśnie jakieś całkowicie niepoważnej uwagi, która mogłaby odnosić się albo do klęczenia, czy czegokolwiek innego. Ale znowu padło pytanie i chyba tym razem musiał odpowiedzieć. Na dobry początek mocniej zacisnął dłonie na plecach anioła.
- Cóż... - zaczął powoli, próbując nadać swojemu głosowi całkowicie normalny wydźwięk. - W kontekście tych... obrazów... - zatrzymał się na moment i podniósł głowę z ramienia Uriela, lecz zamiast spojrzeć mu w twarz - nie, do diabła, zapomnij, piękna dumo, nie dam rady - wbił wzrok w kołnierz jego koszuli. - Khem, pieprzony cherubin nabiera... nowego znaczenia? - zakończył to, cóż, na pewno jedno z najgorszych tłumaczeń na ziemi i to w zdecydowanie najbardziej niezdecydowany sposób. Ale było chyba równocześnie jedynym, na jakie było go stać w chwili obecnej. Miał w środku całkowity chaos i teraz absolutnie nie wiedział, co się może stać. Nawet jeśli wcześniej miał jakieś podejrzenia. Czy plany.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł


Fabularnie : Złączony z nim wspólną przeszłością, Inu.
Liczba postów : 97
Join date : 04/04/2014

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Sob Maj 17, 2014 7:17 pm

"Wobec tego nikt nie był szczęśliwy". Tylko taką myśl miał w głowie, tylko taką konkluzję podjętego przez siebie tematu szczęścia, którego definicji - nawet on, cherubin - nie potrafił przytoczyć.
Lecz teraz nastąpił gwałtowny zwrot akcji, jakby wskazówki zegara zaczęły tykać do tyłu, odmierzając przeszłość. A oni? Brnęli w nią coraz dalej i dalej, nieświadomi konsekwencji, które mogły ich zaskoczyć w każdej chwili. Ariael czuł się, jakby znów powrócił do czasów wspólnych Niebios, kiedy anioły, zarówno te nieskalane, jak i teraz upadłe, żyły ze sobą w braterskiej przyjaźni i harmonii. Do Uriela dopiero zaczynało do niego docierać, że to pod wpływem dotyku jego skóry Belzebub odzyskał namiastkę wspomnień. Wspomnień, z których brakiem obaj zdążyli się już dawno pogodzić. Co teraz? To pytanie wciąż odbijało się rykoszetem od granic jego umysłu, nie pozwalając się mu od niego uwolnić. Nie miało odpowiedzi. Przynajmniej na razie. Aktualnie jego wiedza równała się zeru. Absolutnemu, skończonemu zeru.
- Być może przez dotyk anielskiej skóry tak się dzieje, nie tylko mojej... Może na Gabrielu też by zadziałało... Kto wie, czy to ono nie wywołuje nawrotu wspomnień... Nie wiem... - zaczął mówić cicho i zarazem nerwowo, marszcząc brwi w wyraźnie skonsternowanym grymasie. - To nie moja wina, Belzebubie. Niczego nie zrobiłem, niczego z własnej woli.
Dodał jeszcze, spuszczając wzrok i nie spoglądając czarnowłosemu w jego szkarłatnoczerwone tęczówki. Teraz, klęcząc na zimnym podłożu, uznał, że wystarczająco się przed nim poniżył. Nie mógł dopuścić do tego, by lęk w jego oczach został właściwie odczytany. Lęk, czy raczej należałoby powiedzieć... ekscytacja? Najpewniej jedno i drugie. Wciąż nie wiedział, co Belzebub dokładnie zobaczył i prawdopodobnie ta wiedza miała pozostać przed nim ukryta już po wieki. Klęczał więc wciąż w tej samej pozycji, nieco już się uspokoiwszy, lecz wciąż będąc sparaliżowanym obecną sytuacją. Choćby chciał, nie mógł się poruszyć. Belzebub wciąż przyciskał go do siebie, lecz Uriel czuł się coraz mniej bezpiecznie. Jego duma została przez siebie samego doszczętnie rozbita, roztrzaskana o słabości, które chował w głębi swojej duszy przez milenia. W tej chwili jedynie ścisk pięści dodawał mu otuchy.
Usłyszawszy słowa Belzebuba, ostateczną odpowiedź na jego wcześniejsze, dosyć natarczywe pytania, spomiędzy warg Uriela wydobył się gwałtowny świst. Oznaczał on dosyć jawnie, że całe powietrze uszło z jego płuc jak po przebiciu igłą. Jednocześnie odnosił wrażenie, jakby cały świat zawirował dookoła jego głowy, a tylko on pozostał w jednym, pieprzonym, nieruchomym i martwym punkcie. Czego on się spodziewał? Na pewno nie takiej bezpośredniości. Po chwili wstał gwałtownie, jednocześnie wyswobadzając się z objęć demona i nie racząc go ani jednym ze swoich spojrzeń. Obrócił się tyłem i powędrował ku tarczy zegara, wpatrując się w nicość. Jego serce i żołądek zacisnęły się w ludzkim odruchu w supeł, a blade spojrzenie niebieskich oczu spoczywało na londyńskim widoku.
- I co? Lepiej Ci, kiedy odzyskałeś wspomnienia? - Ariael nie miał najmniejszej ochoty do śmiechu, mimo to jego twarzy wykrzywił pełen goryczy, lekki półuśmiech. Wbił paznokcie w skórę po zaciśnięciu dłoni w pięści, a jego powieki pozostawały wciąż przymknięte. Co miał teraz uczynić? Jak się zachowywać, kiedy cała prawda była obnażona? Belzebub nie pokazał, by wspomnienia odbiły się negatywnie na stosunku jego do Uriela, ba, pokusił się nawet o krzyk, jakoby cherubin był jego oraz krzepiący uścisk, jednak... W tęczówkach anioła pojawił się teraz cień obawy silniejszy niż kiedykolwiek. Co, jeśli to wszystko, co było kiedyś, wróci? Co, jeśli ktokolwiek dowie się, że Belzebub odzyskał właśnie te wspomnienia? Co, jeśli w razie jakiejś sugestii... nie będzie w stanie odmówić?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Today at 4:25 pm

Powrót do góry Go down
 
Wieża zegarowa Big Ben
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
 Similar topics
-
» Wieża Wiatrów
» Szczyt Wieży
» Wieża Północna
» Hightower/ Wysoka Wieża
» Szczyt opuszczonej wieży

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Nieśmiertelni ~ Kolebka Upadłych Aniołów :: Londyn :: Centrum miasta-
Skocz do: