IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Wieża zegarowa Big Ben

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Sob Maj 17, 2014 8:19 pm

Teraz było za późno, żeby się wycofać i jedną alternatywą dla brnięcia i pogrążania się dalej była ucieczka. Belzebub dawno nie pamiętał, kiedy tak bardzo chciał się wycofać i jednak wrócić z powrotem do Piekła, byleby czegoś uniknąć. Bo teraz bał się konfrontacji z Arielem, jak diabli. Ostatecznie to wszystko co widział, działo się... tak dawno, że właściwie nikt nie powinien nawet o tym pamiętać. Przynajmniej w teorii tak to wyglądało, bo na praktykę przekładało się jakoś troszkę inaczej. Bo teraz - kiedy to wszystko widział i jakkolwiek by nierealnie wyglądało - to nie miał pojęcia, co zrobić. Nigdy wcześniej nie był postawiony w takiej sytuacji, nigdy wcześniej żadne wspomnienia nie budziły w nim tak wielu sprzecznych ze sobą emocji i uczuć. Nie, zdecydowanie nie przywykł do czegoś takiego.
- Nie wiem - oznajmił powoli, próbując nadać swojemu głosowi lekceważący ton, jakby tak naprawdę sprawa z miejsca przestała go interesować. - Możliwe... że po prostu jakoś udało mi się chować wspomnienia w osobach i miejscach... ważnych - z pewnym trudem udało mu się wypowiedzieć to słowo. Niemniej ta teoria wydawała mu się całkiem prawdopodobna. Może zrobił coś takiego, tak na wszelki wypadek, żeby mógł w razie czego odnaleźć to, co zgubił. Tylko nie potrafił powiedzieć, czemu miałby robić coś takiego. Chciał ich, to była prawda, ale kiedy posiadał już tę cząstkę, obawiał się tego, co mogłaby przynieść mu cała reszta. Bo to były tylko i wyłącznie wydarzenia, w których brał udział Ariael i na nim skupiało się to wszystko, w tle ledwo migały jakieś inne rzeczy, których nie zdołał wyłowić za pierwszym razem.
Został dalej na podłodze, nawet kiedy anioł podniósł się gwałtownie. Usiadł, spoglądając teraz na swoje dłonie. Puste. Nigdy wcześniej nie wydawały mu się tak opustoszałe i niepełne, a i tak nie odwrócił od nich wzroku. Dopiero po krótkiej chwili, keidy padło pytanie, powoli przeniósł spojrzenie na plecy Ariela. Zatrzymał wzrok na plamie krwi, którą zostawiła jego skaleczona dłoń i milczał. Cały czas zastanawiał sie, jak powinien odpowiedzieć na to pytanie. By ze wszystkiego wybrnąć, żeby nic bardziej się nie pokomplikowało. A przynajmniej jeszcze bardziej niż teraz.
- Wybacz, zakrwawiłem ci koszulę - oznajmił, nie chcąc odpowiadać na pytanie. Bo wcale nie było mu lepiej. Ha, gorzej niby też nie, po prostu nie miał pojęcia, co teraz z tym wszystkim zrobić.
Doskonale zdawał sobie sprawę, że na pewno nie będzie tak, jak przed Upadkiem - to była dziwne dla niego... wiedzieć co było - bo to po prostu niemożliwe. Niewykonalne. I tak sam fakt, że do tej pory siedzieli sobie we wnętrzu zegara, popijając wino i rozmawiając w przyjaznej atmosferze, był z lekka absurdalny. Teraz to po prostu sięgało zenitu swoją dziwacznością.
Wstał powoli i wyprostował się, jednocześnie otrzepując się z kurzu. Musiał się czymś zająć. Czymś, co bardzo skutecznie zajęłoby mu myśli i odciągnęło od myśli, które schodziły na niebezpieczne tory. Westchnął głośno.
- Cóż... możemy zignorować ten drobny incydent? - zapytał, chociaż całkowicie wbrew temu, co naprawdę myślał. Ale to przecież był zdecydowanie najłatwiejszy sposób i to dla nich obu. Ariel ostatecznie musiał już dawno pogodzić się z Upadkiem, a dla Belzebuba nie było to wielkim problemem, żeby udawać, że wspomnienia go nie ruszają, nawet jeśli byłoby to piekielnie ciężkie i trudne. Nie zgódź się, nie zgódź się, nie zgódź. Czemu, do diabła, musiały obudzić się teraz? Czemu razem z nimi przyszła cała masa uczuć i... i wszystkiego, czego sobie ewidentnie nie życzył? Przecież to było niedopuszczalne, żeby coś takiego w ogóle w demonach się rodziło. Nawet idiotyczne.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł


Fabularnie : Złączony z nim wspólną przeszłością, Inu.
Liczba postów : 97
Join date : 04/04/2014

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Sob Maj 17, 2014 11:58 pm

Lekceważący ton, który pojawił się u Belzebuba w trakcie mówienia sprawił, że Uriel całkowicie pogubił się w swoich myślach i osądach na temat przebiegu tej sytuacji. Nie wiedział już, co sądzić. Z jednej strony miał przed sobą Belzebuba sfrustrowanego, zdesperowanego, zrozpaczonego i rozkojarzonego, a z drugiej nieprzejętego nagłym nawrotem wspomnień. Ba, i to nie byle jakich, bo związanych z ich wspólną - w najbardziej intymnym tego słowa znaczeniu - przeszłością. Skąd to wiedział, skoro nie widział twarzy Belzebuba? To proste. Wszystko odnajdywał w brzmieniu głosu, którego przez dawne lata zdążył się wyuczyć niemal na pamięć.
Nie wiedział, co odpowiedzieć. Nie wiedział wciąż, co demon dokładnie ujrzał, kiedy ich skóry zetknęły się ze sobą. Nie wiedział, w jaki sposób część wspomnień miałaby się znaleźć właśnie w nim i czy faktycznie było to efektem starań samego upadłego. Głowa pod białymi puklami zdawała się być niespójną masą myśli wszelakich, które w tej chwili i tak dotyczyły jednego, bowiem tej oto dwójki, bieli i czerni. Mimo starań cherubin za żadne skarby nie potrafiłby przywrócić siebie do stanu, w którym zaawansowana analiza i dedukcja nie stanowiłyby dla niego żadnego wyzwania. Nie mógł nawet odpowiedzieć, a co dopiero pokusić się o tak wysokie procesy myślowe? Poza tym wciąż nie opuszczało go wrażenie upokorzenia, które pokazał, reagując w taki sposób. Dlaczego tak się tym, u licha, przejął? Stojąc już przed oknem spojrzał na zmięte mankiety koszuli, świadectwo jego nerwów i obaw. Belzebub nie powinien nic dla niego znaczyć. Minęły milenia, a on wciąż, jak idiota, rozpamiętywał coś, co teraz nawet nie miało szansy bytu. Powinien wziąć przykład z demona. Zrekompensować się i pokazać, że to nic takiego. Przecież nie mógł nosić w sercu żalu w nieskończoność, prawda?
- Nic się nie stało - powiedział, czy może pomyślał; w tej chwili nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Bał się spojrzeć mężczyźnie w oczy, zamiast tego wciąż obserwował nie ciekawszy ani o jotę zimowy krajobraz. W końcu nie doczekał się odpowiedzi, której tak nerwowo wcześniej wyczekiwał. Zamiast tego usłyszał pytanie, które spowodowało, że wewnątrz niego coś jakby pękło, jakiś niewidoczny mur, którego uszkodzenie sprawiało trudny do opisania ból. Ten drobny incydent. Drobny, nic nie znaczący incydent. Nic ważnego dla Ciebie, prawda, Belzebubie? I w tym momencie nastąpił punkt zwrotny. Przez tę nagłą zapaść w sobie, postanowił. Nigdy więcej nie pozwoli sobie cierpieć przez fałszywe nadzieje. Nigdy. Nawet jeśli to, co zamierzał za chwilę wykonać, miało spowodować u niego późniejszą rozpacz i żal, wiedział, że to najlepsza decyzja. Nie pozwoli się więcej skompromitować i zranić. Już nie.
Ariael odwrócił się na pięcie w kierunku ciemnowłosego i po raz pierwszy od dłuższego czasu spojrzał mu bezpośrednio w oczy. Stanowcze, lecz w dalekiej głębi kruche; na pozór beznamiętne, lecz wewnątrz przesycone emocjami.
- Jasne. To przecież nic takiego. Młodzieńcze zauroczenia z czasem mijają. Prawdę mówiąc to było tak dawno, że niemal o tym zapomniałem. - Dalej. Mocniej. Ciężej. - To i tak nigdy nie miało szansy bytu, prawda? Demon i anioł, kto by pomyślał... Po prostu traktujmy się tak, jakby tego nigdy nie było.
Pojedyncze gesty. Tak małe, lecz świadczące o tym, że to, co mówił Uriel, nie było dla niego prawdą, choćby to ciągłe mięcie rąbka koszuli. Zaskakujące, jak ciężko przychodziło aniołowi kłamstwo. Czy mężczyzna to zauważył? Nie wiadomo. A Uriel... Czuł się, jakby ktoś żywcem wyszarpał mu serce i dał na pożarcie wilkom, z kolei ciało, które zostało... Jedyne, co czuło, to smutek i ból. Bezradne i niezmienne uczucia towarzyszące Urielowi od zawsze, lecz teraz silniejsze niż kiedykolwiek.
Rozszarpany wewnętrznie Uriel, a wcześniej - niezmącony, wiecznie opanowany. Gdzie się podziała ta część ciebie, przyjacielu?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Nie Maj 18, 2014 12:36 am

Był pewien, że sobie z tym poradzi. Do diabła, radził sobie - przynajmniej tak sądził - z rzeczami o wiele gorszymi niż jakieś tam wspomnienia o rzeczach, które działy się tysiące lat temu. Nie powinien się tym przejmować. Ot, po prostu teraz, kiedy już miał tę część, miał zapewne pokiwać głową i przyjąć wszystko do wiadomości, jak gdyby nigdy i nic. Ale nie umiał. Te wszystkie obrazy były zbyt napełnione emocjami, by mógł je zignorować. Ha, mało tego, ulokowały się w jego głowie i wcale nie zamierzały jej opuszczać. To było dla demona takie... dziwne. Czuć coś. Do kogoś. I to tak po prostu, bo nagle się obudziło wywołane obrazkami z przeszłości!
Wciąż stał wyprostowany z obojętną miną, ale skrzyżował ręce na piersi. Wszystko po to, by nie było przypadkiem widać, jak zaciska dłonie w pięści i wbija paznokcie w skórę. Nie chciał słyszeć odpowiedzi na swoje pytanie. Naprawdę nie chciał, bo bał się jej o stokroć bardziej, niż na początku tego natłoku wspomnień. Bo zdawał sobie sprawę z tego, co najprawdopodobniej usłyszy. Że ma rację. Że najlepiej o tym zapomnieć, że to takie nic, było dawno temu i skończyło się w odpowiednim czasie. Że teraz nie ma najmniejszego znaczenia i najlepiej będzie, jeśli zaczną zachowywać się tak, jak jeszcze kilkanaście minut wcześniej. Albo i jeszcze wcześniej - kiedy ze sobą nie rozmawiali i widywali się podczas spraw służbowych, gdy zamieniali raptem kilka słów. Teoretycznie tak właśnie powinno być, bo było najłatwiejszym i najodpowiedniejszym wyjściem, prawda? Tak po prostu trzeba było postąpić i Belzebub bardzo dobrze o tym wiedział.
Lecz to wcale nie zmieniało tego, że gdy Ariel odwrócił się i na niego spojrzał, to zechciał powiedzieć szybko, żeby go nie słuchał, bo plecie bzdury. Właściwie nie zrobił tego tylko dlatego, że anioł go uprzedził, a każde jego słowo było szpilką, która wbijała się prosto w klatkę piersiową. Co za bzdury. Sterta bzdur! Władca much nie umiał spojrzeć Arielowi w oczy, chociaż zmagał się ze sobą, żeby to zrobić. Zacisnął mocno usta i na początek skinął głową. Kłamię, do jasnej cholery, kłamię. I ty też kłamiesz, bo tak będzie najlepiej. Podniósł w końcu wzrok i spojrzał aniołowi w twarz.
- Tak. Kto by pamiętał o czymś takim? - zapytał wciąż tym obojętnym tonem. - Przed Upadkiem pewnie jakiś miało. Ale teraz? To byłoby idiotyczne, głupcy porywaliby się na coś takiego - odparł, lecz nie był w stanie powiedzieć niczego więcej, bo lodowaty supeł związał mu gardło. Przełknął ślinę, znowu odwracając wzrok, który zatrzymał na winie, które wciąż stało na skrzyni. No, dalej, to tylko kolejne kłamstwo, których wypowiadałeś tysiące. Nic wielkiego, potrafisz kłamać. Umiesz, jak jasna cholera! - Na dodatek... - przerwał na chwilę i dodał znaczniej ciszej. - Na dodatek w ogóle nie umiesz kłamać, wciąż nie umiesz - oznajmił, ledwo uchylając usta. Cicho, niemalże szeptem, przesyconym żalem. Ale przecież to było konieczne. Nie istniała inna drogą.
Dopiero gdy to powiedział, nabrał ochoty żeby zniknąć. Otworzyć bramę za sobą i zrobić mały krok do tyłu. To było okropne. I jednocześnie śmieszne. Gdy w końcu znalazł w sobie serce, to musiał je połamać własnymi rękami. Nawet nie miał szans, żeby się tym nacieszyć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł


Fabularnie : Złączony z nim wspólną przeszłością, Inu.
Liczba postów : 97
Join date : 04/04/2014

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Nie Maj 18, 2014 1:14 am

Właściwie nie wiedział, czy to uczucie zbudziło się w nim nagle, czy tak naprawdę istniało wewnątrz niego już wcześniej wywołane jedynie owym niespodziewanym zwrotem akcji. W przeciwieństwie do wszelkich innych rzeczy, które Lew Boży zgłębiał, by się dowiedzieć o nich czegoś więcej, tej nie miał żadnej ochoty poznać. Samo myślenie na jej temat powodowało u niego ból. Nie chciał, by to, co było kiedyś, te wszystkie uczucia i sytuacje wróciły, lecz z drugiej strony... Pragnął ich całym sercem. Pragnął przytulić mężczyznę i, choćby po raz ostatni, szepnąć, że wszystko jest porządku, a ich dwójka przetrwa wszystko.
Lecz nie mógł.
Zamiast tego wpatrywał się w demona tym samym, pełnym bólu spojrzeniem, które zdawało się drżeć pod wpływem słyszanych słów. Nawet jeśli cierpiał, nie mógł się ugiąć. Nie powinien pokazywać, jak to wszystko na niego oddziałuje, jak wiele uczuć kłębi się tuż pod skórą, a serce rozrywa na kawałki po każdym stwierdzeniu odnośnie ich relacji. Porównywanie go do niczego, nawet jeśli tylko na pokaz, było bolesne. Anioł mógłby się pokusić na stwierdzenie, że od czasów Upadku nigdy nie czuł tak wielkiej ilości goryczy i żalu, która byłaby spowodowana czymś tak obcesowym, jak miłość. Na pozór zapomniana, lecz wciąż istniejąca w zakamarkach serca - miłość. Chciał krzyknąć, by ten skończył mówić, by przestał ranić, lecz nie potrafił. Sam nie wiedział, czy nie wolał przypadkiem słuchać kolejnych wypowiedzi Władcy Much, zamiast ciężkiej i zmuszającej do zastanowienia ciszy. A Ariael? Oczywiście, że kłamał. Kłamał, raniąc tym samym nie tylko swego rozmówcę, lecz także siebie. Tak samo, jak Belzebub. Mimo to zabrnął w swej nieprawdzie do takiego stopnia, że nie potrafił wykonać żadnego ruchu - ani w przód, ani w tył. Zatrzymał się w miejscu i liczył czas do ostatecznego rozpadu własnego "ja" na milion oderwanych ze sobą skrawków uczuć, myśli i wspomnień, kłębiących się w jego głowie niczym natarczywe pszczoły w ulu.
Usłyszał. Uriel spuścił momentalnie głowę, nie zwracając najmniejszej uwagi na pojedyncze kosmyki, które zasłoniły jego twarz. Może tak było lepiej. Każda forma ukrycia wyrazu, który pojawił się na twarzy archanioła, był lepszy od jego uwidocznienia. Rezygnacja nagle ogarnęła go z całą swoją mocą, a zaciśnięte na materiale koszuli ręce rozluźniły się, opadając bezwładnie wzdłuż ciała.
- Masz rację. Nie potrafię - szepnął cicho, nawet nie unosząc wzroku. Jeszcze przed chwilą był pewien swojej decyzji. A teraz? Sam nie wiedział, co było lepsze - jawne przyznanie się, że tak naprawdę to wszystko jest dla niego niczym innym, jak koszmarem z cholernie realistycznymi elementami cierpienia i rozpaczy, czy może ucieczka przed nieuniknionym. Kolejne pytanie, jak zwykle bez odpowiedzi. - Jestem jednym, wielkim chaosem, wiesz? Coś, co uznawałem za stracone, nagle pojawiło się przede mną jak przez zwykły przypadek. Pstryknięcie palców, przed którym uciekałem przez wieki, a mimo to go pragnąłem. Jak mógłbym powiedzieć, że to nic takiego?
Słowa same opuściły jego wargi, ani myśląc pytać go o pozwolenie. W końcu głos Uriela urwał się, a on sam skurczył się w sobie jeszcze bardziej, chowając przed spojrzeniem demona. Więc teraz nastąpiło ostateczne poniżenie... Więc tak miał wyglądać jego los.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Pon Maj 19, 2014 12:05 am

Do tej pory wszystko było o wiele łatwiejsze. Belzebub był pewien, że gdy tylko odzyska swoje wspomnienia, to po prostu stanie się całością, ale że nic się nie zmieni, oprócz jego wiedzy na temat swojej przeszłości. Nigdy by nie podejrzewał, że będą miały tak wielki wpływ na niego całego i że zmienią diametralnie jego spojrzenie na... no w tym przypadku na Ariaela. Do tej pory był tylko zwykłym aniołkiem, którego bardzo dawno temu znał. Ba, z którym nawet się przyjaźnił, ale na dłuższą metę po Upadku to nie miało prawa mieć znaczenia. A teraz? Demon nawet nie wiedział, że w jednej chwili - jak po pstryknięciu palcami - można kogoś ot tak, pokochać. Nie spodziewał się, że razem ze wspomnieniami wrócą jakiekolwiek uczucia. Gdyby wiedział, to czy w ogóle by się pojawił? Nie potrafił sam sobie odpowiedzieć na to pytanie.
Teraz i tak nie był w stanie do końca racjonalnie myśleć. Za bardzo dał się ponosić szalejącym emocjom, które wariowały w taki sposób po raz pierwszy od przebudzenia się po Upadku. Nigdy wcześniej nie cierpiał z tak trywialnych powodów, nie miał z tym nawet do czynienia na dłuższą metę i unikał takich zobowiązań jak ognia, twierdząc, że pozbawiają logicznego myślenia. W tym wypadku ani trochę się nie mylił, bo teraz nie składał swoich myśli zbyt spójnie. Wszystko kręciło się tylko wokół tego, żeby nie bolało. By ugasić ten cholerny pożar w środku, który podsycało zdecydowanie zbyt mocno bijące serce. Belzebub miał wrażenie, że zaraz po prostu zmieli mu żebra na proch.
Na dodatek wciąż nie wiedział, co robić. Zaciskał tylko coraz mocniej dłonie w pięści i przyciskał je do żeber. Wciąż patrzył na skrzynię, na której stało wino i leżała porzucona marynarka. Teraz znów zaczął obawiać tego, co może zobaczyć. I usłyszeć, co gorsza. W końcu Ariel mogł dalej brnąć w to kłamstwo, a demon niczego nie mógłby z tym zrobić. Ha, nawet sam zacząłby dalej kłamać, wbijając sobie jeszcze bardziej igły w serce, byleby jak najszybciej skończyć tę rozmowę i móc zniknąć. W końcu by przeszło. Strata nie może boleć przecież tak długo. Prawda...? Zresztą, jaka strata? On miał tylko obrazki i część uczuć. Nie wiedział, jak to wygląda naprawdę. Nie trzymał w ramionach kogoś, kogo kochał z poczuciem, że obejmuje cały świat.
Przyznał. Przyznał, że kłamie. Władca Much powstrzymał się przed tym, by odetchnąć z ulgą, bo był pewien, że to będzie koniec z chwilą, kiedy Ariel zgodził się z nim, że to błahostka. Drobny incydent, który da się zignorować. I odżyła w nim drobna nadzieja, że koniec będzie inni, niż zaczynał zakładać. Że może... może nie będzie tak źle.
Podniósł powoli wzrok i spojrzał na Ariaela z nagłym błyskiem w oku. Cóż, nadzieja na coś podobno dodawała siły, a Belzebub właściwie kosztował jej po raz pierwszy w życiu. Lecz to spojrzenie przygasło, kiedy zobaczył, w jakim stanie znajdował się anioł. Duma nie pozwalała mu pewnie mówić takich rzeczy. Pewnie teraz, kiedy już to wszystko powiedział, czuł się poniżony przez samego siebie. Demon chciał go w jakiś sposób pocieszyć. Zapewne chciał to zrobić bardziej dla siebie - a przynajmniej tak sobie to tłumaczył - bo nie chciał widzieć go takiego. Odetchnął głębiej, swoją dumę i ego chowając naprawdę głęboko. Jak nigdy. Cóż, nie chodziło tutaj o byle kogo - chodziło o Ariela. Ariela, do diabła, którego Belzebub kochał i już, dla którego mógł się wyzbyć dumy i upokorzyć przed nim jeszcze bardziej, byleby mu pomóc.
- Nie mam pojęcia - stwierdził powoli, starając się nadać swojemu głosu jak najnormalniejszy ton. - Wiem tylko tyle, że zobaczyłem masę obrazków w swojej głowie, po których zobaczeniu przypomniałem sobie, że cię kocham - oznajmił głośno i dobitnie, prosto z mostu. I prawie udało mu się to powiedzieć normalnie, głos mu drgnął tylko raz. Dokładniej w słowie "przypomniałem". To było bezpośrednie wyznanie. Lecz mimo to Belzebub wciąż stał idealnie wyprostowany i patrzył aniołowi w twarz. Mimo że w środku skulił się w sobie znacząco, całkowicie przestraszony tymi słowami. Miał tylko nadzieję, że ten strach nie odbije się w jego oczach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł


Fabularnie : Złączony z nim wspólną przeszłością, Inu.
Liczba postów : 97
Join date : 04/04/2014

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Pon Maj 19, 2014 11:42 pm

Uczucie do Belzebuba nigdy zupełnie w cherubinie nie wygasło, czego ten miał doskonałą świadomość. Tak, udało mu się go nie wspominać i częściowo zapomnieć; tak, przywykł do żalu i pustki w jego sercu. Nie spowodowało to jednak ulotnienia się czegoś, z czym przez milenia czuł się związany duszą a także umysłem. Choć próbował wiele razy uciec od tęsknoty i innych niepożądanych uczuć, one same go odnajdowały. I tak było zawsze, dzień za dniem. Nauczył się tolerować demona, traktować go ze służbowym chłodem i brakiem poufałości, a mimo to wystarczył jeden dzień, gdy uległ swojemu kaprysowi i aby to wszystko pojawiło się na nowo. Przez ostatnie kilkanaście minut doszło do czegoś, czego obecności Uriel nie dopuszczał w swych najśmielszych oczekiwaniach. Jak z grom z jasnego nieba pojawił się Belzebub, a wraz z nim anielskie wspomnienia. Początkowo albinos chciał odmówić, kolejny raz uciec od frapującej kwestii i własnej pamięci, lecz uległ swojej zachciance, tłumacząc się brakiem jakichkolwiek nieprzewidzianych sytuacji. Jak ta. I do czego to doprowadziło? Do przyjaznej rozmowy, podczas której Ariael wciąż musiał powstrzymywać się przed nadmiernym myśleniem oraz poruszaniem spraw przypominających mu o stracie tego, co kiedyś uważał za nieodłączny element swojej osoby. W następstwie - t e g o. Wciąż nie wiedział, jak miał się zachowywać. Część jego pragnęła podobnego przełomu, lecz z drugiej strony... Przerażała go myśl, że teraz nie będzie w stanie się powstrzymać. Kiedy już wyznał swoje uczucia, dosyć lakonicznie, acz zrozumiale, czuł się obnażony. Jednocześnie wiedział, że teraz za nic w świecie nie będzie w stanie odmówić sobie czegokolwiek związanego z Belzebubem. I jak to miało wyglądać? Jak?
Dlatego też wciąż kurczył się w sobie, ostatecznie po raz kolejny uciekając, lecz tym razem - spojrzeniem. Obawiał się twarzy czarnowłosego i odnalezienia błysku pogardy w oku dla jego słabości. Jego dłonie ponownie zacisnęły się w pięści, jakby w ramach otuchy dla jego racjonalnego rozumowania, które w danej chwili było na skraju przepaści. Powiedział, ile to wszystko dla niego znaczy. Teraz ostateczne słowa należały do Belzebuba? Odejdzie? Zostanie? Może obróci wszystko w żart? A może...
Nie spodziewał się, że usłyszy coś takiego. Podobne zapewnienie, jakie teraz uszły z ust czerwonookiego, Ariael słyszał tylko raz, jeszcze za czasów przed Upadkiem. Blada, nieco już wymizerowana twarz wykrzywiła się w grymasie zaskoczenia, a jasnoniebieskie tęczówki spoczęły na towarzyszu, wpatrując w niego z niezrozumieniem. Czy... Belzebub nie przyznał, że go kocha? Serce anioła zabiło mimowolnie mocniej, a po ciele przeszedł delikatny dreszcz. Przez chwilę poczuł coś na kształt szczęścia, które jednak nie potrwało zbyt długo. To nie miało racji bytu. Archanioł ponownie zamknął się w sobie, a ów ekscytacja zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Żołądek, płuca i pozostałe organy ogarnął znajomy chłód.
- Co zamierzasz, Belzebubie? Jak to sobie wyobrażasz? - zapytał cicho i bez zbędnego pesymizmu w głosie, odwracając wzrok, w którym ponownie pojawił się cień bólu. Nie pamiętał, by jakieś wydarzenie spowodowało u niego napływ tylu emocji. W tej chwili sytuacja uległa polepszeniu - Ariael uspokajał się miarowo, choć jego serce wciąż kołatało jak szalone po raz kolejny mu przypominając o czymś, co było faktem niepodważalnym. Wyprostował się. Teraz to był ich wspólny problem, nawet jeśli ciężki do rozwiązania i przytłaczający. Ariael czuł się wewnątrz zupełnie strzaskany, jakby był zaledwie muszelką spadającą z klifu na ogromne kamieniste wybrzeże. Co teraz? Nikt mu nie odpowiedział.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Wto Maj 20, 2014 9:57 pm

Belzebub nie lubił wielkich słów. Takich jak "kocham, nienawidzę, zawsze i nigdy". Dlatego unikał ich niemalże jak wody święconej, wydawały mu się zbyt pompatyczne i znacząco przesadzone, by mogły odnosić się do teraźniejszości w choćby najmniejszy sposób. Ale teraz? Miał okropne wrażenie, że wyrażenie "kochać kogoś zawsze" wyżera mu w środku wielką dziurę, w której beztrosko ulokowało się uczucie do Ariela. Ot tak, po prostu, jakby było tam i do tej pory, ale demon tego nie zauważał z jakichś mało istotnych powodów, ale wspomnienia mu o tym wszystkim przypomniały. Jak można tak bardzo okaleczyć diabła, budząc w nim takie destrukcyjne dla niego emocje? Miłość, do licha. Co za nonsens!
Teraz Władca Much opuścił wzrok, kiedy napotkał to zdziwione spojrzenie. Użył tego słowa - drugi raz w przeciągu swojego istnienia - a mózg mimowolnie odszukał właściwy obrazek, by podsunąć mu pierwszy raz. Niewiele czasu przed Upadkiem, jakby naprawdę wiedział, że coś złego może się stać i chciał przekonać anioła o swoich uczuciach. Teraz wątpliwym było, by miał używać tego zwrotu ponownie. Nie chciał. Obnażanie się emocjonalne powodowało u niego paniczny strach przed zdradą. A teraz się odsłaniał i to piekielnie bardzo, co nie było mu na rękę ani trochę. Jednocześnie chciał roześmiać się i znów postawić ten mur nieufności, a z drugiej... nie do końca potrafił i nie wiedział jak.
Jak to sobie wyobrażasz?
Jak to... jak? Belzebub nie był pewien, gdzie ma lewą, a gdzie prawą rękę przez to wszystko, a Ariael go pytał, jak to sobie wyobraża i co zamierza z tym zrobić? Demon milczał przez chwilę, gorączkowo myśląc. Nie wiedział, nie miał najmniejszego pojęcia, bo i skąd? Doskonale zdawał sobie sprawę, że to niemalże niemożliwe, by coś takiego posiadało rację bytu, ale... ale "niemalże". Jakiś niewielki procent szans zostawał, ale teraz wszystkie opcje były ukryte.
- Co zamierzam? Oczywiście, upić się - oznajmił ze śmiertelną powagą. - Upić się szybko i na pewno. To robi każdy, kto ma problemy. Sprawdzone informacje. Sam też to widywałem, ludzie często tak robią, chociaż to wprawdzie żadnych z ich problemów nie rozwiązuje, bo niby jak może? Niemniej wydaje mi się, że to świetna opcja. Może coś wymyślę w trakcie? Alkohol pobudza wyobraźnię, wiesz? Jestem absolutnie pewien, że to coś da, cokolwiek, naprawdę, Ariel - mówił. Nie, po prostu paplał. Bezmyślnie i szybko, byleby powiedzieć cokolwiek i ukryć wewnętrzne zdenerwowanie. Belzebub bardzo często, kiedy czuł się zdenerwowany, zaczynał gadać od rzeczy i zmieniać temat, choć w tym wypadku zdawał sobie sprawę aż za dobrze, że przed tą rozmową nie uda mu się uciec. Z drugiej strony... pewnie na upartego mógłby zniknąć w Piekle i nie wyściubiać z niego nosa przez kolejne tysiące lat, ale to zdecydowanie w niczym by nie pomogło i nie odpowiadało mu ani trochę. Odwrócił się w stronę skrzyni i podszedł do niej stanowczo, wbijając uparcie wzrok w butelkę z winem. - A jeśli pytasz... o nas, to nie wiem. Nie mam pojęcia, niczego sobie nie wyobrażam, bo nie jestem w stanie wybiegać teraz myślami w przyszłość tak daleko, żeby się tym przejmować - dodał, siadając na skrzyni. Brakowało mu już sił, a sytuacja zaczynała go przerastać. Jego! Wielkiego Pana Belzebuba Władcę Much Strażnika Bram Piekielnych i Jednego z Wielkich Książąt Piekła! Ot, taka miłość go pokonała i roztrzaskała wewnętrznie. A kiedy sięgał po tę idiotyczną butelkę z idiotycznym winem, to z grozą zauważył, że dłonie mu się trzęsą. Pięknie. Zakochany, do diabła, demon. Dopiero teraz do niego dotarło tak naprawdę, co to znaczy. Kiedy siedział na skrzyni z butelką wina w dłoni. - Do diabła. Ja. Ja, Belzebub, kocham. Ja. Na Lucyfera. Kocham anioła. Przecież to nie ma sensu! To masochizm. I to w najczystszej formie, co ja sobie w ogóle myślałem? Powinienem kłamać i stwierdzić, że mnie to nie obchodzi, bo to byłoby rozwiązaniem! A teraz? - wybuchnął, ale nie podnosił głosu. Po prostu w tej chwili to wszystko zrozumiał, przeszedł do stanu myślenia w miarę racjonalnego i mógł patrzeć... logicznie. Chyba. Nie, to było za dużo, sytuacja go przytłaczała. Pokręcił powoli głową, patrząc z jednym wielkim niezrozumieniem na twarzy na Ariela i podniósł butelkę do ust, by się napić. Nie bardzo obchodziło go w tej chwili, że gdzieś tam obok zaraz stoi kieliszek. A cholera z tym kieliszkiem! Teraz miał o wiele większe problemy. Zresztą, nie tylko on.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł


Fabularnie : Złączony z nim wspólną przeszłością, Inu.
Liczba postów : 97
Join date : 04/04/2014

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Wto Maj 20, 2014 11:36 pm

Ariaelowi zdawało się, że niemal widzi bitwę toczącą się wewnątrz jego rozmówcy. Umysł wraz z rozsądkiem jako prawą ręką uparcie sprzeciwiali się uczuciom, które owładnęły całą perspektywą wcześniejszego patrzenia Belzebuba na sprawy zarówno ważne, jak i nieważne. Tak samo było z aniołem. Właściwie sam nie wiedział, co sądzić, czego szukać, a czego unikać. Teraz nie grało to najmniejszej roli. Był, jak to powiedział ciemnowłosy, pieprzonym cherubinem. Powinien wziąć się w garść i na komendę raz-dwa-trzy ustawić się do pionu. Mimo szczerych chęci, nie udawało mu się. Odzyskał co prawda pewną jasność umysłu i postrzegania, lecz w zamian za to utracił poczucie stanowiska po jakiejkolwiek ze stron: rozpaczy czy szczęścia. Chyba nigdy nienawidził odcieni szarości bardziej niż teraz.
- Alkohol... - Ariael powtórzył niczym w jakimś transie, po czym zamilkł. No tak. Od niego wszystko się zaczęło. Z jakiegoś powodu zachciało mu się śmiać na myśl, że być może to on był sprawcą podatności Belzebuba na powrót wspomnień, lecz owa wesołość zniknęła w mgnieniu oka zastąpiona przez przytłaczającą dezorientację. Mężczyzna miał trochę racji, ale Uriel nie zamierzał tego przyznać. Nie powinien znać jego zdania. - Być może. Nie mniej alkohol nigdy nie rozwiąże problemów. Możemy się upić, a potem ocknąć się i zobaczyć, że jest jeszcze gorzej niż przedtem.
Odparł cicho, spoglądając w bok, po czym podchodząc niepewnie ku swemu towarzyszowi i zajmując miejsce nieopodal niego. Powinien uciec i, prawdę rzekłszy, w pewnym momencie przeszło mu to przez głowę, aczkolwiek od razu wykluczył taką możliwość. Nie potrafiłby zostawić Belzebuba w takim stanie, nie potrafiłby sobie odmówić bliskości, tym bardziej, że... Więcej pewnie nie byłoby dane im się spotkać. Archanioł spojrzał na demona spod białych niczym śnieg rzęs, w którym czaiła się mieszanina wszelkich uczuć, począwszy od goryczy, a na rezygnacji kończąc.
- Niczego nie rozumiem - powiedział z frustracją, kątem oka obserwując poczynania swego kompana, a następnie wgapił się w sufit. Uriel nie cierpiał braku wiedzy na jakikolwiek temat, nienawidził być niepoinformowanym i doprowadzało go to do takich uczuć jak to. Uciekanie wzrokiem nie trwało długo, gdyż niebawem ponownie zerknął na Władcę Much, ponurym wzrokiem śledząc pochłanianie wcześniej wspomnianego trunku. Na następne słowa czerwonookiego serce Ariaela ponownie przyspieszyło swój rytm, a dłonie zaczęły drżeć delikatnie, kiedy bladoniebieskie tęczówki przesuwały się po sylwetce przyjaciela. Ponownie przyznał, tak otwarcie i bez żadnych ograniczeń. Uriel nie potrafił. Jeszcze. Za to między wierszami?
- Wypominanie sobie swojej odpowiedzi nic by nie dało. Uczucia nie uległyby zmianie. Ani moje, ani Twoje - szepnął cicho, pozwalając domyślić się upadłemu, iż ich uczucia względem siebie były porównywalne. To nie była miłość jednostronna, choć taka relacja byłaby niewątpliwie o wiele łatwiejsza. Białowłosy westchnął cicho, pochylając się i chowając twarz w dłoniach, jakby chciał uciec pod atakiem niechcianych wspomnień. Myślał racjonalniej. Zgadza się, powrócił do swojej formy. W dalszym jednak ciągu miał wrażenie, że coś zostało w nim bezpowrotnie zbudzone i nie ma szans na obumarcie tego "czegoś". Archanioł opuścił dłonie i przegryzł dolną wargę, wpatrując się bezwiednie w swoje smukłe kolana. Co na to wszystko powiedzą Ci z Nieba? Tylko ta kwestia jakimś cudem nie pojawiła się w głowie albinosa, spychana przez kwestie znacznie poważniejsze. Szczerze mówiąc, ani trochę go to nie obchodziło. Lecz Bóg - już tak, mimo że nie sprzeciwiał się związkowi aniołów w Niebiosach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Pią Maj 23, 2014 3:16 pm

Alkohol miał nie rozwiązywać problemów? Hm, w sumie to prawda, nawet sam przyznał to chwilę wcześniej, lecz to nie zmieniało faktu, że to była jedna z tych rzeczy, na które miał teraz niebagatelną ochotę. I to tak, jak od naprawdę bardzo-bardzo-bardzo dawna. Wzruszył ramionami niby to nonszalancko i z lekceważeniem, lecz doskonale było widać, jak sztywne są ruchy napiętych mięśni. Zaśmiał się gorzko, bo nie miał nawet sił na to, by podtrzymywać pozory powagi, bo wszystko wydawało mu się śmieszne. Cholernie śmieszne i całkowicie irracjonalne, absurd sytuacji przerastał go zdecydowanie zbyt mocno, a jedyną rzeczą, którą był w stanie teraz zrobić, to właśnie ten pozbawiony wesołości śmiech.
- A może być gorzej? Co jeszcze mogłoby pójść nie tak, twoim zdaniem, Ariel? –
zapytał i prychnął.
Nie był pewien, co powinien zrobić i samo to rodziło w nim niezdrową frustrację. Już nie wspominając o szalejących emocjach, które nie potrafiły się uspokoić. Chciał podejść. Chciał dotknąć Ariela, tak po prostu, ale jednocześnie doskonale wiedział, że nie może. Nawet nie wiedział, jak na to by zareagował – nie tylko archanioł, ale i on sam. Ostatecznie nigdy nie przeżywał czegoś takiego, nie miał okazji. Ha, nawet nie chciał! Miłość wydawała mu się głupia i tyle, na same wzmianki o niej uśmiechał się uprzejmie, a w duchu przewracał oczami i chciał temat jak najszybciej skończyć. Nie pozwalała myśleć, organizm wariował… po co komukolwiek coś takiego? Uważał tak do tej pory, ale ot, złapał kawałek swoich wspomnień i już. Tyle wystarczyło, nie potrzebował niczego więcej. I to niby było normalne?
- To jest nas dwóch – skwitował to krótko, zerkając w bok na siedzącego nieopodal Ariaela. Wystarczyłoby wyciągnąć dłoń i… nie, stop. Wiesz, że nie możesz. Zacisnął mocniej palce na butelce i delikatnie nią zakręcił wprawiając w ruch trunek w środku. Musiał zająć czymś ręce. Po prostu musiał, bo wydawało mu się, że zaraz zaczną robić to, co im się rzewnie podoba, a to pewnie byłoby wysoce nie na miejscu. A na pewno nie na takim.
Wbił wzrok w podłogę. Wiedział, jak wygląda ta sytuacja, ale za nic nie potrafił spojrzeć na nią do końca obiektywnie. Nie umiał, mimo że chciał i starał się to zrobić. Wtedy zdecydowanie łatwiej byłoby znaleźć właściwe rozwiązanie, odpowiednio satysfakcjonujące dla obu stron i jednocześnie spełniające jako takie wymogi, które panowały po obu stronach. Czy takie w ogóle istniało?
- Co z tym zrobimy? Coś trzeba – oznajmił po chwili bolesnej ciszy. Bał się odpowiedzi, jak diabli. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz obawiał się czegoś aż do tego stopnia, jak teraz. Ale Belzebub martwił się tym tylko i wyłącznie odnośnie siebie oraz wpływu na niego samego. Daleko w nosie miał zdanie reszty Piekła z Lucyferem na czele, co o tym w ogóle sądzą. To był jego problem i ani myślał, żeby mieszać do tego kogokolwiek innego. Musieli sobie z tym poradzić sami, prawda? Rozważyć opcje, wybrać najlepszą – albo po prostu tak zwane „mniejsze zło". Wyjście, które po prostu wyrządzi jak najmniejsze szkody i... i nie będzie bolało aż tak bardzo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł


Fabularnie : Złączony z nim wspólną przeszłością, Inu.
Liczba postów : 97
Join date : 04/04/2014

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Pią Maj 23, 2014 9:44 pm

- Mogłoby... - zaczął, lecz urwał wpół zdania, wahając się nad odpowiedzią, której tak na dobrą sprawę nie posiadał. Zaskakujące, do jakiego stopnia zdarzenie między Belzebubem a Ariaelem sprawiło temu ostatniemu niepowodzenie w planach, które pragnął zrealizować. Jeszcze pół milenia temu oddałby wszystko, by demonowi wróciły wspomnienia, a uczucie między nimi odżyło na nowo. Lecz teraz? Po czasie, w którym zdążył oswoić się z bólem i cierpieniem na myśl o złamanym sercu, samo patrzenie na upadłego rodziło w nim mieszankę wybuchową uczuć, wrażeń i emocji. Wydawało mu się, że może wymyślić jakąkolwiek odpowiedź, nawet jeśli nieprzemyślaną, ale gdy spojrzał na swego towarzysza... Odebrano mu mowę. Zamknął więc szybko usta i nie dokończył zdania, odwracając wzrok. Musiał się z Belzebubem zgodzić. Przynajmniej na razie.
- Uważam, że tymczasowo powinniśmy porzucić temat. I tak nic nie wskóramy. Zamiast tego myślę, że powinniśmy albo rozstać się i ochłonąć, albo wypić jeszcze po lampce wina - odparł tylko cicho, jednocześnie zawarłszy w swej wypowiedzi odpowiedź na następne pytanie. Ariael zatem wciąż siedział na swoim miejscu, wpatrując się pustym wzrokiem w przestrzeń. Nim zdążył się zorientować, po burzy, która chwilowo stłamsiła jego serce i duszę, nastąpiła charakterystyczna obojętność. Nie czuł nic. Tak, jakby nagle wyjęto baterie ze starego, zawodzącego radia. Cisza.
Bał się spojrzeć na mężczyznę, zmierzyć z nim spojrzeniem i ujrzeć to, co widział już wcześniej. Obawiał się, że jego pragnienia powrócą, a uczucia razem z nimi. Mimo wszystko nie można było go określić mianem masochisty - zachowywał racjonalność i umiar w tym, co robił. Czasem jednak występowały paradoksy, a im Uriel nie potrafił się oprzeć. Ba, był niemal pewien, że gdyby tylko jakimś cudem zwrócono jego spojrzenie na ciemnowłosego, pocałowałby go. Pocałował, pogłaskał po policzku, cokolwiek. Jego stan osiągnąłby wówczas apogeum niestabilności, nie będąc w stanie oprzeć się nawet najmniejszym odruchom lub impulsom. Nastąpiłby koniec, zapadnięcie klamki.
Blade dłonie zacisnęły się wokół siebie, tworząc pewny i mocny do tego stopnia uścisk, że jego kłykcie u dłoni zbielały jeszcze bardziej, przybierając barwę kości słoniowej. Więc to jednak prawda. Miłość to nie wiado­mo co, przychodzące nie wiado­mo skąd i nie wiado­mo jak, i spra­wiające ból nie wiado­mo dlaczego. Teraz był w stanie potwierdzić to po raz drugi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Pią Maj 23, 2014 10:36 pm

Mogłoby? Ale co niby miałoby się jeszcze stać? Cóż, Belzebub jakimś cudem stawiał obudzenie się tych wszystkich uczuć na piedestale katastrof i rzeczy, które mogłyby cholernie bardzo zaszkodzić. I to im obu. Bo on, teraz, nie potrafiłby chyba tak po prostu się tego… wyrzec. Do diabła, jak silnie Lucyfer musiał zaszczepić w nim myśl o buncie, skoro poszedł za nim i jego ideami, zostawiając za swoimi plecami Ariaela! Tak po prostu. Przynajmniej tak uważał teraz – bo ostatecznie wciąż wspomnień z samego Upadku i wszystkiego, co było z nim związane, nie miał. Teraz nawet nie był do końca pewien, czy aby na pewno chce je mieć. Wcześniej wydawało mu się, że bez swojej przeszłości jest takim byle kim, istotą niepełną i nie do końca wartościową. Jakby był zepsuty. Teraz… teraz wszystko uległo diametralnej zmianie. Skomplikowało się. Zmieniło to proste i łatwe życie pełne zabawy oraz pozbawione zobowiązań w coś o wiele trudniejszego, gdzie do głosu dochodziły takie zapomniane rzeczy jak „uczucia”. I to te prawdziwe, które paraliżowały zmysły i zapewniały oszołomienie.
Mimowolnie zesztywniał po słowach anioła. Rozstać się? Teraz? Nie, nie chciał. Z drugiej strony zostawać tutaj też nie chciał, bo niewiedza na temat ewentualnej przyszłości i jej skutków przerażała go potwornie. Ale i tak wizja odejścia do niego nie przemawiała. Prawdę mówiąc, to był niemalże całkowicie pewien, że gdyby wrócił do domu, do Piekła, ta chwilowa stabilność by zniknęła jak za dotknięciem magicznej różdżki. Rozsypałby się przez tę niepewność i kotłujące się emocje. Przecież Belzebub wcale się nie uspokoił! Sprawiał wrażenie względnie spokojnego, ale to i tak były pozory. Nauczył się tego. Kłamstwo i udawanie były jego światem i życiem, niemal w całości.
Przez chwilę wpatrywał się w butelkę wina, na której tak kurczowo zaciskał palce. Podniósł ją do ust i napił się jeszcze raz. Powoli, by przypadkiem dłonie mu nie zadrżały, odstawił ją na bok i otworzył przed sobą małe wrota. Po raz kolejny – prowadzące do stojaka z winem. Teraz nawet nie zwracał uwagi na to, co bierze. Ot, złapał pierwszą lepszą i ją wyciągnął. Kafarka. Znów. Och, czyli jednak wybrał barek, a nie piwnicę? Było źle, skoro nawet nad bramą nie potrafił zapanować i ustabilizować myśli dość mocno. Sięgnął po oba kieliszki i powoli nalał do nich wina, skupiając całą uwagę na tej czynności, byleby nie spojrzeć na Ariela, mimo że zdawał się przyciągać wzrok jak magnez.
Musiał to jakoś ignorować, bo tak łatwiej przychodziła mu kontrola nad sobą. Odstawił szklaną karafkę na bok i wyciągnął dłoń z jednym kieliszkiem w stronę anioła.
- Wciąż jestem za winem – oznajmił względnie spokojnym i niewzruszonym tonem, chociaż szkarłatne oczy – które w końcu i tak zwrócił w kierunku Uriela – po prostu płonęły żywym ogniem, całkowicie zdradzając brak tego pozornego spokoju wewnątrz. Nigdy wcześniej nie chciał kogokolwiek tak bardzo. Czy to mieściło się w ogóle w granicach jakiejkolwiek normy? Gdzieś tam wewnątrz, gdzie nie sięgał myślami, dziwił się sam sobie, że niczego nie zrobił i nie posunął się o wiele dalej. Przynajmniej: jeszcze. Teraz chyba nawet zwykły kontakt wzrokowy byłby jak zdalny zapalnik. I wtedy, Belzebub był tego absolutnie pewien, całkowicie zignorowałby wszystkie bariery, które uparcie stawiała logika i racjonalne myślenie. Przeszedłby je szturmem, bez względu na to, co miałoby być później.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł


Fabularnie : Złączony z nim wspólną przeszłością, Inu.
Liczba postów : 97
Join date : 04/04/2014

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Sob Maj 24, 2014 10:04 pm

Uriel, mimo całej goryczy i żalu, które zrodziły się w jego sercu już dawno, a teraz ponownie odżyły, nie traktował zaistniałej sytuacji jako katastrofy. Uważał, co prawda, że byli w jednym z gorszych położeń, jakie mógłby sprawić im los, lecz anielska część, która funkcjonowała w nim jako skupisko nadziei i pozytywnych wizji, nie pozwalała mu w siebie zwątpić. Zawsze istniał wybór, a każdy był lepszy od tkwienia w martwym punkcie. Czasami, musiał przyznać to w myślach Belzebubowi, trzeba było wybrać mniejsze zło, a innej opcji po prostu nie było.
Anioł siedział wyprostowany niczym struna, nie spuszczając wzroku z nieznanego nikomu poza nim punktu przed sobą. Był niewzruszony, a jego postawa przypominała nie człowieka, a rzeźbę jednego z greckich bogów. Beznamiętność - to jedno słowo charakteryzowało jego zewnętrzną skorupę tak, jakby była jej nieodłącznym elementem. A wnętrze? Białowłosy za wszelką scenę starał się zdusić w sobie wszelkie zwiastuny nadchodzących uczuć, wiedząc, co mogą wywołać. Chwila nieuwagi, a najprawdopodobniej skończyłby w objęciach Belzebuba. Tylko że... Ścisnął dłonie mocniej, przenosząc wzrok na uwidaczniające się na nadgarstkach jasnoniebieskie żyły. Pulsowały pod nimi liczne wspomnienia i troski minionych lat, wyrzeczenia oraz tęsknota, a albinos... Widział to wszystko tuż przed oczyma, za niemą zgodą przyjmując do swojej świadomości rzeczy, przed którymi rozsądek starał się go ochronić. Nie. Nie mógł się dłużej powstrzymywać. Przełknął głośno ślinę, po czym uniósł powoli wzrok, spoglądając na Belzebuba. Nagle, jakby piorun z nagłego nieba, ogarnęło go dawno zapomniane uczucie, które nakazywało mu zbliżyć się do demona i... Chociaż ten jeden raz...
Cherubin przysunął się do mężczyzny, ignorując kieliszek w jego dłoni, i znienacka wpił się w jego wargi. Nie był to pocałunek namiętności, a dawno zapomnianej tęsknoty, która teraz kontrolowała każdy jego ruch. Czułość, rozpacz, miłość - blade usta anioła poruszały się w rytm tych trzech słów, po czym oderwały się, pozostając w delikatnym rozchyleniu. Palec Uriela powędrował do ust demona, a wzrok spoczął na jego tęczówkach, dopatrując się w nich tych wszystkich emocji, które i on miał okazję przeżywać. Wiedział, czego dokonał. Wiedział, że prawdopodobnie był to ostatni raz, kiedy mieli ze sobą tak bliski kontakt. Oddech Ariaela przybrał nienaturalne tempo, a dotyk jednego palca przemienił w dotyk całej dłoni, która przesunęła się na jego policzek i musnęła tak delikatnie, jakby całość miała pod wpływem chwili przemienić się w popiół.
- Alkohol jest mostem, ale nie drogą - zacytował cicho, nie odsuwając się. Zrobił to dopiero po pewnym czasie, bez pytania odbierając od mężczyzny naczynie z alkoholem. Pogrążył się, poniósł tej jednej chwili, po raz kolejny zrobił coś nie według 'planu', lecz nie żałował. Był to epilog całej sytuacji, jaka miała wcześniej między nimi miejsce. Koniec końca. Dawała nadzieję - owszem, lecz jednocześnie zrodziła w sercu żal i smutek na myśl, że najpewniej okaże się ona złudna. Myślał, że po pocałunku poczuje się choć w pewnym stopniu wolny. O Boska Istoto, cóż za naiwność! Teraz całe jego ciało pragnęło owej bliskości, którą zaznał jeszcze chwilę temu, co nieznośnie kolidowało z ciągłą odmową ze strony woli Ariaela. Lekko drżącymi dłońmi uniósł kieliszek do ust i upił nieznaczny łyk, tym razem ani myśląc o jakimkolwiek rozkoszowaniu się kwintesencją smaku. Wciąż czuł dotyk warg Belzebuba na swoich... A oczy unikały zrównania z nim spojrzeniem, jakby miało ono przynieść ze sobą kolejne tego typu na pozór niechciane wypadki. - Wybacz.
Rzucił tylko, skurczywszy nogi i objąwszy je wolnym ramieniem. Wewnątrz wciąż czuł palące uczucie, które zdawało się go nie opuszczać od chwili pocałunku. I pomyśleć, że to on, racjonalny i wiecznie zrównoważony Lew Boży sam dopuścił się takiego nieprzemyślanego ruchu. Mimo swoich wcześniejszych słów. Przegryzł delikatnie dolną wargę, marszcząc brwi.
Wciąż myślał. Wciąż odczuwał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Nie Maj 25, 2014 11:44 pm

Z kolei dla Belzebuba to była katastrofa. Wielka, ogromna i na dodatek taka, której za nic nie potrafił powstrzymać czy nawet jakoś umniejszyć. Było na to definitywnie zbyt późno. Zresztą, dla każdego szanującego się mieszkańca Piekieł takie… uczucia były przymiotami istot słabych i podatnych na innych. Tak uważał do tej pory, przecież nie miało prawa nawet być inaczej! Taka miłość chociażby sprawiała, że człowiek stawał się tak śmiesznie bezradny i nie wiedział, co właściwie zrobić. I jak. Ani dlaczego. Ogólnie znajdował się w kropce i nie miał najmniejszego pojęcia, w której. To po prostu koszmarnie go przerażało i paraliżowało wewnętrznie. Demony nie powinny czuć! Powinny być beznamiętne, groźne i złe! Żadnych rozterek, żadnych wyższych emocji, tylko chęć niszczenia wszystkiego na swojej drodze! Tak, chciałoby się. Władca Much w tej chwili bardzo chciał, aby tak właśnie wyglądał stan rzeczy i jednocześnie nie życzył sobie tego z całego serca. Cóż, w tej chwili serce i umysł przeżywały bardzo potężny konflikt, którego rozwiązania nie widział.
Zorientował się może o sekundę za późno, żeby mieć czas opanować panikę i jakoś zareagować. Nie spodziewał się, że Ariael go pocałuje. Nie po tym, gdy siedział obok niewzruszony i znów – przynajmniej tak mogło się wydawać – opanowany całkowicie. Wydawał się być tylko trochę spięty, może nawet zażenowany przez przebieg tej sytuacji… miał przecież znacznie więcej czasu, żeby się z tym wszystkim pogodzić. Belzebub nie. Dla niego to wszystko było czymś całkowicie nowym, ledwo poznanym! A ten pocałunek był w jego mniemaniu pierwszym. W pierwszej chwili dłoń na kieliszku zacisnęła się mocno, a serce z miejsca przyśpieszyło. Ha, zaczęło bić tak szybko i z taką siłą, jakby za wszelką cenę chciało zmielić żebra na proch. Demonowi wydawało się, że nagle zapłonęły te sławetne ognie, które miały wysłać wszystkich jemu podobnych w nicość, bo tak wielki żar to w nim obudziło. Niby coś tak prostego, co ludzie robią właściwie na co dzień, taki zwyczajny gest… a w jednej chwili całkowicie zburzył nawet tę zewnętrzną równowagę, której pozory starał się podtrzymywać. Wszystko prysnęło przez jeden krótki dotyk anioła. Nic nigdy wcześniej nie działało na niego w ten sposób. Może to udawało się tylko z kimś, kogo się kochało?
Gdyby nie to, że Ariel to przerwał i dodatkowo położył palec na jego ustach, Belzebub po prostu posunąłby się dalej. Znacznie dalej. Właściwie to pewnie potłukłby znowu te kieliszki, albo zwyczajnie rzucił je na podłogę, byleby mieć wolne ręce. Ale ten palec na jego ustach stanowił swoistą granicę w tamtej chwili. Którą i tak w jakiś sposób naruszył, całując go delikatnie. Trochę inna forma pocałunku w dłoń, można tak powiedzieć.
- Mostem dokąd? – zapytał, również przyciszonym głosem. Dotyk na policzku przyprawiał go o mrowienie i nigdy nie wydawało mu się, że cokolwiek może być tak gorące i wspaniałe jednocześnie. I to niby nie było głupie, że tracił właściwie głowę z powodu dłoni na swojej twarzy?!
Władca Much nie wiedział, co właściwie powinno być gorsze. Świadomość, że to wszystko nie ma prawa istnienia, czy ten zalążek nadziei, który ulokował się na samym skraju mózgu. Nadzieja z zasady boli, przyprawia o ogromne rozczarowania – Belzebub wiedział o tym, lecz nie miał do tej pory skosztować tego uczucia na własnej skórze. Wcześniej nie stał w obliczu czegoś, czego po prostu nie mógł mieć dla własnego kaprysu. W każdej chwili i na wyciągnięcie ręki. Ha, mało tego – spotkał się z sytuacją, w której najzwyczajniej w świecie nie miał prawa do czegokolwiek. Bo, przynajmniej teoretycznie, nie powinna nawet mieć miejsca.
- Nie zamierzam ci niczego wybaczać – oznajmił powoli, mocno zaciskając dłoń na swoim kieliszku. Uniósł go do ust i napił się, chociaż nie interesował go smak trunku, schodził zdecydowanie na dalszy plan. Do diabła, po prostu chciał w ten sposób zadusić w siebie beznadziejną potrzebę ponownego dotyku i w podobny sposób zabić tymczasowo wspomnienie o poprzednim. Założył nogę na nogę, starając się wyglądać na piekielnie nie poruszonego całą sytuacją i oparł się wolną ręką o skrzynię. – Nie mam czego – dodał po chwili i zwrócił wzrok ze swojego kieliszka na Ariela. Delikatnie odstawił szkło na bok i przejechał palcami po czole. I zanim zdążył w ogóle pomyśleć, jak bardzo jest to bezsensowne i że w zasadzie po prostu nie powinien w ogóle robić czegoś takiego, wyciągnął dłoń, by stanowczo – lecz, oczywiście, wciąż z delikatnością, jakby w ręku trzymał kryształową, cieniutką figurkę – położyć ją na policzku archanioła i odwrócić jego twarz w swoją stronę. Wciąż bezmyślnie, pod wpływem naprawdę krótkiego impulsu i tej piekącej potrzeby, przybliżył się momentalnie i go pocałował.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł


Fabularnie : Złączony z nim wspólną przeszłością, Inu.
Liczba postów : 97
Join date : 04/04/2014

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Pon Maj 26, 2014 8:28 pm

Prawdę rzekłszy, w życiu Uriela nigdy nie pojawił się wystarczający dowód na to, by demony potrafiły odczuwać emocje pozytywne, nawet jeśli kiedyś ich istota była boska i nieskazitelna. Wierzył, co prawda, w możliwość powstania w diabelskim sercu uczuć na kształt pożądania, ale nie przypuszczał, że będzie im dane zasmakować czegoś tak niezwykłego i głębokiego jak... miłość. Właśnie z powodu tego przekonania nigdy nie łudził się nadzieją, że Belzebub kiedykolwiek odzyska uczucia, jakimi do niego pałał przed Upadkiem. Wspomnienia - tak, ale miłość? Cherubin, mimo swej anielskiej natury, nie był naiwny. Aż do tej chwili, kiedy wszystkie jego nabyte umiejętności chłodnej analizy sytuacji i wszelkich innych pseudo-podejść uległy całkowitej degradacji. A anioły? Czy potrafiły się komuś oddać? Doświadczył tego na własnej skórze, dlatego miał już przygotowaną odpowiedź, choć wciąż nie potrafił dociec, dlaczego. W założeniach Stwórcy nie była chyba przewidziana opcja, by jeden z jego sług zakochał się w drugim, na dodatek z wzajemnością. Ta kwestia była tematem odwiecznych rozterek Ariaela, które zawsze kończyły się w martwym punkcie, pozostawiając ją w dalszym ciągu nienaruszoną.
Widząc uczucia Władcy Much wymalowane na jego oczach z doskonałością godną Boskiej Zdolności, anioł uśmiechnął się delikatnie. Czuł dokładnie to samo, co przed laty. I widział, WIEDZIAŁ, że nie tylko on był w tym momencie masą oderwanych częściowo od siebie wrażeń. Nawet jeśli demon był przekonany o tym, że w takich chwilach jego aktorstwo wciąż podpinało się pod mistrzostwo, mimika i gesty zdradzały go bardziej, niźli mu się wydawało. Sam Ariael, mimo że świadom rozpadu skorupy niedostępności, która go otaczała zaledwie chwilę wcześniej, nie ukrywał uwyraźniających się wzdłuż całej jego postaci uczuć. Emocje targały nim jak szmacianą lalką, pragnąc silniejszych doznań, dotyku, bliskości, prawie odwodząc go od odsunięcia się, pomysłu, który i tak w końcu wcielił w życie. Nie bez bólu.
- Mostem do kolejnych problemów - odparł cicho.
Siedząc teraz na swoim uprzednim miejscu, spoglądał z pustym wzrokiem na dłoń, która przedtem musnęła policzka towarzysza. Zacisnęła się w pięść, a z ust Uriela wydobyło się ciche westchnięcie. Pustka. Oto, co odczuwał, nie będąc w kontakcie ze skórą Belzebuba. Pozycja embrionalna dawała mu choć minimalną część izolacji i ukrycia swej prawdziwej tożsamości na tyle, ile było to możliwe. Mimo to gdy usłyszał słowa mężczyzny, anioł zakołysał delikatnie naczyniem i odłożył je na swoje miejsce, nie będąc w stanie ukryć ciągłego drżenia obu rąk.
- Zdajesz sobie sprawę, jak wiele by to ułatwiło? - zapytał retorycznie z nutką goryczy. Jego oczy były przesycone tęsknotą; celowo unikał spojrzenia Belzebuba. A teraz został do tego zmuszony. Bezsprzecznie. Nawet jeśli jego rozum podpowiadał mu szybką reakcję, to ciało odmawiało posłuszeństwa, pozostając w nagłym paraliżu. W końcu niebieskie tęczówki zrównały się ze szkarłatnymi. Każdy mięsień Ariaela napiął się, a kiedy usta ogarnął znajomy dotyk, wszystkie zostały jakby... przeszyte strużką palącego gorąca. Puls Ariaela przyspieszył. Nagle, zupełnie nieświadomie, albinos uniósł prawą dłoń i przeczesał nią ciemne, aksamitne jak zawsze w dotyku włosy, przyciągając do siebie jeszcze bardziej.
Odwzajemnił to. I nie miał zamiaru skończyć.
W przerwie między pocałunkami wziął głęboki wdech i wpatrzył się w oczy upadłego. Po raz kolejny uświadomił sobie konsekwencje swoich czynów, a jednocześnie miłość, która mimo starań nigdy nie wygasła. Nie czekając na żaden ruch z jego strony, ponownie przyciągnął go do siebie i desperacko wpił w jego wargi, jakby dano mu coś, z czego należało czerpać pełnymi garściami, póki istniało. I tak zresztą było.
Na karku Belzebuba spoczywała już nie jedna dłoń, a dwie. W końcu Uriel odsunął się, odsłaniając delikatnie zaczerwienione wargi ich obu. Anioł oddychał jak po ciężkim biegu, aż w końcu w kąciku jego oczu zalśniła jedna, pojedyncza łza.
- Nie potrafię się powstrzymywać, rozumiesz? Nie potrafię - szepnął, błądząc wzrokiem po twarzy demona, jakby widział go po raz ostatni. Ponownie, gestem takim samym jak wcześniej, uniósł dłoń i pogładził jej zewnętrzną stroną policzek mężczyzny. - To nigdy się nie uda. Ten cały plan z zapomnieniem. Nie dla mnie.
Łza opadła na nogawkę spodni, pozostawiając ledwo zauważalną mokrą plamę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Pon Maj 26, 2014 10:36 pm

Belzebub zawsze myślał – to znaczy po Upadku – że aniołowie nie potrafią kochać w sposób romantyczny. Że zostały stworzone, by kochać tylko platonicznie i to na dodatek absolutnie wszystko. Ziemię, ludzi, samych siebie. Nie przypuszczał, że Bóg pozwoliłby swoim oddanym sługom na tak subiektywne spojrzenie na cały świat. W końcu na tym właśnie się to opierało, prawda? Każda istota zarażona miłością zaczynała patrzeć inaczej, wszystko zaczynało kręcić się wokół tej drugiej osoby, którą darzyło się uczuciem. Przecież zabijano w imię miłości, niszczono i dopuszczano się wszelkich występków. Niby takie wspaniałe uczucie, a jak pięknie potrafiło niszczyć.
Demon stracił już tę pewność siebie, był w rozsypce absolutnej. Ot, zmienił się w prawdziwą demoniczną galaretkę w proszku, wystarczyłoby go tylko wrzątkiem zalać i już. Doskonale zdawał sobie sprawę, jak bardzo było widać po nim to wszystko, co normalnie zapewne starałby się ukryć ze wszystkich sił. Ale nie potrafił. Może nawet nie chciał, podświadomie bojąc się, że to może zranić Ariela. Wiedział, że na pewno nie chce go ranić. W żaden, cholera jasna, sposób, bo równie dobrze mógłby zrobić coś sam sobie. Co za absurd. Książę Piekła martwiący się o to, że może skrzywdzić w jakiś sposób archanioła, Lwa Bożego. Czy to nie było absurdalne? Było. I z tym również zdołał się już zaznajomić, być może nawet w pewnym sensie się do tego przyzwyczaić.
Mostem do kolejnych problemów? Władca Much westchnął ciężko i powoli pokręcił głową. Teraz po raz kolejny starał się nad sobą zapanować, stłumić emocje, bezlitośnie zgasić pożar w sercu. Tylko że nie potrafił. Nikt go nigdy nie uczył, jak walczyć z uczuciami, bo teoretycznie nie było to potrzebne do niczego. Sam też nawet się nad tym nie zastanawiał na przestrzeni tych wszystkich lat – bo i po co, skoro wcale nie zamierzał się w kimkolwiek zakochiwać? Cóż, może nigdy mu się to nie udało z prostego powodu, że już kogoś kochał i najzwyczajniej w świecie nie umiał nikogo innego?
- Albo ich rozwiązań. To zależy – powiedział cicho, lecz ponownie próby udawania spokoju mu nie wyszły, bo głos mu przy tym zadrżał. Szlag by z tym.
Ułatwiłoby, to prawda. Nawet Belzebub nie umiał temu zaprzeczyć, ale wcale nie zamierzał przytakiwać. Wzruszył bezradnie ramionami, nie mówiąc niczego z obawy, że ton po raz kolejny go zdradzi i tyle wyjdzie z tych jego wysublimowanych kłamstewek. Ha, w tej chwili właściwie niemal zapomniał, jak się kłamie i udaje kogoś, kim się nie jest. Czuł się przez to odsłonięty, zdany na cudzą łaskę, chociaż z drugiej strony wcale mu nie przeszkadzało, że tym kimś, przed kim obnażył się emocjonalnie, jest Ariael. Ani trochę, mimo że pewnie ten fakt powinien napawać go złością na swoją słabość. Przecież był wrogiem, tak? Ale kto powiedział, że wroga nie wolno sobie kochać?
Przestał myśleć. Ba, nawet tego nie chciał, bo to mogłoby zburzyć tę chwilę, czego sobie nie życzył. Panika zniknęła jak za dotknięciem magicznej różdżki, chociaż ogień rozchodzący się od ust po całym ciele bynajmniej nie zelżał. Przybrał na sile, ale demon z ręką na sercu – o ile tym istotom można w ogóle ufać – mógł przyznać, że nigdy w życiu nie czuł się pewniej i lepiej. Wspomnienia wymieszały się z teraźniejszością, przez co nabrał pewności, że chyba nigdy nie robił niczego innego niż całowanie Ariela.
Zamruczał gardłowo, kiedy anioł przeczesał palcami jego włosy i przyciągnął go bliżej. Nigdy w życiu nie próbowałby się nawet opierać. Z tą drobną różnicą, że jego absolutnie nie obchodziło konsekwencje. Teraz. Absolutnie o nich nie myślał, bo po co się tym męczyć? W takiej chwili? Wolną ręką objął anioła w pasie, nie potrafiąc sobie tego odmówić. Zresztą, zrobił to po części instynktownie, jakby miał ten ruch wyćwiczony na pamięć, ale dopiero teraz coś kazało mu to zrobić. Drugą dłoń bardzo powoli i ospale przesunął z policzka na plecy, przejeżdżając leniwie po klatce piersiowej Ariela. Przyciągnął go do siebie jeszcze bardziej, jednocześnie samemu się przysuwając. Nie chciał, aby pozostawał choć najmniejszy dystans między nimi.
Złapał oddech dopiero wtedy, kiedy cherubin się odsunął. Początkowo myślał, że znów złapie go ta panika, ale wcale nie wróciła. Spoglądał na Ariaela spod rzęs, zatrzymując wzrok dłużej na tej pojedynczej łzie. Śledził jej ruch, jak delikatnie spływała po policzku i przez chwilę chciał ją zetrzeć, ale nie zdążył, bo spadła. Zamiast tego zacisnął mocniej palce na ciele anioła.
- Nie musisz – odpowiedział, tym razem już naprawdę spokojny. Wściekły płomień w oczach wcale nie przygasł, ale zmienił się w lawę. Bardziej stabilną, pewniejszą. Przekrzywił głowę w stronę dłoni, która gładziła jego policzek. – Tym lepiej. Wcale nie chcę, żebyś zapominał. Nie teraz. Właściwie to najlepiej nigdy.
Tylko co dalej? Belzebub wiedział, że dalej musi coś być. Ale umysł podpowiadał mu tylko zdecydowanie najbardziej absurdalne i najgłupsze rozwiązanie z możliwych. Na dodatek cholernie ryzykowne i wciąż nie był pewien, czy aby na pewno są w stanie porywać się na coś takiego.
- Co teraz, Ariel? Czego ty chcesz? - zapytał, wciąż wpatrując się w mężczyznę, ale teraz całkowicie otwarcie i już nie zza kurtyny rzęs. Musiał wiedzieć. Nie chciał się domyślać, chciał wiedzieć na pewno, mieć przed sobą fakty. Wtedy o wiele łatwiej byłoby podjąć decyzję. Na dodatek nie chciał zmuszać go do czegokolwiek. Do diabła, kochanie kogoś to strasznie ciężkie zajęcie. Zwłaszcza dla kogoś, kto do tej pory nie za bardzo przejmował się zdaniem czy opinią innych.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł


Fabularnie : Złączony z nim wspólną przeszłością, Inu.
Liczba postów : 97
Join date : 04/04/2014

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Wto Maj 27, 2014 7:02 pm

...jak widać, potrafiły. Czy może należałoby powiedzieć, że cherubin potrafił? Och, niewątpliwie był zdolny do kochania całą swoją duszą, sercem, ciałem i umysłem, skoro samo spojrzenie na Belzebuba wywoływało u niego dreszcz emocji, który nie świadczył o miłości platonicznej, lecz uczuciu do owej konkretnej osoby. Wówczas wystarczyło rzucić na niego okiem, by zauważyć, że skóra na twarzy anioła wydaje się delikatnie zarumieniona, ciało, w szczególności ręce, drżały lekko, a oczy szkliły się blaskiem silnych doznań. Sam, mimo że należał do istot boskich o największej wiedzy, nie potrafił opisać tego specyficznego uczucia. Nie wiedział, dlaczego, nie wiedział, skąd. Po rozstaniu z Belzebubem, zdawałoby się, że na zawsze, te pytania przybierały w jego umyśle desperacki i pełen rozpaczy wydźwięk. W końcu po co miałoby mu zależeć na osobie, która nie potrafiła tego odwzajemnić?
Tego również nie wiedział.
Więc po kiego licha obdarowano Uriela umiejętnością tak silnego uczucia? Belzebub miał rację - miłość miała zarówno odsłonę piękną, jak i niosącą niebotyczną ilość zagrożeń. W głowie anioła pojawiała się ogromna pustka w próbie dopatrzenia się motywów Stwórcy, których mimo lojalności i zrozumienia Pana nie udało mu się poznać.
- Jeśli ktoś sięga po alkohol to, paradoksalnie, nie widzi już żadnych rozwiązań. One przychodzą z czasem, a nie pod wpływem trunku. Ów napój służy załagodzeniu, chwilowemu emocjonalnemu zobojętnieniu. Przynajmniej dla ludzi - szepnął. Istotnie, powyższa metoda miała zastosowanie głównie wśród gatunku ludzkiego, być może i upadłych. On sam nie widział sensu w podobnym postępowaniu, lecz... może gdzieś w głębi jakiś był? Gdyby się porządnie zastanowić, każde, pozornie idiotyczne działanie, miało jakiś cel. Nawet jeśli w ogólnym rozrachunku okazał się on albo nieosiągalny, albo nie wart swej ceny, albo - faktycznie - głupi.
Nie był to jednak czas na tego typu dywagacje. Czas odmierzał swe jednostki swoją własną miarą, pędząc do przodu w nieubłaganym tempie i niosąc nierzadko ponure konsekwencje. Anioł nie widział zbyt dobrze, co prawda, obecnej postawy Belzebuba, acz kątem oka zauważył jej namiastkę. W jednej chwili zapragnął go pocieszyć i wziąć w swoje ramiona, a w drugiej odczuł nieunikniony, wywołujący nieprzyjemne wrażenie smutek. Wyglądało na to, że nie tylko białowłosy cierpiał przez swoje wewnętrzne rozterki. Nie tylko on przeżywał ogrom bólu, kiedy przemawiały do niego dwie skrajne teorie, jedna za a druga przeciw, gdy serce kolidowało z rozumem. Przytłaczająca odległość zmuszająca do rozmyślań nie trwała jednak długo, bo gdy albinos zajął swoje miejsce w objęciu Księcia Piekieł, momentalnie zniknęła. Wnet poczuł to upragnione uniesienie, z kolei niechciane myśli ustąpiły miejsca mieszaninie tęsknoty i potrzeby bliskości, które szturmem wydostały się z jego wnętrza. Ariaela jakoś ominęła chwila, kiedy jego ciało przylgnęło do Belzebuba całą swoją siłą, a dłonie zaczęły przesuwać niemal eterycznie po skórze mężczyzny, badając ostrożnie jej strukturę przez koszulkę. Nie można było tego powiedzieć o sercu cherubina, które miażdżyło żebra swoim tubalnym biciem, i ciele palonym pod wpływem dotyku żywym ogniem. Z czasem jednak ruchy anioła nabrały swoistej pewności, wciąż były czułe, lecz teraz zdecydowane. Pierwszy raz od dawna był gotów poświęcić wszystko dla tej jednej chwili bliskości, której nie mógł zaznać przez lata. Gdy się odsunął, jego ciało niemal krzyczało o natychmiastowy powrót, lecz... Musiał to powiedzieć. I zrobił to. Mimo że odpowiedź, jaką otrzymał, nie stanowiła odwrotu całej sytuacji. Zdał sobie natomiast sprawę, że nigdy nie będzie w stanie się oprzeć. Z całą pewnością - nigdy.
- Chcę Ciebie - powiedział półgłosem, wciąż wpatrując się w ukochanego tym samym czułym, namiętnym, lecz jednocześnie pełnym żalu spojrzeniem. - Pragnę Ciebie bardziej, niż czegokolwiek w tym Wszechświecie. I to mnie przeraża. Chciałbym... chciałbym ponieść się emocjom i działać impulsywnie. Mieć gdzieś wszelakie konsekwencje. Ale muszę się z nimi liczyć, jestem w końcu Boskim Sługą. Nie jestem jednak pewien, czy zdołam się Tobie oprzeć. Właściwie, to ja nawet... nie chcę.
Przesunął palce, które dotychczas spoczywały na jego policzku, w stronę ust, gładząc obie wargi Belzebuba ich opuszkami. Twarz archanioła odzwierciedlała, czego pragnął, czy raczej kogo. Bladoniebieskie oczy odbijały owe pragnienie niemal namacalnie i dawały jawną odpowiedź, wskazując na demona. Błagam, nie puszczaj mnie nigdy więcej. Rozum wciąż szeptał rozpaczliwie i zapewne słusznie, jakoby nie miało to żadnego sensu i skutki ich działań były zgubne, lecz... Nie. Nie chciał się tym przejmować. Nie teraz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Wto Maj 27, 2014 9:59 pm

Aniołowie potrafili kochać. Demony, jak widać, najwyraźniej również. Ale Belzebuba i tak najbardziej zastanawiała jedna kwestia – jak to było w ogóle możliwe, żeby Sługa Boży, cherubin, który stoi przy Tronie Pańskim mógł kochać jednostkę. I nie miał na myśli tutaj tylko Ariaela, ale jednocześnie samego siebie. Też był cherubinem. Był aniołem, do diabła. Czy nie stanowili dowodu, że jednak w trakcie tworzenia niebiańskich wysłanników, coś musiało pójść nie tak? Tego nie powinno być, skoro mieli służyć wyższemu dobru, a nie skupiać się na pojedynczych podmiotach.
Belzebub wzruszył ramionami. Dla niego alkohol miał być chwilowym odsunięciem się od problemów. Ot, taka krótka zapominajka, że w ogóle istnieją i trzeba coś z nimi jednak zrobić, nawet jeśli nie wie się co. I zaraz, zaraz… załagodzeniu? Fakt faktem, że to bardzo pomagało, jeśli ktoś miał problemy treści emocjonalnej, ale bardziej sprawiało, że wszystko przestawało być ważne. Aż tak ważne przynajmniej, by nie pozwalało skupiać się na czymkolwiek innym. Zabierało spokój, sen i pogodę ducha. Upicie się było bardzo prostą i łatwą ucieczką od tego wszystkiego i już, wtedy świat tak nagle stawał się miejscem o wiele przyjemniejszym i weselszym niż w rzeczywistości, która zwykle nie malowała się w zbyt jaskrawych barwach.
- Lepsze takie rozwiązanie niż żadne – odpowiedział, również szeptem. Nie chciał z jakiegoś powodu podnosić głosu. Może dlatego, że Ariel też tego nie robił? – Na dodatek wszystko by ułatwiło. Ot, raz i by poszło. – Naprawdę tak uważał. Władca Much był po prostu zdania, że w razie kłopotów alkohol jest błogosławieństwem, bo dziwnym trafem pobudzał cały organizm do działa. Co prawda zazwyczaj były to zachowania skrajnie nieprzemyślane, a czasem wręcz głupie, niemniej wciąż zasługiwały na miano działań jakichkolwiek.
Belzebub był boleśnie świadom tego, że czas ucieka. I wcale nie zamierza zatrzymywać się choćby na chwilkę, taką krótką. Nawet gdyby spojrzał za ten wielki witraż, mógłby dojrzeć, że noc zacznie niebawem się kończyć, co pewnie było równoznaczne z opuszczeniem tego miejsca. Tylko że to pewnie miało jednocześnie znaczyć rozstanie, bo nawet Książę Piekła wątpił, by Ariel zgodził się wstąpić na małą wizytę do Piekła. Swoją drogą, czy aniołowie w ogóle to potrafili? Demony za nic nie mogły pojawić się w Niebie, bo z miejsca zostałyby spalone bożym blaskiem, ale co takiego groziło aniołkom po drugiej stronie? Rzecz jasna, nie licząc bardzo prawdopodobnego zeżarcia przez pomniejsze obrzydliwe potwory, które bardzo często złaziły się całą masą i próbowały polować. Wtedy o wiele łatwiejszym łupem stawał się nawet cherubin czy wielki demon.
Westchnął głośno, cały czas kurczowo przyciskając Ariaela do siebie. Delikatnie gładził jego plecy palcami i nie wyobrażał sobie, że teraz zniknął czy najzwyczajniej w świecie sobie poszedł. Za nic! Nie teraz, kiedy zaczęło mu się wydawać, że nie ma nawet jednej lepszej rzeczy. Nie i już. Nie potrafiłby pozwolić, żeby jego ukochany kawałek Nieba przepadł. Nawet z objęć nie chciał go wypuścić, nie wspominając już o takim prawdziwym odejściu! W czasie jakiegokolwiek dotyku z Arielem czuł się pełny. Ba, mógłby nawet powiedzieć, że „szczęśliwy”, gdyby nie wyrzekł się tego stanu ze swojego życia chwilę wcześniej.
Serce, które od pewnej chwili biło w dosyć równym, choć i tak szybkim tempie, teraz znacząco przyśpieszyło. Chcę Ciebie. Rozkoszował się tymi słowami, nigdy by nawet nie przypuszczał, że usłyszenie czegoś takiego wprawi go w tak idiotyczny stan radości. Cholera, wewnątrz cieszył się z tego jak dziecko! Ale pozwolił sobie tylko na delikatny uśmiech samymi kącikami ust, gdy przeniósł dłoń z pleców anioła, by ująć go za dłoń, która pieściła jego usta.
- Masz mnie, chociaż trochę długo zeszło – odpowiedział i przysunął twarz bliżej, by przejechać nosem po policzku Ariela. – Czemu zaraz muszą być jakiekolwiek konsekwencje? – zapytał szeptem, patrząc uważnie na anioła. – Jeśli… nikt się nie dowie, to przecież nic się nie stanie – Sam nie wierzył, że w ogóle to powiedział. Prawdę mówiąc, to nie do końca wierzył, by udało im się utrzymywać coś takiego w sekrecie. Jakoś… po prostu ciężko było mu to sobie wyobrazić, chociaż nie wyobrażał sobie, żeby miał porzucić swoją miłość. Nie. Zwłaszcza teraz, kiedy obejmował ją ramieniem i czuł mocno bijące serce, ciepło… za nic nie chciał tego wszystkiego tak po prostu stracić. – Jakim cudem mogłem pójść za Lucyferem? Po co, skoro miałem wszystko?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł


Fabularnie : Złączony z nim wspólną przeszłością, Inu.
Liczba postów : 97
Join date : 04/04/2014

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Wto Maj 27, 2014 11:59 pm

Czy rozważał kiedyś kwestię, jakoby przy tworzeniu mogło pójść coś nie tak? Nie. Wysnuwał, co prawda, pewne daleko idące teorie, ale nigdy nie dopuszczał istnienia ewentualnych błędów w Bożym Stworzeniu. Przynajmniej jego początku. Jedna z nich była całkiem logiczna, bo choć Uriel nie usłyszał prawdziwej odpowiedzi z ust jednego z serafinów lub Pana, potrafił wyciągnąć odpowiednie wnioski. Jak wiadomo, Bóg to personifikacja miłości, co zapisane jest w samej Biblii, którą kto jak kto, ale Ariael znał z porażającą precyzją. Jego dzieła, stworzone na własne podobieństwo, musiały zatem zawierać to, co Boskie - miłość. Nie był to błąd, a skutek uboczny ukształtowania ludzi i aniołów, które posiadły uczucia wszelkiego pokroju, począwszy na nienawiści, a na umiłowaniu kończąc. Być może dlatego Uriel, kiedy miał do czynienia z Belzebubem, stawał się obcy nawet dla siebie. Nagle przestawały go obchodzić jakiekolwiek konsekwencje własnych czynów, mimo że należał do aniołów nad wyraz racjonalnych, nie działał według żadnego planu. Kierował się impulsami, które odbierał choćby w momencie, kiedy ich skóra stykała się ze sobą, paląc nieznośnie wszystkie naczynia od wewnątrz, przez co puls przyspieszał niepokojąco, a oddech stawał się nieco spazmatyczny. Nawet teraz, gdy siedzieli oddzieleni od siebie w odpowiedniej odległości, anioł czuł delikatny żar zachęcający go do tego, by pokonał owe kilkanaście centymetrów i złączył się z demonem w szczelnym uścisku.
Wypowiedź Władcy Much odnośnie alkoholu pozostawił bez słowa, stwierdzając w końcu, że rozmowa odnośnie jego właściwości tak wprawdzie nie miała prawa niczego zmienić. Wpływ na samopoczucie był u każdego w różnej wielkości, o innych skalach działania, doprowadzający nierzadko do odmiennych skutków. Trudno było uogólnić temat, jeśli nie mówiło się o konkretnym przypadku, czyż nie?
Ariael, jakby na komendę, odwrócił się delikatnie w kierunku szkła oddzielającego ich obu od rozjaśniającego się stopniowo nieba, co zwiastowało pojawienie się świtu. Dotychczas nie dopuszczał do siebie możliwości rozstania, lecz teraz nie miał wyjścia. Choć rozmawiali ze sobą cały wieczór i noc, nie czuł się ani odrobinę zmęczony obecnością ciemnowłosego. Dotąd unikał jego wzroku, ale teraz spojrzał na niego spod przymrużonych powiek, chłonąc widok gry półcieni na twarzy upadłego. Przegryzł dolną wargę, a opalowe oczy zaświeciły nowym blaskiem.
Jedno bicie serca. Cherubin przesunął czule dłoń wzdłuż linii kręgosłupa mężczyzny, zaraz łapiąc go w pasie i pozwalając na nieustający dotyk. Sam wplótł wolną dłoń w jego włosy, bawiąc się nimi i przeczesując raz po raz, jakby oceniając ich długość. Tak jak wtedy, zaledwie parę godzin temu, kiedy pod byle pretekstem chciał ich dotknąć. Uwielbiał tę aksamitną czerń, przez co nawet wówczas nie potrafił sobie tego odmówić.
Spomiędzy nabrzmiałych od pocałunków warg Ariaela wydobyło się ciche sapnięcie, nie świadczące o ich zaprzestaniu, a zmuszające do kontynuacji. Nie pamiętał, by w przeciągu paru mileniów czuł się zdolny doświadczać nawet najmniejszego muśnięcia tak, jakby ktoś uderzył go mocno w klatkę piersiową, powodując bezdech. Teraz, kiedy miał Belzebuba przy sobie, nareszcie mógł powiedzieć, że odnalazł ideał, którego tak poszukiwał. Gdy mężczyzna chwycił jego dłoń, a Uriel ujrzał jego uśmiech, on sam nie mógł powstrzymać się od jego odwzajemnienia. Nawet jeśli w owym wykrzywieniu warg wciąż czaiły się w kącikach drobiny smutku, cherubin nareszcie mógł określić się mianem spełnionego.
- Rzekłbym nawet, że bardzo długo. - Wtulił się w szyję demona twarzą, jakby chciał ją ukryć w obliczu wypowiedzianych słów, jednocześnie obejmując go tak, by spleść dłonie w okolicach lędźwi. - Chciałbym, żeby to było takie proste. Ale myślę, że... Możemy spróbować. Co musi, rzecz jasna, pozostać tylko między nami.
Odparł niepewnie, po czym odsunął się delikatnie tak, by móc zmierzyć się z towarzyszem wzrokiem.
- Widocznie wtedy nie uważałeś tego za wszystko. Tak naprawdę niewiele mi mówiłeś na ten temat. - Na twarzy Ariaela pojawił się odrobinę smutny uśmiech, lecz nie zamierzał tego wydarzenia rozpamiętywać. Na anioła, w końcu mieli szansę być blisko siebie, chociaż trochę! Nie potrafiłby sobie wybaczyć, gdyby po tym wszystkim wciąż gnębił się zdradą na tle racji. Paradoksalnie, tęsknota była gorsza. Zdecydowanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Czw Maj 29, 2014 9:04 pm

Czy to wobec tego znaczyło, że sam Bóg również potrafił oddać się komuś bez reszty? Władca Much miałby wielkie obiekcje co do takiego stwierdzenia. Wydawałaby mu się śmieszne, nieprawdopodobne. Ha, nawet takie zdecydowanie nie na miejscu, jak bardzo kiczowaty żart sytuacyjny, który potrafił wprowadzić wszystkich jedynie w zażenowanie i ewentualnie uprzejmy uśmiech poprzedzany „dmuchnięciem przez nos”, tak zwanym mniejszym śmiechem. Zakochany Bóg. No do cholery, to po czasie przestawało nawet bawić! Dlatego Belzebub był najbliższy do uwierzenia w teorię, że coś poszło cholernie nie tak, skoro dwójka aniołów potrafiła się pokochać. I to jak, nawet mimo Upadku! Poza tym… czy sama rebelia w Niebie nie była swoistym dowodem na wpadkę w procesie tworzenia? Normalnie prosperujący anioł i Boży Sługa nie powinien mieć takich rozterek moralnych, raczej nie powinien zazdrościć i chcieć zwracać na siebie bożą uwagę, nawet jeśli to z czystej tęsknoty za nią. A może były inne powody? Ten konkretny Upadły nie miał pojęcia, nie pamiętał. Jedyne co wróciło, to Ariael i wszystko, co było z nim związane. Nawet teraz, kiedy i tak nie odsuwał się i był tak piekielnie blisko, to na samą myśl o rozstaniu coś zamrażało go w środku, a każda komórka ciała zaczynała bezgłośną tyradę o tęsknocie. Czy można było tęsknić już za kimś, mimo że wciąż trzymało się go kurczowo w ramionach? Cóż, najwyraźniej się dało.
Belzebub nie chciał, żeby dzień wstawał. Gdyby potrafił nad tym panować, bardzo brutalnie zgasiłby słońce z czystego egoizmu, bo przecież pojawienie się go na niebie zwiastowało rozejście się ich dróg. A przynajmniej tak… na teraz, lecz to i tak nie zmieniało wcale faktu, że demon ani nie potrafił do końca w to uwierzyć – mimo że wydawało mu się teraz tak samo naturalne, jak oddychanie – ani tym bardziej nacieszyć. Nowy dzień był ostrą jak brzytwa szpileczką, która miała przebić ten śliczny balonik szczęścia umiejscowionego gdzieś między żołądkiem a wątrobą. Niestety. Uśmiechnął się, patrząc na Ariela. Jak subtelnie przygryza wargę, jak ukryte częściowo za powiekami oczy nabierają nowego blasku. Kiedy tak mu się przyglądał, nie mogąc oderwać nawet wzroku od na wpół oświetlonej promieniami nowo wschodzącego słońca twarzy, to jednocześnie w duchu dziwił się, że można w ogóle być tak idealnym. Patrzył na ideał. Na cherubina nieskalanego cieniem.
I tak w głębi ducha zaczął się zastanawiać, czy może przypadkiem nie jest prawdą stwierdzenie, że dla każdego istnieje „ktoś”. Taka istota, która była dokładnie tym, czego brakowało do całości. Bo w momencie, kiedy patrzył i trzymał anioła w swoich ramionach, dotykał w jakikolwiek sposób czy nawet po prostu całował, nie brakowało mu absolutnie niczego, również tych przeklętych wspomnień. Schodziły na o wiele dalszy plan, kiedy miał przed sobą Ariaela. Znacznie-znacznie dalszy.
Uniósł powoli lewą dłoń i delikatnie dotknął policzka cherubina, by delikatnie poprowadzić palce wzdłuż linii żuchwy i zatrzymać się na brodzie. Przysunął twarz – bo między ich ciałami nie było już wolnej przestrzeni, którą musiałby pokonywać – i po raz kolejny tej… nocy? Nowego dnia? Spotkania? – nieważne. Po prostu znów pocałował Ariela, mimo że miał dziwaczne wrażenie, że zaraz jego własne wargi pękną od tych wszystkich pocałunków. Ot, starali się nadrobić te wszystkie lata w czasie jednego spotkania? Ale i tak wcale nie zamierzał się odsuwać, wciąż nie był w stanie wyobrazić sobie w pełni momentu, w którym będą musieli rozstać się naprawdę. Choć i tak – chwała Ci, Lucyferze – na pewno nie na długo. Bo długiej rozłąki Belzebub nie planował, na dodatek i tak planował, jak tu ją ukrócić. Swingować jakieś ważne spotkanie na tle interesów? Nie miałby z tym najdrobniejszych problemów, ograniczała go tylko własna wyobraźnia.
- I tak nie zwykłem rozpowiadać każdemu historię życia – odpowiedział, gładząc bladymi palcami kark anioła. Przymknął oczy, rozkoszując się tą chwilą. Do diabła, jak uda mu się niby teraz skupiać na czymkolwiek innym? Skoro miał wrażenie, że w obecnym momencie nie byłby w stanie nawet na nogach ustać od tego szalejącego serca, rozchodzącego się nieprawdopodobnie gorąca po calutkim ciele. Ledwo oddychał nawet! Ścisnął mocniej dłoń i delikatnie ją przesunął, by móc spleść palce obu rąk. I, po raz kolejny chowając dumę bardzo głęboko do kieszeni, musiał zapytać. – Kiedy się zobaczymy? – starał się jednocześnie ukryć tę melancholijną nutę, która i tak się tam wkradła, mimo jego wielkiej niechęci. Przecież nie musiał się tak afiszować z tym, że przyszła i nieunikniona rozłąka przyprawia go o taki stan. Doprawdy, kochanie kogoś to ciężka-ciężka-ciężka praca. A kochanie własnego, wyimaginowanego ideału, który jakimś cudem się zmaterializował, było czymś jeszcze cięższym. Ale, tak nawiasem mówiąc, Władca Much nie miał pojęcia, że mógłby kochać Ariaela. Ba, na początku ich rozmowy to na bok odsuwał nawet daleko idące tezy, że anioł mógłby go pociągać w jakikolwiek sposób. A tu bum. Wystarczył jeden prosty dotyk i wszystko zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni.
- Jeśli kogoś naprawdę kochasz, daj mu wolność –
zacytował powoli, wciąż uważnie śledząc twarz anioła bacznym, lecz wypełnionym szczerym i nieukrywanym oddaniem i czułością wzrokiem – Wróci: będzie twój na wieki – urwał na moment i uśmiechnął się nieco blado. – Wróciłem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł


Fabularnie : Złączony z nim wspólną przeszłością, Inu.
Liczba postów : 97
Join date : 04/04/2014

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Czw Maj 29, 2014 11:33 pm

Bóg, oddać komuś do reszty? Ależ skąd! W mniemaniu Ariaela powiązanie Stwórcy i tego sformułowania było co najmniej niedorzeczne, by nie powiedzieć, że absurdalne. Rzecz jasna nie to miał na myśli. Chodziło mu raczej o zniekształcenie, które powstało samoistnie przy tworzeniu niebiańskich istot, a nie "przejście" uczuć z Pana na sługi. Nawet jeśli teoria Belzebuba wydawała się z pozoru bardziej logiczna i zrozumiała, to jako Lew Boży nie dopuszczał prawdziwości podobnej tezy do myśli. Poniekąd nie potrafił. Od zawsze był za Bogiem całym sobą, gotów zrobić dla Niego wszystko w imię miłości i lojalności. Oprócz jednej, jedynej rzeczy, o której nie wspominał kiedykolwiek ani on, ani jego Przełożony. Miłość do Belzebuba. Nie mógł wyobrazić sobie Świata bez uczucia do niego, choćby tak niepoprawnego, jak przez ostatnie lata. Nawet jeśli nie odzyskałby wspomnień, Uriel wciąż pozostałby sercem tuż przy demonie, pozwalając na swoistego rodzaju męczeństwo. Można było to potraktować jako defekt, słabość, po której obnażeniu Uriel był zdany na łaskę przeciwnika. Lecz on sam traktował dane mu uczucie jako dar, bez którego nigdy nie stanowiłby osoby, jaką jest teraz; uważał je za siłę do walki z przeciwnościami, którą była w rzeczywistości sama miłość. Naiwność? Optymizm? Sam cherubin myślał o tym jako o fakcie niezaprzeczalnym i stuprocentowo pewnym.
Obaj nie chcieli dnia. Nawet Ariel, który nie przepadał za ciemnością, modlił się w duchu, by ich nie opuszczała, ale czas mijał nieubłaganie, dając im coraz mniej chwil do wspólnego spożytkowania. Zerknął przelotnie na wschodzące powoli słońce, którego promyki przekraczały powoli linię horyzontu, oświetlając nieznacznie niewzruszony Londyn. Big Bena. Jego. Choć chciał odwrócić wzrok od twarzy Belzebuba, anioł czuł się niczym zahipnotyzowany. Wciąż śledził uważnie taniec światła i cienia, które dodatkowo upiększały wystarczająco pociągającą dla niego twarz. Chciał móc patrzeć na ów widok codziennie, będąc za każdym razem wprawianym w stan zachwytu. Dłoń Ariaela uniosła się bez udziału jego woli i przesunęła po kości policzkowej mężczyzny, zostawiając za sobą delikatne mrowienie. Od kiedy tylko pamiętał, w jego umyśle zakodowana była jedna myśl: dążenie do perfekcji. W ciągu tego długiego czasu Uriel zmagał się z pustką wewnątrz niego, błądząc po Wszechświecie i próbując ją zapełnić czymkolwiek innym. Jakże niewiele brakowało do jej spełnienia, kiedy miało się przed oczyma ideał w czystej postaci. Bo wciąż, nawet mimo czerwonych tęczówek, które wydawały się Ariaelowi odrobinę obce; nawet mimo wielu istotnych zmian od czasów Upadku, wciąż miał przed sobą tę samą osobę, która była uzupełnieniem całości, uzupełnieniem wszystkiego, włącznie z nim samym. Jeszcze godzinę temu dopuściłby do siebie myśl, że nie mają wspólnie żadnych szans. Teraz był gotów wykpić samego siebie za taką nieufność. Nie pozwoliłby odejść owej perfekcji po raz drugi. Nigdy.
Przyciągnięty po raz kolejny do ciała Belzebuba, nie opierał się. Chciał zasmakować beztroski i szczęścia jeszcze raz tego spotkania, by móc zapamiętać je jako wyznacznik nowego celu. Jego wargi odwzajemniały pocałunek, czule oddając się wrodzonym impulsom, a ręce utworzyły wokół obiektu swego pożądania żelazną obręcz. Wiedział, że całują się tak tego dnia po raz ostatni, a data następnego spotkania była dla nich obu jak na razie nieznana. Mimo to, gdy niechętnie się od siebie odsunęli, usłyszał wypowiedzi Belzebuba, zarówno jedną, jak i drugą, po czym w obu przypadkach udzielił odpowiedzi.
- Której nawet nie znasz - dodał z lekkim uśmiechem anioł, mrużąc okolone białymi rzęsami powieki i przyglądając się spod nich mężczyźnie. Nie mógł się nawet skupić na pytaniu i racjonalnie się zastanowić - wydawało mu się, jakby sam przekroczył pewien decydujący próg, po którym jego tożsamość nie była mu do końca znana. Nie potrafił przewidzieć żadnej ze swojej reakcji, żadnych ruchów i słów, a analityczne myślenie jakby wykraczało poza jego możliwości. W końcu odetchnął cicho, czując lekki dreszcz na plecach, i zmusił się do ujęcia ręki Belzebuba własną i położeniu grzecznie na własnym kolanie, w międzyczasie posyłając w kierunku Księcia Piekieł karcące spojrzenie. Cholera. Przecież to oczywiste, że nie mógł odpowiedzieć, kiedy coś tak skutecznie odstręczało go od zastanowień! A mimo to... Było to tak przyjemne... Dosyć. - Nie wiem. Mam parę rzeczy do załatwienia tutaj, na Ziemi, więc cały czas będę w okolicy. Zdaje się, że głównie w Londynie. Chyba powinniśmy się wyposażyć w telefony komórkowe.
Skrzywił się na ostatnie stwierdzenie, dotychczas sceptycznie podchodząc do wszelkich wynalazków ludzkości. Teraz jednak musiał zaakceptować cuda techniki i użyć jednego z nich. Sposób działania tych urządzeń był dosyć prosty, przy czym żaden z ich wrogów nie spodziewał się, że mogą używać czegoś tak oczywistego. Nie pozostawało im nic innego.
Siedząc tak w delikatnym uścisku i spoglądając sobie w oczy, słowa anioła uwięzły w gardle, gdy usłyszał ostateczne podsumowanie z ust ukochanego. Zamrugał kilkakrotnie, początkowo zaskoczony, po czym kąciki jego ust uniosły się powoli ku górze, tworząc na twarzy Fanuela szeroki i szczery uśmiech. Zadziwiająca była trafność tego stwierdzenia, które miało być zapamiętane przez Uriela na wieki.
- I ani nie próbuj mi uciekać - szepnął cicho, odgarniając ciemne włosy mężczyzny za uszy i spoglądając czule na jego twarz. Wierzył w ich dwójkę. Cokolwiek miało się wydarzyć, ta nadzieja nigdy nie miała prawa wygasnąć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Nie Cze 01, 2014 11:56 pm

Bóg jest miłością, hm? Tak krótko mówiąc, więc jego słudzy też powinni być nią i tylko nią. Taką zwyczajną miłością do wszystkiego. Stąd błąd. Zapewne gdyby Belzebub nie spadł, to również nie dopuszczałby do siebie podobnych myśli, tak przynajmniej uważał. Ostatecznie wiedział, że należał do tego grona aniołów, którzy naprawdę poważali Stwórcę i sami byli przez Niego postrzegani w podobno sposób. Ale teraz? Co taki wygnany demon, który dodatkowo stracił pamięć, mógł wiedzieć o Niebie? Skoro nikt nawet nie kwapił się, żeby mu o tym wszystkim opowiadać! Sentymenty… przeklinał je, mimo że sam w tej chwili stał się aż zanadto sentymentalny. Jakoś nie potrafił inaczej, nawet jeśli jemu samemu wydawało się to wszystko poniekąd cholernie śmieszne. Belzebub nie był przesadnie wrażliwą czy czułą istotą, chociaż bardzo lubił przesadzone zachowanie czy kreowanie melodramatów. Ale właśnie – kreowanie, a nie przeżywanie ich na własnej skórze, która nie była do tego przyzwyczajona, choćby w najmniejszym stopniu.
Słońce… jak to się w ogóle stało, że czas tak gwałtownie przyśpieszył? Władcy Much wydawało się, że zaledwie chwilkę temu odzyskał swoje upragnione wspomnienia, że ledwo przez krótki moment miał możliwość trzymania Ariela w swoich ramionach. Gdzie, u licha, podziały się te cenne sekundy? Teraz nie zostawało mu już nic innego, niż całkowicie bezwiedne wpatrywanie się w bladą twarz przed sobą. Tak, do diabła, perfekcyjną, piekielnie pociągającą, że nie potrafił nawet odwrócić od niej wzroku, na jedną sekundę nawet. Wydawało mu się to niepojęte, że można cokolwiek odczuwać tak silnie. Przecież to nie był pierwszy raz, gdy kogoś obejmował lub całował, jasne, że nie. Niemniej nigdy wcześniej nie zdarzało mu się jednocześnie cieszyć się z tego i tak nieco głębiej cierpieć. Nigdy wcześniej jakakolwiek istota nie przyciągała go tak bardzo samą swoją obecnością, nie wywoływała palącego gorąca w każdej komórce ciała i spazmatycznego bicia serca. Teraz ta gorączka trawiąca jego wnętrze zmalała, stała się o wiele bardziej statyczna i zrównoważona, przestała nawet popędzać Belzebuba czy próbować namówić go – co było wówczas piekielnie łatwe – do posunięcia się o wiele dalej, niż pocałunki.
Westchnął cicho, gdy dłoń anioła po raz kolejny zyskała kontakt z jego skórą. Odnosił wrażenie, że ten dotyk przenika przez kości, szarpie i tak nadwyrężone w przeciągu kilku ostatnich godzin nerwy. Trudno było mu się pogodzić z myślą, że nagle ktoś stał się ważniejszy niż wszystko inne. Ba, ważniejsze nawet niż on sam. I, co wydawało mu się zdecydowanie najdziwniejsze, patrzył prosto w oczy tej osoby. Porażająco błękitne, boleśnie znajome i jedyne w swoim rodzaju. Cóż, nikt inny nie patrzył na niego w taki sposób. A może demon po prostu nie zwracał na to uwagi, bo nie uważał, aby było to istotne? Bo przecież teraz był zdania, że Ariel jest wyżej, niż on sam. Choćby on, Belzebub, miał na tym ucierpieć, to nie dałby skrzywdzić Ariaela. Matko, nawet w jego własnej głowie brzmiało to jak jakieś oklepane słowa zakochanego młokosa. Ale on naprawdę tak sądził!
Ostatni pocałunek. Podobno smakuje najlepiej, jest czymś wspaniałym. Tak jak papieros w paczce, który został na samym końcu przed długą podróżą, w czasie której nie wolno palić. Natomiast Belzebub miał nieodparte wrażenie, że wszystko byłoby znacznie wspanialsze, gdyby miał świadomość, że cherubin z nim zostanie. Nawet jeśli nie tak na stałe, to chociaż na trochę dłużej, niż zostało to przewidziane. Chciał mieć go przy sobie, na każdym kroku być tuż obok, by wystarczyło wyciągnąć dłoń w bok… lecz doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo jest to niewykonalne.
- Trochę tam znam – mruknął i przewrócił ostentacyjnie oczami, co nieco kłóciło się z lekkim uśmiechem na twarzy. Był niemalże pewien, że jest szczęśliwy. Niemalże, bo całkowitej pewności nie miał, czy właśnie tak wygląda to osławione przez wszystkich przeżycie. – I chodziło mi o to drugie życie, to po Upadku.
Zmieszał się na początku, kiedy napotkał to besztające go spojrzenie, bo nie wiedział, co właściwie zrobił nie tak. Że niby to chwycenie anioła za dłoń było nieodpowiednie? Ale… nie, chyba nie przez to. Belzebub nie zrobił przecież teraz niczego niestosownego, prawda? Sama myśl, że Uriel może się na niego o coś wściekać, przyprawiała go o wewnętrzny paraliż. Okropne uczucie. Dopiero po chwili dotarło do niego to wszystko i aż roześmiał się, mimo że właściwie w sytuacji nie było niczego zabawnego. Za to przekornie, bo jakżeby inaczej, przesunął splecione dłonie z kolana, na udo mężczyzny. Też coś. Był demonem przecież, a te z definicji są niegodziwe i takie tam.
- A ja mam komórkę. Widzisz, jestem bardzo światowym człowiekiem, jak na demona. Zawsze też mógłbym popisać się wybitnym kłamstwem i udawać, że to sprawa służbowa – wzruszył od niechcenia ramionami. – Ale chyba masz rację, gdzieś w marynarce mam swoje piękne wizytówki.
Książe Piekła całkiem ładnie nadążał za postępem technologicznym. Ba, częściowo go nawet napędzał, lecz nie własnymi rękoma. Lubił samochody, śmieszne nowatorskie gadżety, mające ułatwić ludziom życie… więc automatycznie w temacie się obracał. Ale jakoś nigdy nie wpadło mu do głowy, że przecież nie każdy demon czy anioł podchodzi od tego w tak nowoczesny sposób jak on. Łatwe przystosowywanie się do środowiska miewało czasami naprawdę wielkie plusy. Jak to, chociażby.
Odpowiedział nieco szerszym uśmiechem, kiedy zobaczył, jak ten sam gest – lecz o wiele pełniejszy i pewnie znacznie bardziej zachwycający – rozjaśnia twarz anioła. Niby tylko zwykły uśmiech, lecz rozjaśniał całą jego postać, jakby był słońcem. Nie licząc tego, że promienie rzeczonego wciąż wpadały beztrosko do środka i to w coraz większym natężeniu. Demon na chwilę opuścił wzrok z niebieskich oczu na zaczerwienione i wciąż z lekka nabrzmiałe wargi Ariela, by jednak już w następnej chwili przenieść spojrzenie prosto w te cholerne, niebieskie ślepia, które kochał tak cholernie bardzo, że wydawało się to nienormalne. Zwłaszcza że jeszcze wieczorem wcale tego nie miał!
- Ani mi się śni, skarbie – mruknął cicho, a powietrze znów ulotniło się z jego płuc w postaci westchnięcia. Przygnębionego tym razem, bo rozstanie zbliżało się za bardzo, lecz Belzebub wcale nie zamierzał nawet rozpoczynać tego tematu. O nie, on już swoje naodchodził. Więcej, póki co, nie zamierzał. A już na pewno nie chciał być pierwszym, zwłaszcza że jego powrót do domu i tak wyglądałby jako otwarcie Wrót i zniknięcie w nich w towarzystwie odoru siarki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł


Fabularnie : Złączony z nim wspólną przeszłością, Inu.
Liczba postów : 97
Join date : 04/04/2014

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Wto Cze 03, 2014 7:41 pm

Wargi Uriela wykrzywiły się w delikatnym półuśmiechu, kiedy spoglądał spod przymrużonych powiek na swego rozmówcę. Obserwował, jak uczucia przewijają się jedno po drugim po twarzy Belzebuba, a należące do niego szkarłatne oczy lśni iście diabelską, a zarazem rozczulającą czerwienią, gdy tylko napotykają jego własne. Ów widok, włącznie z jego własnymi przeżyciami, tworzył coś tak wspaniałego, że anioł miał wrażenie, iż mógłby pozostać w tym miejscu i o tej chwili przez całą wieczność.
Lecz to było niewykonalne. Niebo rozjaśniało się z każdą sekundą, zdobiąc swój zewnętrzny majestat pojedynczymi promykami słońca. W myślach obu mężczyzn coraz bardziej uwyraźniała się świadomość, że chwila rozstania przybliżała się nieubłaganie. Ariael, choć rozumiał kolejność rzeczy, chciał ten porządek, o ironio, zaburzyć. Stokroć wolałby pozostać przy demonie i dzielić się z nim tym, co w ostatnich wiekach uznał za stracone. Niestety, obowiązki wzywały. Ariel bardziej niż ktokolwiek wiedział, że znaczenie jego misji jest bardzo duże, a wraz z upływem czasu szanse na powodzenie malały. Westchnął cicho.
- Opowiesz mi je przy najbliższej okazji. Chyba mi się to należy. - Spomiędzy warg Uriela wydobył się lekki śmiech, którego pojawienie się było możliwe tylko w obecności Władcy Much i nikogo innego. Nawet wówczas, gdy ciemnowłosy nie wiedział o ich wspólnej przeszłości, Ariael nie mógł powstrzymać się od śmiechu w wyniku jego uwag. Jedynych, w jego mniemaniu, naprawdę zabawnych.
Widząc strach w ciemnoczerwonych oczach, przez chwilę cherubin sam poczuł się nieswojo, lecz gdy ten parsknął śmiechem, wydawało się, jakby z serca albinosa spadł ciężki kamień. Jego wcześniejsze karcące spojrzenie było wynikiem dosyć przekornych gestów Belzebuba, które nie pozwalały mu się skupić, choć w efekcie nie były niczym złym. Paradoksalnie, teraz on sam również wystraszył się, że zrobił coś nie tak, a wymowne zerknięcie było nie do końca stosowne. Już miał odpowiadać na następne słowa, gdy poczuł na swoim udzie znajomy dotyk cudzych dłoni, dzięki któremu w jednej chwili zgubił wątek. Jego rozchylone wargi zamknęły się, a oczy Ariaela spojrzały na Belzebuba z mieszaniną zabarwionej uczuciem oraz rozbawieniem irytacji. Postanowił jednak nie pokazywać swojej słabości, więc odchrząknął, po czym odparł.
- Wezmę sobie jedną. Zadzwonię do Ciebie. - Tymi słowy spojrzał po raz ostatni na Belzebuba w taki sposób, jakby chciał zapamiętać każdy najmniejszy detal jego twarzy. Tej ukochanej, teraz wpatrującej się w niego, pięknej i lekko uśmiechniętej twarzy. Pochylił się momentalnie w stronę towarzysza, ledwie muskając jego usta, po czym odsunął się, niechętnie unosząc ku górze. Odszedł parę kroków, sięgając do marynarki po wizytówkę i wsuwając ją sobie do kieszeni, a następnie spojrzał na Belzebuba z lekkim uśmiechem. - Do rychłego zobaczenia, Bel.
Pierwszy raz użył tego zdrobnienia od czasów Upadku, lecz przed wybuchem powstania w Niebie korzystał z niego bardzo często. Może ciemnowłosy sobie to przypomni? Nie wiedział.
Patrząc na niego przez chwilę w bezruchu, zmusił się do odejścia. Nie chciał rozstania. Ba, gdyby tylko mógł, zostałby w tym miejscu razem z ukochanym i wówczas nie miałby wrażenia, jakby jego serce rozrywało się na obie części, jedną lokując w obiekcie swych westchnień.
W końcu oddalił się bezszelestnie, w międzyczasie rozwijając skrzydła. Po chwili był już na zewnątrz Big Bena, szybując w przestworzach. Tam gdzie przemawia serce, nie wypada, aby rozum zgłaszał wątpliwości.

z/t
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Wto Cze 03, 2014 9:33 pm

Och, miał opowiedzieć swoje życie po Upadku? Na twarzy pojawiła się na chwilę drobna dezorientacja i zakłopotanie. Nie to, żeby wstydził się tego czy jeszcze coś, po prostu nie uważał, żeby to było znowu aż tak godne uwagi, by poświęcać temu czas. Jakikolwiek. Na dodatek które wydarzenia miał wybierać? Przecież od tego całego buntu minęło mnóstwo czasu! Ale wzruszył ramionami, niby tak nonszalancko i od niechcenia, jakby to nie był żaden, nawet najmniejszy problem – chociaż już gdzieś tam na skraju myśli starał się odrzucić wspomnienia, które były naprawdę nieistotne. Albo niewygodne, bo takich również było naprawdę sporo.
- Jeśli będziesz  miał ochotę, żeby jakiś stary demon cię zanudzał, to jasne –
odpowiedział lekkim tonem. I wciąż nie godził się z rozstaniem, mimo że miało nastąpić pewnie już za chwilę. Uważnie przyglądał się twarzy Ariela, chciwie zapamiętując każdy, nawet niby to najmniejszy detal. Tak samo bacznie patrzył na jego wargi, które rozkosznie ocierały się o siebie przy każdym wypowiadanym słowie. Aż uśmiechnął się mimowolnie, absolutnie nie zdając sobie z tego sprawy. Samo przychodziło, właściwie to nad tym nie panował w niemalże żaden sposób. Zresztą, chyba nawet gdyby mógł, to by nie chciał za bardzo. Podobało mu się to, że wszystko przychodzi mi tak naturalnie, jakby tak naprawdę nie istniała żadna przerwa między tą chwilą, a tymi dawnymi czasami przed Upadkiem. I sam tak na dobre nie wiedział za bardzo, czy to na pewno było tak dobre, jak mu się wydawało.
Uśmiechnął się tylko szeroko, gdy dostrzegł to spojrzenie z zalążkami irytacji – wypełnionej całą gamą innych emocji, przez co tym razem Belzebub się tym nie przejął. Ha, jeszcze zaczepnie, bo jakżeby inaczej, uszczypnął anioła w udo. Bo miał na to ochotę i wcale nie zamierzał się przed tym powstrzymywać. Też coś. W końcu i tak nie istniała chyba istota, która znałaby Władcę Much lepiej. Mało tego – na dodatek, właśnie mimo tego że go znała, potrafiła kochać! I to całkiem mocno, skoro przetrwało to tyle lat.
- Weź, weź, tylko nie zapomnij zadzwonić przypadkiem. Trochę głupio by mi było łapać jakiegoś aniołka, żeby mi ciebie przyprowadził – odpowiedział, lecz zaraz po tym zmarszczył brwi i potrząsnął głową. – Chociaż nie, wcale by mi nie było głupio. Jemu by było, gdyby usłyszał coś a la „Zawiadom cherubina Ariaela, że robaczek czeka na niego tam i tam”. Taki szyfr, no wiesz – zakończył, czując się naprawdę dziwnie lekko na duszy. Jak nigdy. To było cholernie dziwnie, lecz jednocześnie przyjemne uczucie, które i tak zaraz rozprysnęło się jak bańka mydlana, kiedy Ariael się odsunął. Nawet ten krótki pocałunek tego nie osłodził, a na pewno nie zmniejszył tej dziwnej i kompletnie nagłej pustki w dłoniach. Nie spodziewał się jej. Ale uśmiechnął się promiennie do cherubina, jak gdyby nic się absolutnie nie stało. Tym razem absolutnie bezlitośnie stłamsił w sobie rosnącą już teraz tęsknotę za tym dotykiem i podniósł dłoń, by pomachać lekko mu dłonią na pożegnanie.
- No ja myślę, teraz to się nie wykaraskasz – rzucił,  z wielkim zadowoleniem zauważając, że jego głos brzmi absolutnie normalnie. I o to, u licha, chodziło.
Lecz kiedy tylko Ariel się odwrócił, ta beztroska maska z miejsca zniknęła. Z najprawdziwszym na świecie żalem patrzył, jak plecy ukochanego znikają. I co teraz?
Belzebub wprawdzie jeszcze dobrą godzinę siedział w wieży zegarowej, próbując do kupy zebrać myśli i zmusić do odejścia. Ot, siedział na tej skrzyni, opierając się o nią dłońmi i miarowo uderzając obcasami skórzanych butów o drewno. Myślał, że może trochę lepiej zniesie to całe odejście – nawet jeśli nie takie na stałe. Trochę się przeliczył i czuł trochę idiotycznie, że tak łatwo daje się ponosić emocjom. I to jakim! Może za drugim razem pójdzie mu lepiej i uda nie przechodzić przez dziwaczną fazę przerażenia, że nagle cały świat się posypie, a on nawet nie zdąży się pożegnać?
Westchnął i potrząsnął głową. Podniósł się powoli i podszedł do skrzyni, na której leżała marynarka. Otrzepał ją z kurzu i z ponownym westchnieniem otworzył bramę, jeszcze po drodze wyjmując telefon z kieszeni, by sprawdzić, czy aby na pewno nikt nie dzwonił. Nikt. Warknął na siebie ze złością. I zniknął w Piekle.

zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Nie Sie 31, 2014 2:43 pm

Minęło parę godzin, odkąd Belzebub opuścił fabrykę razem ze swoim świeżo nabytym cieniem. Nie wiedział, czy Ryu śpi, czy może jednak rozgląda się ze swojej nowej kryjówki - obstawiał, że jednak to pierwsze - lecz i tak wrócił do Piekła, żeby doprowadzić się do porządku. W końcu nie mógł paradować beztrosko i tak długo w przebraniu Benjamina Sante. Fakt, lubił tę tożsamość, ale zbyt długie przebywanie w tej niechlujnej powłoce uderzało o jego zmysł estetyczny. Dlatego musiał, po prostu MUSIAŁ wpaść chociażby na chwilę do swojego domu, żeby znów wyglądać jak na Belzebuba i Księcia Piekieł przystało.
Wziął najpierw wspaniałą, długą i gorącą kąpiel, by pozbyć się nieciekawej jakości zapachu mamrotu i dymu tanich papierosów. Tak ogólnie po prostu - jak rasowa kobieta - zajął się swoim wyglądem. I, o zgrozo, zajęło mu to całe trzy godziny, nim stanął zadowolony przed lustrem w najczęściej wybieranym przez niego stroju, jedwabnym garniturze. Przeczesał palcami przydługie, czarne włosy i poprawił najpierw krawat, a później sygnet na lewej dłoni. Teraz naprawdę wyglądał jak ktoś o jego statusie społecznym. Demon wyciągnął prawą rękę w bok, a olbrzymia ważka wielkości kota przyfrunęła, dzierżąc między kończynami czarną laskę ze złotymi okuciami. Zdecydowanie ulubioną. Sam Władca Much zacisnął na niej palce i odesłał owada jednym skinieniem palca. Wsparł się na lasce, wolną dłonią zdjął z wieszaka cylinder i podrzucił go w górę, żeby zaraz i tak wylądował nonszalancko na jego głowie.
I dopiero wtedy Belzebub otworzył wrota Piekieł, nakierowując je na Ziemię. Było mu całkiem obojętne, gdzie właściwie trafi i na kogo. Niemniej nieco zdziwił się, kiedy zobaczył tuż przed sobą panoramę Londynu i to oglądaną zza tarczy zegarowej Big Bena. Rozejrzał się i zobaczył, ku swojemu zdumieniu, że puste butelki po winie i kieliszki wciąż stoją, tak jak je zostawił ostatnim razem z Arielem. Hm, no cóż. To był chyba tylko znak, że nikt nie przebywał tutaj od tego czasu. Albo chciał stwarzać takie pozory.
Westchnął sam do siebie i podszedł bliżej do szyby. Po jego prawej stronie zaraz pojawiła się drobna luka wymiarowa prowadząca prosto do Piekła, a demon wsunął do środku dłoń, żeby zaraz wyjąć ze środka kieliszek oraz butelkę wina. Jedna ręką! Cóż, wprawa. Na chwilę oparł laskę do tej pory trzymaną w dłoni o szybę, a sam zdjął z butelki szklaną zatyczkę - bo wino zostało już otwarte - i nalał trunku do kieliszka. Nalewkę odstawił z powrotem do piekła i zamknął wrota.
Ponownie ujął odstawioną laskę w dłoń i delikatnie przystawił naczynie do ust i przechylił, by upić skromny łyk.
- Ryu? - rzucił tak w sumie w przestrzeń, bo nie był pewien, czy chłopiec na pewno go usłyszy i czy nie śpi. Ostatecznie wcale nie chciał go budzić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ryu
Cień


Fabularnie : z samym Belzebubem... w całym majestacie
Liczba postów : 59
Join date : 01/05/2012

PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Pon Wrz 01, 2014 8:06 pm

Na nieszczęście, lub i szczęście, przespał cały pobyt, w tym kąpiel Belzebuba, w samym Piekle! Znów go drań nie obudził! W taki mocny i głęboki sen zapadł, że nic go nie wybudziło. Może to i lepiej, gdyż nie słyszał krzyków umierających, nie czuł smrodu siarki, nie naraził przy tym Księcia na nieprzyjemności z powodu swojej aktywności. Nie każdy był Piotrusiem Panem, by mieć w swoim cieniu indywiduum - jakiekolwiek indywiduum. Wykorzystał ponad trzygodzinną "rozłąkę" w jak najlepszy sposób, by móc na zawołanie przyjaciela ocknąć się i zjawić się zaraz za nim.
Jak na przykład teraz.
-Tak, Belz?
Tuż obok dało się usłyszeć wyraźny, ale niezbyt krzykliwy czy doniosły głos wątłego na ciele chłopca, który to w ten sposób rozwiał wątpliwości Władcy Much co do nagłej pobudki. Za to wciąż był wtopiony w mrok do tego stopnia, że ktoś stojący dwa kroki od demona nie mógłby zlokalizować już Ryu. Tak bardzo cieszył się, iż nie byli na słonecznej plaży w środku dnia, gdzie kurczowo musiałby trzymać się linii cienia Księcia, a dał mu o wiele więcej swobody. I to jeszcze w bardzo niezwykłym miejscu, na co aż poderwał się z dwuwymiarowej przestrzeni i dał upust swojemu zaskoczeniu.
-Oh, to przecież Big Ben! -zawołał z wielkim entuzjazmem rozglądając się po nietypowym wnętrzu nietypowego budynku- Wow... Ale stąd widok!
Teraz dało się dostrzec kontury młodzieńca, który zrobił jeden krok bliżej półmroku, i zza pożółkłej tarczy zegara niczym przez lustro weneckie podziwiał panoramę. Zaciskał swoje dłonie z pochyloną sylwetką ku miastu i ekscytował się jak dziecko w wesołym miasteczku. Czemu wcześniej nie wpadł na pomysł zwiedzenia wieży zegarowej? Nie miał pojęcia. Zaraz odlepił oczy od miejskiej dżungli, by usiąść grzecznie na podłodze, po turecku, przed delektującym się winem swoim nowym Przełożonym. W zasadzie bardziej traktował go jak przyjaciela, lecz nie narzucał się z tym w zbyt widoczny sposób, by nie ujmować Belzebubowi powagi wizerunku. Kurczę, nawet kieliszek trzymał z taką nonszalanckością, elegancją, jakby był od zawsze znawcą trunku - koneserem win z piekła rodem. Tak czy siak zrobił bardzo wiele dla Ryu, nawet jeśli sam bohater nie zdawał sobie z tego sprawę. Albo uważał to za coś trywialnego, by przykładać do tego większej wagi.
-Mogę coś dla Ciebie zrobić?
Powiedział jakby odpowiadając rzeczowo na wcześniejsze wezwanie Jacka, z uśmiechem na twarzy i jedną przyklapniętą antenką na głowie. Jakoś nie do końca wiedział czy powinien przerywać demonowi pobyt w samotni swoją osobą, ale skoro go zawołał to może chciał jednak porozmawiać? Coś wyjaśnić? Może wytyczyć granice? Z tego co zrozumiał, to Strażnik Bram działał na Ziemi pod przykrywką. Całkowicie oczywistym faktem było więc to, by i Ryu zachowywał się ostrożnie i dostosował się do stylu życia Belzebuba. Cieniołak był w tym zakresie bardzo elastyczny, nie powinno mu sprawiać kłopotów. Inna sprawa, że ciężko zniósłby rozkaz o rozłące na zawsze, gdzie ponownie pozostałby sam ze sobą.
Chłopak nie bawił się swoimi mocami, żeby nie tracić w głupi sposób energii, którą podładował podczas snu z prawdziwego zdarzenia. Oczywiście był gotów ich użyć w razie potrzeby, lecz nie marnował daru na chociażby dodatkowe poduchy do siedzenia, by było wygodniej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Wieża zegarowa Big Ben   Today at 4:25 pm

Powrót do góry Go down
 
Wieża zegarowa Big Ben
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
 Similar topics
-
» Wieża Wiatrów
» Szczyt Wieży
» Wieża Północna
» Hightower/ Wysoka Wieża
» Szczyt opuszczonej wieży

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Nieśmiertelni ~ Kolebka Upadłych Aniołów :: Londyn :: Centrum miasta-
Skocz do: