IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Wieża zegarowa Big Ben

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
AutorWiadomość
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Pon Wrz 01, 2014 8:51 pm

Cóż, Belzebub po prostu nie chciał obudzić swojego małego Jamesa. Widział, jaki był zmęczony i nijak miało się to w sumie do faktu, że chciał w tym czasie po prostu się wykąpać. A skąd! Demon już dawno wyrósł z takich ograniczających go rzeczy jak wstyd. Zresztą, czego niby miałby się wstydzić, skoro był jedną z najdoskonalszych istniejących istot? Do diabła, przecież był aniołem. Upadłym wprawdzie, ale to nie zmieniało wcale faktu, że został stworzony przez Boga. A akurat wszystkie te niebiańskie przepiórki miały to do siebie, że każdy detal ich ciała był po prostu perfekcyjny. Ale mniejsza. W każdym razie, i tak wolał mieć po pewnym czasie względnie wypoczętego Ryu, niż przemęczonego i zmarnowanego. Okazji aby zobaczyć Piekło pewnie będzie o wiele więcej, zwłaszcza jeśli cienisty chłopiec nie zamierzał przez pewien czas opuszczać nowego przyjaciela. Czy tam przełożonego, czy za kogo na dobrą sprawę go uważał.
- O, jednak nie śpisz – oznajmił na dźwięk głosu, ale nawet się nie odwrócił. Przekrzywił głowę, opierając brzeg kieliszka o swoją dolną wargę. Uśmiechnął się półgębkiem. – Beeeelz – powtórzył powoli. – Bel. Dawno nie słyszałem zdrobnień – stwierdził pogodnie. Hej, bo naprawdę nie słyszał!
Pomniejsze demony nazywały go Panem Belzebubem, Strażnikiem Wrót lub po prostu Władcą Much – oczywiście, tylko w twarz, bo za plecami używały o wiele barwniejszych określeń, spośród których Insekt czy Robal należały do tych najłagodniejszych – a cała inna horda, która miała prawo pomijać tytuły grzecznościowe, nie wchodziły z nim w dość zażyłe relacje, aby zdrabniać. Oczywiście, nie licząc tych zabawnych spotkań przy alkoholu. Wtedy magicznie każdy uwielbiał drugiego.
Przyglądał się z lekkim rozbawieniem, jak Ryu chłonie widok za tarczą zegara. Nie mógł się dziwić, w końcu James – z tego, co Belzebub zapamiętał – nie wychodził z domu zbyt często. Poza tym, mało kto miał wstęp do tej części, gdzie znajdował się mechanizm. Jeszcze nieumyślny turysta zostałby wciągnięty między zębatki i wszystko by zepsuł przez swoją głupotę i nieuwagę? A tego to by zapewne nikt nie chciał!
- Jest ładny, fakt – przytaknął, ale wydął nieco wargi i zmarszczył brwi. – Ale są lepsze. I zapewne w moim towarzystwie zdołasz trochę się na to napatrzeć. Tego jestem pewien. – Dość często szlajał się po świecie, żeby co do tego nie mieć wątpliwości. To tu, to tam… a władanie tak uniwersalnym przejściem jak Piekielna Wrota, dawało całkiem niezłe możliwości w szybkim przemieszczaniu się. O ile tylko raczyła działać tak, jak powinna, bo i jej zdarzało się mieć gorsze dni. Wówczas potrafiła wyrzucić demona tysiące kilometrów od miejsca, gdzie chciał wylądować. I kilkaset metrów nad ziemią. Chwała… mocom nieczystym za skrzydła! Niektórzy po takich wypadkach nabijali się, że „jaki pan, taki kram”. I że kapryśność Belzebuba odbija się na jego małej zabawce.
Wsunął laskę pod pachę, a wolną dłonią zdjął cylinder. Czemu zaraz Ryu wytaczał podejrzenia, że Władca Much chciałby czegoś od niego? Wprawdzie istotnie, chciał, ale to nie miało żadnego znaczenia. Teraz. Najpierw chciał znowu porozmawiać troszkę z Jamesem. O wszystkim i o niczym. Tak po prostu. Bardzo lubił cudze towarzystwo i cenił je sobie, kiedy było dobre. A obecność takiego jedynego w swoim rodzaju syna ciemności, który na dodatek sam w sobie był ciekawym przypadkiem, mógł bezproblemowo dorzucić do tego dobrego towarzystwa.
- Owszem. Ale o tym później –
oznajmił, nie zamierzając niczego akurat ukrywać. Tylko przełożyć. Na później troszkę. Ruszył w stronę szyby i po drodze zarzucił swój cylinder na głowę Ryu, a sam odwrócił się tyłem do szyby i oparł o nią plecami. – Powiedz mi, Ryu, wiesz może coś o tym całym burdelu? To znaczy Kolebce – sprostował. Nie, żeby miał w tym jakiś większy interes… po prostu był ciekaw, co za banda idiotów zgodziła się na coś takiego. Musiał wówczas zrobić sobie dłuższe wakacje od urzędowania na Ziemi i nie śledził za bardzo losów zwykłych nieśmiertelnych. A tu jeb, takie coś pod samym nosem.
Niemniej ta „prośba” tyczyła się czegoś zuuupeeeełnie innego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ryu
Cień


Fabularnie : z samym Belzebubem... w całym majestacie
Liczba postów : 59
Join date : 01/05/2012

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Sro Wrz 03, 2014 12:19 pm

Cóż, Ryu miał wpajane wiele zasad z kultury osobistej, i chociaż już nie jest człowiekiem, trudno było porzucić pewne schematy. Gdyby zobaczył więc tym bardziej najpiękniejsze ciało męskie w całej swojej okazałości, na sto procent spaliłby się ze wstydu i czym prędzej odwrócił wzrok. Nawet jeśli byłoby najdoskonalsze i bardzo przykuwające spojrzenie każdej żywej istoty. Wiedział o braku pohamowań Strażnika Wrót, i chociaż chciałby być tak luźno nastawiony do egzystencji jak on, nie będzie to proste z jego wstydliwością. Inaczej: nie miał bladego pojęcia o tych kwestiach, o pożądaniu, o miłości, lecz z czystej kultury nie wwiercałby zdumionych patrzałek w boskie fragmenty ciała. Ale jak będzie w praktyce...?
Wracając z gdybań, miło było widzieć po pobudce łagodnie usposobionego przyjaciela z lekkim, szlachetnym zarysem uśmiechu. Nie zamierzał mu zmazywać tego grymasu w żaden sposób, ani też się podlizywać. Po prostu wydawało mu się, że trafił w dobrym momencie na spróbowanie zastosowania skrótu z miana. Lubił krótkie imiona, bo trudniej było na nich wyłamać język. Prawie że niemożliwe.
-Zdrobnienie Ci pasuje, chyba że wolisz zwyczajowe Jack.
Zawtórował uśmiechowi towarzysza swoim skromnym, lecz równie szczerym. I między innymi dzięki demonowi także Ryu tryskał entuzjazmem, stąd tak wielkie zaciekawienie panoramą za okna. Jakoś nie pomyślał o zaglądaniu w mechanizm zegara - bardziej pociągały go krajobrazy. I musiał przyznać rację kompanowi. Rzeczywiście podróże kształciły, zwłaszcza u boku kogoś, kto służbowo musiał znajdować się w różnych miejscach w interesach. Nawet nie pytał czym się zajmuje, gdyż i tak nic mu do tego. Chłopiec aż taki głupi nie był, by na kamikadze wtryniać nos w nie swoje sprawy.
-W to nie wątpię.
Zdołał się jakoś uspokoić i zachwycać widokami za tarczy zegara, żeby klepnąć sobie po turecku na Ziemi i przejść do konkretniejszych tematów. Przekrzywił nieco łebek zastanawiając się czemu trochę zwlekał z wyjawieniem powodu, dla którego zawołał młodzieńca z jego cienia. Cóż, musiał uzbroić się w cierpliwość. Poprawił cylinder, który wylądował mu na głowie tak, żeby chociaż jedna antenka wystawała poza kapelusz, po czym poprawił swój siad po turecku i próbował sobie przypomnieć wszystko co wie na temat Kolebki. Nie wiele tego było, ale na tyle, że mógł odpowiedzieć:
-Wiem co nieco -odparł krótko robiąc długą przerwę i spoglądając w oczy Władcy Much, po czym zrobił szeroki wyszczerz zębów, bo wiedział, że tylko takie skromne stwierdzenie nie zadowoli przyjaciela- Kolebka powstała w wyniku wojny - między ludźmi a Nieśmiertelnymi. W niej żyją istoty nadludzkie, na terenie tak zwanego Instytutu. Jest naprawdę ogromny, lecz żaden człowiek nie może poznać istnienia tego miejsca, a tym bardziej wkraczać na jego teren. Pilnuje porządku Rada Dziesięciu, na którą składają się przedstawiciele z poszczególnych ras. No i jeszcze, żeby Nieśmiertelny był bezpieczny, powinien przebywać tylko w Kolebce, ponieważ - jak to Alvaro ujął - "istnieją już ludzie polujący na nas". Nie rozumiem co się za tym kryje dokładnie, ale tak powiedział.
Zdjął jednak cylinder z głowy, by pobawić się w magika z małym uśmiechem na twarzy. Zawsze takie nakrycie głowy kojarzyło mu się z przedstawieniem na scenie. Zanurzył rękę wewnątrz kapelusza i wydobył za uszy cienistego króliczka. A kiedy powtórzył zanurkowanie dłoni w cylindrze - niby przebił ją na wylot. Eh, nie mógł się powstrzymać. Zachichotał i trzymając już normalnie w rękach własność Księcia nieco spoważniał, aby dodać jeszcze na głos:
-Zanim zapytasz - nie zostałem w Kolebce, ponieważ pewien Nieśmiertelny uprzykrzał mi życie. Władał ogniem i ścigał całymi dniami. Także... wbrew zapewnieniom nie czułem się tam bezpiecznie.
Nałożył z powrotem cylinder na głowę i z zaciekawieniem spoglądał na przyjaciela. Dziwne, że pytał o coś tak ważnego kogoś tak mało doświadczonego w tym świecie. Może chciał wiedzieć ile Ryu wie o procedurach, o tym czego im nie wolno? Antenki na głowie stały na baczność wyłapując różne informacje o kondycji i położeniu najbliższych cieni, czy zbliżają się półmroki godne zawładnięcia przez ciemności, a mimo wszystko o wiele większą uwagę skupiał właśnie na Belzebubie. W jego oficjalnym wizerunku wyglądał naprawdę dostojnie, a mimo wszystko szarmancki uśmiech o wiele bardziej ocieplał dyplomatyczne oblicze demona. Miał szczęście widzieć często przyjaciela w dobrym humorze, a znają się niecały dzień.
-Mówiłeś, że lubisz Ziemię. A które miejsce urzekło Cię najbardziej? Rosja?
Uśmiechnął się szeroko robiąc aluzję do Benjamina.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Czw Wrz 04, 2014 6:21 pm

Ryu był swego czasu człowiekiem. Zwyczajnym śmiertelnikiem z problemami zdrowotnymi, lecz mimo to został wychowany tak, jak wielu innych jego byłych pobratymców. A taki Belzebub? Po Upadku obudził się na dnie Piekła, nie wiedząc, kim właściwie jest, ani co w ogóle robi w takim miejscu. Nic, pustka. Na dobrą sprawę wychowała go po prostu piekielna czeluść, więc w jego przypadku wszystko wyglądało nieco inaczej. Życie, po prostu życie.
Demon wzruszył ramionami od niechcenia – było mu to wszystko jedno, naprawdę. Co jednak wcale nie zmieniało faktu, że po prostu bez żadnego myślenia wypalił, jak to dawno nikt nie nazywał go tak zdrobniale i pieszczotliwie. Tak… no cóż, w normalnej i poważnej rozmowie, która nie była reżyserowana czy coś w ten deseń. Na swój sposób było to całkiem przyjemne doświadczenie. Zresztą… ostatnio zdrobniale nazywała go tylko jedna osoba, lecz tam mniejsza z tym. Po prostu tak ogólnie nie zwykł słuchać czegoś takiego i już.
- Bez znaczenia – stwierdził wciąż beztrosko. Miał dobry humor, naprawdę dobry. A przynajmniej, cóż, pozornie. – Może być Bel, może być Jack. Jak ci wygodniej, prawdę mówiąc.
Nie wiedział, czy cienisty James od początku swojej pobudki miał taki dobry nastrój, czy po prostu udzieliła mu się lekkość Belzebuba, której tak naprawdę nie było zbyt wiele. Ostatecznie dowiedział się, że ktoś… bardzo przez niego nielubiany znajduje się w tym samym mieście co i on. Nie krzyżowało mu to żadnych planów, ale po prostu coś podpowiadało mu, że ów ktoś może w przyszłości być źródłem wszelkich problemów i kłótni. Obecność aniołów nigdy zresztą nie wróżyła dla żadnego demona niczego przyjemnego. Zwłaszcza TAKICH, do licha. Skrzywił się sam do siebie na myśl o tym i zaraz postanowił skupić się na słowach Ryu i informacjach, które podał mu o Kolebce.
Demon wiedział o niej troszkę, w końcu musiał, toż to należało do jego zakresu obowiązków, lecz osobiście nigdy w Instytucie ani na jego terenach nie był. Dlatego z uwagą przyglądał się Ryu i słuchał z powagą, co ma do powiedzenia na ten temat.
- Rada dziesięciu, hm? –
zamruczał cicho, trochę niezadowolony, że wcześniej jakoś nie przyszło mu do głowy, żeby sprawdzić, kto właściwie w niej zasiadał. Był pewien, że udałoby mu się ich kupić albo przekonać. I również nie wątpił, że szanowny Lucyfer byłby wielce zobowiązany, gdyby miał w swojej kieszeni taką gromadkę. Pewnie najgorzej byłoby z aniołem. Z nimi to zawsze wszystko szło jak po gruzie, poważnie. Niezadowolone z życia mendy. – Ci polujący ludzie to Verbum Novum – oznajmił poważnie i zmarszczył z konsternacją brwi. James o nich nie wiedział? Alvaro nie nauczył go, jak się przed nimi bronić, jak ich rozpoznać? To było problematyczne, bez takich informacji chłopiec nie był do końca bezpieczny. A banda tych fanatyków, jak na ludzi, byli całkiem groźni. Ba, nawet na tyle, by móc naprawdę pozbywać się tego „plugastwa”, które hasało beztrosko po świecie Boga. – Fanatycy kościoła i całej masy innych bzdur. Uważają, że tylko i wyłącznie ludzie oraz aniołowie mają prawo istnieć, a całą resztę należy zabić. I to całkiem okrutnie, widziałem to kilka razy, chociaż oni nazywają to „zbawieniem duszy od złego”. – Przewrócił ostentacyjnie oczami. – Na pierwszy rzut oka trudno rozpoznać ich pośród innych ludzi, pewnie dlatego ta cała rada pilnuje biednych duszyczek. Wbrew pozorom, ten zakon po prostu jest zagrożeniem i to całkiem sporym. Ale mają takt i zawsze przed próbą zamordowania kogoś się przedstawiają. Jeśli usłyszysz nazwę Verbum Novum, lepiej uciekaj, Ryu.
Ostatnie zdanie dodał całkowicie poważnie, świdrując Jamesa przenikliwym spojrzeniem. Nawet sztuczka z króliczkiem i ręka – chociaż były dobre – nie wywołały nawet cienia uśmiechu na jego ustach. Był pewien, że nowy kompan zdaje sobie sprawę, czym ta banda oszołomów jest i dlaczego należy ich unikać, jeśli nie jest się wprawionym w walce. A tu coś takiego! Kompletnie się nie spodziewał, że tak to będzie wyglądało, więc wziął sobie niemalże za punkt szemranego honoru, że będzie musiał poduczyć chłopca w tym i owym, dla własnego spokoju duszy. Bo, skoro Ryu stał się cieniem Belzebuba, to ten drugi uznał, że jest za niego odpowiedzialny i powinien nieco zająć się jego edukacją na temat nieśmiertelnych i jak przestrzegać się tych wrogich. Ach, jak dużo pracy przed nimi, a czasu tak mało!
- O, proszę. A jak się nazywa? – rzucił, a lewa brew drgnęła nieco. A zaraz po tym demon uśmiechnął się iście krwiożerczo, nawet dla specjalnego efektu jego zęby zmieniły swój prosty kształt na spiłowane w szpic kły. – Powiedz słówko, a będziesz mógł odwiedzać Kolebkę według własnego widzimisię.
Brzmiało to o wiele bardziej jak „powiedz słówko, a zginie i będzie po kłopocie”. Niemniej Władca Much uznał, że tak dosadne stwierdzenie nie będzie potrzebne i że James łatwo pojmie, o co mu chodzi, nawet jeśli wciąż był stosunkowo młodym nieśmiertelnym. Taką aluzję chyba wyłapałby każdy, choćby i istota najmniej zaznajomiona ze światem i prawami nim rządzącymi.
Zaśmiał się i przekrzywił głowę. Rosja… ach, z tym miejscem wiązało się tyle dobrych wspomnień! Nie sposób ich aż zliczyć, chociaż wówczas ten kraj wcale się nie nazywał właśnie w ten sposób. Ale nie zamierzał o tym teraz mówić, gdyby miał opowiadać wszystkie ciekawe historie ze swojego życia, zapewne zabrakłoby im czasu i nadeszła piękna oraz taka opiewana przez Biblię Apokalipsa.
- Rosja – przytaknął. – Cudowne miejsce. Odpowiednie zepsute i jednocześnie posiadające jakiś porządek - wzruszył ramionami i upił powoli łyk swojego wina. - A ty, Ryu? Gdybyś mógł odwiedzić jakiekolwiek miejsce na ziemi... co by to było? - spytał z ciekawością
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ryu
Cień


Fabularnie : z samym Belzebubem... w całym majestacie
Liczba postów : 59
Join date : 01/05/2012

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Pią Wrz 05, 2014 1:19 pm

Niewątpliwie trudno było Belzebubowi wybić się z Dna Otchłani i dorastać w takowym otoczeniu, by wreszcie ciężką pracą zyskać posadę, której wielu zazdrościło. Pewnie z tego tytułu Władca Much miał tyle nieprzyjemności, albo po prostu taka społeczność.
I taaaak, wiem jako narrator kto zdrabniał imię Strażnika Wrót, i to dokładnie w tym samym miejscu. Magia Big Bena? Tak czy inaczej skinął głową z lekkim uśmiechem. Będzie stosować oba zdrobnienia zamiennie, jak mu przyjdzie do łepetyny. Ciekawe czy ta obojętność była na pokaz czy rzeczywiście nie robiło to na nim aż tak wielkiego znaczenia? Najważniejsze, że wypadł w miarę taktownie i nie rozzłościł rozmówcy. Przyjaciel, a tak mało jeszcze o nim wie - cóż, w jeden dzień raczej ciężko doświadczyć wielu aspektów, aby mówić o prawdziwej przyjaźni. Dopiero poznawali się, i nie będzie spieszyć się z nawiązaniu dobrych relacji. Nie wiedział, że czas nie grał na ich korzyść.
Nastała ciężka rozmowa, bo na tematy poważne i przy tym niezmiernie istotne dla Ryu. Nie znał skali zagrożenia, jakie czyha nad nieśmiertelnymi, ani ich metod. Teraz dzięki Belzebubowi mógł uzupełnić luki o nowe wskazówki i wytyczne jak ich rozpoznać, a raczej jak trudno to zrobić. Jedynie trzeba było liczyć na to, że sami powiedzą skąd przybyli i w imię czego zabijają nadludzi. Bez tego nie potrafiłby rozpoznać ani jednego człowieka. O tyle dobrze było w przypadku Ryu, że większość ludzi nie widziała go, jakby nie istniał. Tylko co po niektórzy odwracali wzrok i próbowali wyłapać szczegóły młodzieńca na tle czerni. Teraz zrozumiał - ci z Verbum Novum musieli mieć dar, by rozróżnić nieśmiertelnych z tłumu zwykłych ludzi. Musi mieć się na baczności jak nigdy przedtem.
-Yoku.
Wziął głęboko do serca poradę Belzebuba, ponieważ on wiedział z kim mieli wszyscy nieśmiertelni do czynienia, i jakie były szanse Ryu przeciwko organizacji. Nie uniósł się pychą, której nie miał, i nie obraził się za radę o ucieczkę. Ani umiejętności młodzieńca nie były dopracowane, ani zagrożenie zbyt małe, by dało się to zignorować. Będzie mieć szeroko oczy i uszy otwarte, żeby nie natknąć się na żadnego przedstawiciela fanatycznej organizacji.
Inna sprawa, że czasami sam towarzysz bywał przerażający, jak na przykład przed sekundą, kiedy to obnażył kły, jakby węsząc szansę na "rozprawienie się po swojemu". Co jak co, lecz Cieniołak nigdy jeszcze nie miał okazji do zobaczenia śmierci kogoś innego, nawet jeśli był zbrodniarzem. Był nawet pewny, że tamten typek o gorącym temperamencie był święcie przekonany o swojej dobrej wierze wykurzając z najmniejszego cienia mocno zestresowanego, przestraszonego Jamesa. Gdyby tylko nie posmakował ognistej kuli na swojej ręce, którą spalił do nicości, mógłby po prostu przemilczeć ten temat.
-Uhm... N-nie podawał imienia -lekko zmroziło mu krew przyglądając się naszpikowanymi kłami ustami demona, które układały się w przyprawiającym o ciarki uśmiechu- Nawet nie dało się z nim porozmawiać - biegał za mną jak szalony i strzelał ognistymi pociskami w każdy zacieniony zakamarek. Co jakiś czas przeklinał, tylko tyle wiem... N-nieważne.
Westchnął cicho i próbował nie wracać do tamtego wątku. Dobrze, że pojawił mu się w głowie inny wątek, tak to zbyt szybko straciłby dobry humor, który dość szybko kurczył się pod natłokiem poważnych zdarzeń. Rzeczywistość nigdy nie będzie kolorowa.
-Zatem kiedyś wybierzmy się do Rosji, bym mógł Ci przytaknąć -odpowiedział nim padło pytanie o ulubione miejsce młodzieńca, które chciałby zwiedzić; zaraz jednak dodał, z gasnącą radością, jakie on wybrałby zakątek Ziemi- Japonię, Tokyo. Nie dlatego, że jestem ksenofobem, tylko... chciałbym chociaż na moment zobaczyć czy z moimi rodzicami wszystko w porządku. Ale nie mogę, to przeszłość.
Spuścił na chwilę wzrok nie chcąc się rozkleić przed Belzebubem. Przecież miał zapomnieć o swoich korzeniach, ale tak jakoś nie znając innego krajobrazu przed oczyma jak oświetlone drapacze chmur w centrum Tokyo, jak multum ludzi wędrujących z pośpiechem po chodnikach lub kilkadziesiąt linii nadziemnego metra trudno było wydumać na poczekaniu coś, czego nie doświadczył. Widział wiele miejsc, ale tylko za pośrednictwem mediów, a to zbyt mało, by mieć jakiekolwiek pojęcie czy warto polecić komukolwiek dane walory przyrodnicze.
-Jak sam widziałeś - podobają mi się nawet najbardziej pospolite okolice, więc jest w czym wybierać.
Uśmiechnął się jednym kącikiem ust, by poderwać się z podłogi i podejść wolno do tarczy zegara, tuż obok Księcia, żeby rzucić okiem na tutejszych mieszkańców chodzących po Londynie po drugiej stronie Big Bena. To nie były tłumy z Japonii, na których spoglądał zza szyby domowego szpitalu, lecz dawały pewną namiastkę tego elementu z przeszłości. Ryu stał spokojnie, z jedną dłonią przyłożoną do zimnej powierzchni talerza mechanizmu, i wodził wzrokiem z poszczególnej osoby na drugą. Zupełnie jak dawniej, z tą różnicą, że nie wymyślał naprędce krótkich historyjek o wypatrzonej osobie, tylko spoglądał gdzie idzie, z kim idzie, co robi. A tak naprawdę myślał o czymś, co działo się tu i teraz, czego dowiedział się z ust towarzysza sączącego aromatyczne wino z kieliszka. Cała czerń oplatająca ciało chłopaczka zniknęła ujawniając prawdziwy kolor skóry, ubrania i oczu, które nie odlepiały się od szyby. Coś go trapiło, aż zmarszczył nieco brwi i wydusił to z siebie:
-Myślisz, że jest sposób na powstrzymanie działań Verbum Novum?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Pią Wrz 05, 2014 6:25 pm

Skinął głową. Miał nadzieję, że Ryu potraktuje jego słowa poważnie, w końcu Belzebub – mimo wszystko – nie zamierzał trzymać chłopca przy sobie cały czas ani go pilnować na każdym kroku. Miał też swoje sprawy, którymi powinien się zajmować… choćby i teraz, więc to z miejsca się wykluczało. Jak na razie chciał po prostu mu pokazać, jak mniej więcej żyć. Pomóc, żeby nie przesiadywał w swoim cieniu przez całą wieczność i udało mu się w mniejszym lub większym stopniu wyjść do ludzi. Miał na pewno naturalne predyspozycje, jak niemal każda inna żywa istota, przecież z Benjaminem Sante rozmawiał z wielką łatwością, zwłaszcza że nie wiedział, iż ma do czynienia z innym nieśmiertelnym. Ostatecznie nie powinien się ich bać, tak? Tylko dzielnie stawiać czoła, nawet jeśli miałby to robić na prześmiewczy i ignorancki sposób Belzebuba. Lepsze to niż nic. Niekiedy lepsze niż ucieczka.
Och, nie podał imienia. Demon uśmiechnął się szerzej. Zajmie się tym, to jasne. Przecież niekiedy będzie zapewne potrzebował informacji o Kolebce, a sam nie miał ochoty, żeby się tam pojawiać. Przezornie. Zazwyczaj kiedy w takich miejscach witał ktoś pokroju i statusu Władcy Much, zaczynały się niezłe cyrki, a do tego nie chciał jak na razie dopuścić. Poza tym, dzięki temu James będzie miał okazje ćwiczyć swoje zdolności. Takie łączenie przyjemnego z pożytecznym.
- Możesz być pewien, że sprawa zostanie załatwiona w przeciągu najbliższej doby –
oznajmił dobitnie i podniósł do góry lewą dłoń, by na jego dłoni usiadła mała mucha. Demon nachylił się do niej i szepnął do niej kilka słów, ledwo uchylając usta. Bo to przecież było ważne! Ta piekielna szumowina poczuła się odpowiedzialna za życie i bezpieczeństwo Ryu w jakiś dziwny i niewyjaśniony sposób, więc powinien beztrosko wyeliminować zagrożenie. Nie własnymi dłońmi, rzecz jasna. Były lepsze sposoby.
Przeszłość, co? Belzebub znowu przewiercił Ryu przenikliwym spojrzeniem tych czerwonych oczu. Wspomnienia, przeszłość… cóż, dla niego zawsze grały dużą rolę, choć ze wszystkich sił starał się tego po sobie nie pokazywać. Na wszelki wypadek. Przezornie, żeby nikt nie mógł tego wykorzystać przeciwko niemu. Taki już miał styl życia… jak niemal każda inna istota w Piekle. Każdy ukrywał to, co było dla niego ważne.
- Przeszłość to wielka część każdego z nas. Nie warto jest się jej wypierać czy o niej zapominać, bo zostawia niemożliwą do zapełnienia pustkę –
powiedział powoli, nieco melancholijnie. Wiedział coś o tym. Sam przecież tak długo szukał swoich wspomnień… ba, dalej ich szukał, zazdrośnie strzegąc swojej misji, jakby była najważniejszą rzeczą na świcie. Ale bez nic czuł się pusty, wyobcowany. Chciał wiedzieć, co było w Niebie, jak tam było i dlaczego właściwie zdecydował się przystąpić do Buntu. Czemu sam Lucyfer tego chciał? Miał tak wiele pytań odnośnie przeszłości, a nie miał komu ich zadać. – Nie mam wspomnień z Nieba. Nie pamiętam Ojca, nie wiem, dlaczego upadłem. A chciałbym. Nie wyrzekaj się czegoś, czego możesz żałować.
Wiedział o tym z autopsji, chociaż i tak nie był tak do końca pewien, czy sam spowodował amnezję, czy może powstało to w wyniku jakichś innych działających czynników. Nie miał najmniejszego pojęcia, niemniej nie wyobrażał sobie, aby własnowolnie zrezygnować ze swojej przeszłości, nawet jeśli nie była zbyt dobra. Zawsze to jakieś korzenie, co nie?
Powstrzymanie Verbum Novum?
Belzebub uśmiechnął się gorzko.
- Wojna –
oznajmił prosto. Wojna, którą nieśmiertelni przegrywają. – Otwarta. Wtedy byłaby jasność, kto przeżyje. Czy my, czy oni. Możemy zabijać inkwizytorów, egzorcystów i całą masę innych, ale na miejsce jednego zabitego wstąpi dwudziestu następnych. Ludzi jest o wiele więcej niż nas, chociaż na to nie wygląda. Popatrz, Ryu, nieśmiertelni mogą znaleźć schronienie w Instytucie. Wszyscy. Jak duża jest Kolebka? – zawiesił na chwilę głos i pokręcił głową, by dać chłopcu przyswoić sobie te informację. Gdyby tylko wypowiedzieli wojnę ludziom… co by się właściwie stało? Kto by wygrał? Czy teraz nadszedłby czas na uciemiężenie ludzi? – Na dodatek dochodzą do tego nasze osobiste wojny. Stare urazy, wrogowie, odwieczna wojna Piekła z Niebem. Jak mamy walczyć z kimkolwiek, skoro żremy się między sobą? – westchnął na koniec i rozłożył bezradnie ręce.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ryu
Cień


Fabularnie : z samym Belzebubem... w całym majestacie
Liczba postów : 59
Join date : 01/05/2012

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Pon Wrz 08, 2014 12:42 pm

Zazwyczaj przezorny Belzebub namawiał go do zatrzymania wspomnień, a Alvaro kazał mu z nimi zerwać. Przyjaciel nie pamiętał swojej przeszłości, pragnął ją mieć. Może dlatego, że wtedy mógłby zdecydować czy chciałby zachować od zapomnienia, a nie że z góry odebrano mu ją siłą. Słowem kluczem mógł być także żal, który powstałby w miejscu pustki po może nie najbardziej ambitnych, ale własnych wspomnieniach. Musiał przyznać, że argumenty stawiane przez Arcydiabła były trafne, na co przytaknął skinieniem głowy. Postara się ze swych korzeni wyciągnąć jak najlepsze wnioski, znaleźć w nich siłę, a nie tylko rozpacz po rozłące z rodzicami. Naprawdę ich kochał, pierworodny i jedyny syn był ich oczkiem w głowie, to dzięki ich ciężkiej pracy i walce z przeciwnościami uchowali Ryu do 21 roku życia. Był im naprawdę wdzięczny, bo teraz, odrodzony jako nieśmiertelna istota, mógł odwdzięczyć się innym. Mógł przydać się także Księciu, jeśli będzie sobie tego życzyć. Zdawał sobie z tego sprawę, że na razie był bardziej balastem niżeli wsparciem, lecz zrobi wszystko, by zmienić ten pogląd.
Verbum Novum napsuło niejedną szlachecką krew, skoro jedynym sposobem na zaniechanie ich szalonych pomysłów była wojna. Z powagą, ale i obawami rosnącymi w oczach patrzył się wprost na mentora i wsłuchiwał się we szczegóły. Krótkie, bolesne refleksje wryły się w pamięć chłopca, który poznał punkt widzenia swojego towarzysza. Nie było szans, aby wszyscy nieśmiertelni mogli przeciwstawić się 6 bilionów ludzi, których to na sto procent przekonano wrogo wobec nadludzi. I ci wszyscy mają cisnąć się w Kolebce, która nawet nie dorównuje wielkością Wielkiej Brytanii, zajmuje jej malutki skraweczek. To nie jest dobre schronienie... walka z nimi też nie może być rozwiązaniem, bo jak słusznie zauważył Władca Much - na miejsce jednego zabitego pojawi się ktoś inny. Siadł humor młodzikowi, który tak naprawdę mało co wiedział o życiu, a to życie stało pod wielkim znakiem zapytania przez fanatyków i wewnętrzne bitewki. Kto wie ile istot ma swoich własnych prześladowców, i czy mimo "rozprawienia się" z jednym z dręczycieli Ryu nie pojawi się następny, z gotową zemstą. Strach dalej o tym rozmyślać.
Spuścił głowę tuż po usłyszeniu poglądów demona. Oparł się plecami o tarczę zegara, podobnie jak jego rozmówca, i skrzyżował ręce na torsie.
-Może... gdyby otworzono inny wymiar, uniknęlibyśmy wojny? Nie, na pewno już i nad tym myślano.
Zaburczało w brzuchu Jamesa, toteż właściciel zacisnął przedramiona, by stłumić nieprzyjemny dźwięk. Powinien się posilić, lecz w wieży zegarowej nie serwowano żadnych posiłków. Musiał zadowolić się cieniem z czegokolwiek co widzi w swoim otoczeniu. Kilka drewnianych skrzynek, mechanizmy... nic co nie rzucałoby się w oczy, gdyby pozbawił cienia. Głód rósł... instynkt kazał mu zejść z wieży i poszperać po sklepach znajdujących się nieopodal. Nie chciał opuszczać towarzystwa Belzebuba, więc ze ściśniętym rękoma żołądkiem spacerował po pomieszczeniu i rozglądał się za czymś do spożycia. Nie mógł wyjść poza pokój, bo wydawało mu się, że ktoś patrolował wnętrze zabytku. Sugerował się tym, że Królestwo Cieni zmieniało się dynamicznie tuż za ścianą, uciekało przed sztucznym oświetleniem, które wędrowało z latarką ludzi. Zmarszczył brwi, żeby skoncentrować się. Antenki na głowie kreowały mapę w głowie Ryu, i przypuszczenia wydawały się być racjonalne. Musiał się podzielić swoimi spostrzeżeniami.
-Ktoś tu idzie... takie mam wrażenie.
W ramach bezpieczeństwa szybko schował się za Belzebubem stając się jego cieniem. Przyjaciel bardziej przypominał człowieka, a znając jego sztuczki z przybieraniem dowolnego wizerunku na pewno skutecznie pozbawi wszelkich wątpliwości osobie, która mogłaby się tu zjawić nieproszona. Tak będzie lepiej. Chociaż tak jak słusznie zauważył Arcydiabeł - stawianie czoła wyzwaniu jest lepsze niż ucieczka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Pon Lut 23, 2015 1:50 pm

Wojna wojną. Na swój sposób otwarte starcie było tylko marzeniem, czymś bardzo nieosiągalnym. I, w tym wypadku, głupim. Teraz i tak cały czas trwały batalie, ale – no właśnie  ciche. Partyzantka. Wojna podjazdowa. Cicha. Świat nie musiał o niej wiedzieć, wielu nieśmiertelnych nawet nie zdawało sobie z tego sprawy. Tacy nieświadomi czyhającego na nich niebezpieczeństwa!
Tak również bywa, nie ma co płakać.
Belzebub wzruszył jedynie ramionami.
- Nie zastanawiałem się nad tym tak dokładniej, prawdę mówiąc – stwierdził powoli, lecz bardzo otwarcie. Zero wahania czy zająknięcia. - Ale to raczej kreacja godna... - słowo zamarło mu w gardle. Nie mógł powiedzieć słowa „Bóg”. - Wyższego istnienia.
Wątpił w istnienie osoby na tyle potężnej, aby mogła bez problemów stworzyć równoległy, idealny wymiar. Taki, w którym można by żyć na stałe. Jedynymi takimi przypadkami były Niebo i Piekło. Ale te wyszły spod ręki samego Boga, trudno było je skopiować.
Demon patrzył na miasto przez witraż, który jednocześnie był tarczą zegara. W ciszy, póki co. Nie zwracał uwagi na to, czy ktoś może tutaj wejść – co za różnica? Również nie patrzył na Ryu, który przemierzał wnętrze pomieszczenia w poszukiwaniu czegoś, co nadawałoby się do zjedzenia. Zapewne gdyby zwrócił na to uwagę – w czym przeszkadzał mu stan zamyślenia – po prostu otworzyłby Bramę i coś zabrał z Piekła, ze swego domu.
Ktoś idzie?
Odwrócił się w stronę drzwi i przekrzywił głowę w lewo. Ktoś szedł. Właściwie już było słychać jego kroki tuż-tuż, zaraz za drzwiami. W szparze między nimi a podłogą zamajaczyło wąskie światło latarki. Władca Much mógł uciec – jasne, że mógł, w każdej chwili – ale póki co trwał spokojnie i niewzruszenie na swoim miejscu. Jak gdyby nigdy nic.
Uniósł brwi, gdy zobaczył, jak do środka wchodzi najzwyklejszy na świecie dozorca. Człowiek – widać to było jak na dłoni, nie miał też żadnej aury, która świadczyłaby o jego przynależności do nieśmiertelnych istot.
- W czymś pomóc? - zapytał demon uprzejmie i spokojnie. Poważnie. Jakby jego obecność w tym miejscu była jak najbardziej uzasadniona i to ten człowiek powinien tłumaczyć się tylko i wyłącznie przed nim. W końcu Belzebub mógłby go zabić, gdyby nabrał takiego kaprysu. Ale to, maine Gott, na pewno wybrudziłoby mu garnitur!
- Ja... - zaczął spokojnie człowiek. Mężczyzna, zdaniem demona około czterdziestki, bo siwizna z lekka przyprószyła już jego włosy. - Co pan tu robi?
- Stoję. Chwilowo.
I spokojnie otworzył za sobą portal. A taaam, jeden człowiek uświadomiony więcej? Co za problem, pff! Postawił jeden krok do tyłu i zniknął w Piekle.

zt x2 Diabelska Tawerna
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Today at 4:20 pm

Powrót do góry Go down
 
Wieża zegarowa Big Ben
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
 Similar topics
-
» Wieża Wiatrów
» Szczyt Wieży
» Wieża Północna
» Hightower/ Wysoka Wieża
» Szczyt opuszczonej wieży

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Nieśmiertelni ~ Kolebka Upadłych Aniołów :: Londyn :: Centrum miasta-
Skocz do: