IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Leliel

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Leliel
Splugawiony
avatar

Fabularnie : nienarodzon
Liczba postów : 2
Join date : 21/01/2014

PisanieTemat: Leliel   Czw Lut 06, 2014 4:22 am

Let me go... let me go
Let me seek the answers that I need to know
Let me find a way, let me walk away
Through the undertow... please let me go

Jest późno; noc już dawno zapadła nad światem, otulając i ukrywając wszystko miękkim, aksamitnym woalem mroku. Całe jego zło; niegodziwość. A ja... jestem teraz sam, tak całkiem, całkiem sam, jak chyba żadna inna istota. Bezradosny uśmiech wykrzywia moje wargi, gdy z pewną obawą śledzę rysy swojej twarzy odbijające się w lustrze. Zupełnie jakbym bał się, że w szklanej tafli ujrzę coś potwornego, chociaż to niemożliwe. Chyba. Mam nadzieję.
Mężczyzna. Anioł. Leliel. Trzy krótkie, rzeczowe słowa, które powinny najtrafniej określać to, kim jestem. Płeć, rasa, imię. To takie proste. Ale czy na pewno? Nie wiem. Prawdę mówiąc, jestem teraz trochę rozbity. I w chwilach takich jak ta wiem o sobie tylko tyle, ile widzę w lustrze. Bo chyba żadnego innego aspektu swojej osoby nie mogę być już tak do końca pewien.

Wyglądam dosyć młodo, bo na nie więcej niż 20 lat; w rzeczywistości jednak mam ich o wiele więcej. Ile dokładnie - nie pomnę. Dosyć szybko przestałem je liczyć. Z natury jestem blady, a ostatnimi czasy miewam lekko podkrążone oczy, zupełnie jakbym był przemęczony albo cierpiał na bezsenność. W przeciwieństwie do większości aniołów moja skóra nie promienieje ciepłym, wewnętrznym blaskiem. Jej koloryt jest raczej zimny, zbliżony do wampirzego. Patrząc na nią, można odnieść wrażenie, że nie lubię światła słonecznego. Dobry trop, ponieważ faktycznie nie przepadam za słońcem, które boleśnie kłuje mnie w oczy i sprawia, że czuję się słabo. Czasami wręcz dostaję od niego zawrotów głowy. Wśród moich uwielbiających światło pobratymców uchodzi to za dziwactwo, jednak zdaje mi się, że już do tego przywykli. Chyba to właśnie z powodu mojej awersji do dnia oraz pewnych specyficznych, przynależnych mi zdolności nazywany jestem Aniołem Nocy. Niektóre cechy mojego wyglądu też mogły mieć na to wpływ, chociaż nie jestem tego do końca pewien.

Jak na kogoś, kto nie poświęca zbyt wiele czasu na ćwiczenia czy w ogóle aktywność fizyczną jako taką, mam całkiem dobrze zbudowane ciało. Co prawda daleko mi do typowo męskiej, przypakowanej sylwetki, z dużymi bicepsami czy tak zwanym sześciopakiem na brzuchu, jednak mięśnie dosyć wyraźnie odznaczają się pod moją skórą. Jestem też wysoki, chociaż nie przesadnie - mierzę sobie równo 182 centymetry wzrostu. Jak to zazwyczaj bywa u aniołów, obdarzony zostałem całkiem przyzwoitą aparycją i przyjemnymi, harmonijnymi rysami twarzy, dzięki czemu mam spore powodzenie zarówno u kobiet, jak i mężczyzn. Jestem biseksualny, więc całkowicie mi to odpowiada... chociaż chyba nie powinno. Aniołom nie przystoi myśleć zbyt wiele o tych sprawach.

Moje włosy mają dość nietypowy odcień czerni - w odpowiednim świetle wydają się niemal granatowe. Kiedyś sięgały mi prawie do pasa, jednak jakiś czas temu ściąłem je mniej więcej do wysokości brody i wygoliłem lewy bok głowy. Nie wiem, czy w takiej fryzurze wyglądam lepiej, ale zdecydowanie bardziej pasuje ona do mojego aktualnego stylu ubierania się - swoją drogą, dosyć nietypowego dla anioła, gdyż gustuję w ciemnych kolorach i dodatkach typu pieszczochy bądź rzemyki. W uszach i na twarzy mam trochę piercingu, a moją lewą brew przecina cienka, lecz dosyć wyraźna blizna, której dorobiłem się w pewnych mało przyjemnych okolicznościach. Kiedy jestem smutny albo rozgoryczony, dotykam jej palcem i wydaje mi się wtedy, jakbym cały był złożony z blizn, które - nawet jeśli nie widać ich gołym okiem, ale to nawet gorzej - stanowią ślady i dowody tego, jak niedoskonałą i kaleką istotą jestem.
Uchodzę za taką chyba nawet wśród własnych pobratymców, chociaż nikt nigdy nie powiedział mi tego prosto w twarz.


Let me fly... let me fly
Let me rise against that blood-red velvet sky
Let me chase it all, break my wings and fall
Probably survive... so let me fly... let me fly...

Wystarczy spojrzeć na moje moce. Ile znacie aniołów, które nie brzydzą się cieniem i potrafią nawet nim manipulować? Chyba żadnego, czyż nie? Zgadza się. Jestem jedyny. Przyznam jednak, że to całkiem przydatna umiejętność i pozwoliła mi wyjść cało z wielu nieprzyjemnych sytuacji.
Potrafię przemieszczać się między cieniami i dowolnie rozszerzać ich pole czy gęstość - nawet do tego stopnia, że w jasny dzień jestem w stanie spowić jakiś obszar sferą nieprzeniknionej ciemności. Rzecz jasna, moc ta działa najlepiej w nocy oraz w miejscach naturalnie spowitych mrokiem, ale na dobrą sprawę mogę z niej korzystać niezależnie od pory czy warunków atmosferycznych. Potrafię także stać się niewidzialny. Odkryłem w sobie zdolność tak doskonałego wtopienia się w naturalny czy też poszerzony przez siebie cień, że sam całkowicie znikam z pola widzenia. Oprócz tego przynależne są mi wszelkie moce charakteryzujące rasę aniołów, czyli uzdrawianie, latanie i szósty zmysł.

Nie chcę się zbytnio chwalić, ale wydaje mi się, że całkiem dobrze umiem jeszcze parę innych rzeczy, chociaż nie są one już tak spektakularne i z powodzeniem mogłyby charakteryzować uzdolnionego śmiertelnika. Mam na przykład naturalną zdolność do rozumienia obcych języków i nawet jeśli jakiegoś nie znam, a poszczególne słowa są dla mnie zagadką, potrafię bez większych problemów określić, na jaki temat toczy się rozmowa i - po krótkim osłuchaniu się z językiem - intuicyjnie odpowiedzieć na zadane mi pytanie czy wdać się w krótką dyskusję. Ogólnie nauka czy zapamiętywanie czegokolwiek przychodzą mi raczej bez trudu - szybko przyswajam nowe informacje i długo je pamiętam. Jak większość aniołów, mam także talent muzyczny i dobre wyczucie rytmu, chociaż gusta zbliżone do moich nie są w Niebie zbyt popularne - preferuję bowiem doom metal i progresywnego rocka, z nakierowaniem na zespoły poruszające smutną i depresyjną tematykę. Umiem grać na wielu instrumentach; ponadto obdarzony zostałem czystym i przyjemnym, chociaż podobno dosyć smutnym głosem, który niektórym przypomina wokal Jonasa Renkse z Katatonii, innym zaś Vincenta Cavanagha z Anathemy. Prawda w tym przypadku zapewne leży gdzieś pośrodku; nie mnie to oceniać.


Let me run... let me run
Let me ride the crest of chance into the sun
You were always there, but you may lose me here
Now love me if you dare... and let me run

Tak - może się wydawać, iż wiele jest rzeczy, które mnie definiują. Imię, wygląd, przynależne mi moce; nawet umiejętności czy zainteresowania. Nie powinienem mieć kryzysów osobowości ani poczucia, że moje istnienie zmierza w złym kierunku. Nie powinienem - ale jednak tego wszystkiego doświadczam. Często czuję się obco w swoim własnym ciele, jakby nie należało ono do mnie; jakby zostało zawłaszczone przez jakąś zdradziecką, mroczą potęgę i darowane mi, bym doprowadził je do ostatecznego, jakże bolesnego upadku.
Jestem jak popękane zwierciadło. Mnóstwo okruchów szkła wokół mnie. Poranione dłonie. Siedem lat nieszczęść, a może więcej. Ach, z pewnością. Sto lat. Tysiąc lat nieszczęść. Smutku. Rozpaczy. Nawet jeśli spróbujesz mnie posklejać, nigdy już nie będę taki sam jak kiedyś. Ja sam już tego nie potrafię - co dopiero ktoś inny, nawet z najlepszymi na świecie intencjami. Pustka. Ciemność. Jestem rozdarty. Niepełny. Patrzę ze strachem na swoje odbicie w lustrze i widzę w tych dużych, ciemnoniebieskich oczach coś, co nie powinno nigdy stać się częścią duszy anioła. Coś, co nadaje mojej twarzy złowrogiego, odpychającego wyrazu, nawet jeśli pozornie wciąż jest ona łagodna i uśmiechnięta.
Wystarczyło, bym raz wpuścił mrok do swojego serca, a on zawładnął mną tak dalece, że czasami nie poznaję już samego siebie.

Tak naprawdę nie wiem sam, kiedy to się zaczęło ani jaką drogą do mnie przyszło. Nie było przecież tak, że pewnego dnia obudziłem się i stwierdziłem: "nie jestem już tą istotą, co kiedyś". Nie wyrosły mi diabelskie rogi, a oczy nie przebarwiły mi się na czerwono. Nie. To tak nie działa.
To też nie tak, że moja dusza od zawsze miała ludzkie piętno niedoskonałości, które prędzej czy później doprowadza do upadku nawet najcnotliwsze istoty. Przecież nigdy nie byłem człowiekiem. Stworzony zostałem jako anioł, z czystej światłości, która utkała mnie - wydawałoby się - z samego dobra. Szczerze mówiąc, nie pamiętam zbyt dokładnie pierwszych lat swojego życia. Nie ulega natomiast wątpliwości to, iż urodziłem się w Niebie; żyłem tam i chyba z samej definicji tego miejsca musiało być mi tam dobrze, nawet jeśli było tam tak wiele, wiele światła, kaleczącego moje wrażliwe oczy.
Niemniej byłem szczęśliwy. Tak sądzę. Do czasu.
Bo później... później zszedłem na ziemię i zobaczyłem na własne oczy rzeczy, których nigdy nie powinienem oglądać. Wszystko to, co mną zachwiało i sprawiło, że bezpowrotnie utraciłem całą swoją niewinność; słodkie, ale jakże naiwne poczucie, że służę sile, która wie, co robi.
Czułem się zdradzony. Oszukany. Otuliłem się swoimi skrzydłami - wtedy jeszcze śnieżnobiałymi - i przez wiele, wiele dni tkwiłem w mroku, gdzieś na granicy światów, doświadczając powolnego upadku swojego ducha; płacząc i w końcu tylko łkając rozpaczliwie, z mocno zaciśniętymi powiekami, kiedy zabrakło mi łez.

Czy mogły to sprawić wojny? Niegodziwość tego świata? Bezwzględność? Krzywda niewinnych? Dyktatura Zła, któremu wszyscy z taką łatwością dają przyzwolenie na swobodne działania? Bo przecież sam fakt istnienia Zła nie był wcale taki straszny - o nim przecież od zawsze wiedziałem - nie, potworna była świadomość, że nikt, absolutnie nikt mu się nie sprzeciwiał. Że nikt nie zauważał tego, co ja - powolnej destrukcji i chaosu toczących świat niczym najgorsza choroba ludzkości. DLACZEGO NIKT TEGO NIE WIDZI? DLACZEGO...? I nagle wszystko, w co wierzyłem, runęło niczym domek z kart. Każda wartość, którą kiedykolwiek ceniłem, została zanegowana i splugawiona.
Kiedy przejrzałem na oczy? Kiedy odwróciłem wzrok od tego wszystkiego, nie mogąc powstrzymać szlochu? Nie wiem.
Nie wiem, nie wiem, nie wiem!
NIE WIEM!

Może to po prostu było od zawsze zapisane w moim przeznaczeniu; dzień, ten ponury, smutny, skąpany w strugach deszczu dzień, gdy powiedziałem sobie: "Bóg, który mnie stworzył nie jest tym, któremu chcę służyć". I nawet jeśli te słowa rozdarły moje jestestwo na strzępy, nie było szans, bym ich nie wypowiedział.
To nie tak, że wtedy całkowicie się Go wyrzekłem. Nawet w chwilach, gdy pragnę się od Niego odwrócić, nie mogę. Nie tak do końca i nie ostatecznie. Przecież wciąż jest moim Stwórcą; moim Panem. Niemniej mam poważne wątpliwości co do Jego planu. Nie wierzę w to, że ma w tym jakiś zamysł. W końcu - nie wierzę już nawet, że On myśli o mnie. O nas wszystkich. O świecie.
Nie wierzę, że On w ogóle myśli. Nie wierzę. NIE WIERZĘ!
Oto destrukcyjna i bezrozumna siła, której jestem dzieckiem.
Oto światłość, od której odwracam wzrok.
Która zawsze mnie raniła.

I oto jestem ja - rozdarty, splugawiony; niepełny. Leliel. Anioł o czarnych jak noc skrzydłach, który stracił sprzed oczu Światło. Który igra z ogniem, balansując na cienkiej granicy pomiędzy Dobrem i Złem. Nie potrafiąc wybrać. I w tej bezsilności, w niemożności podjęcia decyzji wciąż nawołujący swojego Pana. Ale on nie odpowiada.
DLACZEGO MILCZYSZ...? DLACZEGO...?
...och, Panie mój, nie ma Cię...?

Oto ja. Oto mój wybór. Oto jego brak.
Dobro jest moją naturą. Czymś, co prawdopodobnie już zawsze stanowić będzie część mojej istoty, niezależnie od tego, jak bardzo odejdę w mrok.
Zło to moja pokusa. Zakazane rozkosze i zew słodkiej wolności, których nigdy nie miałem okazji zaznać. To moja ucieczka i najgorsza pułapka, w jaką mogłem wpaść. Klucz do zagadki mojego istnienia. Do bramy, za którą może kryć się wszystko - upragnione szczęście albo ostateczne potępienie.
To chyba już nawet nie jest kuszenie. Żadne szepty rajskiego węża.
To po prostu jestem... ja.


Let me break... let me bleed
Let me tear myself apart, I need to breathe
Let me lose my way... let me walk astray
Maybe to proceed... just let me bleed

Prawdę mówiąc, nie widać tego po mnie. I niezależnie od tego, jak będziesz się starać, nie zobaczysz tego wszystkiego. Ani na pierwszy, ani na drugi, ani nawet setny rzut oka. Nie widać po mnie żadnego z moich dylematów - wystarczy przywołać na twarz łagodny uśmiech i schować swoje czarne jak noc skrzydła, a nikt się niczego nie domyśli. Naprawdę. To dosyć zabawne, ale też niezwykle gorzkie w swej wymowie.
Z natury jestem bardzo skryty; z myślami schowanymi głęboko, głęboko wewnątrz siebie. Tak cichy i spokojny, że wśród innych uchodzę za aspołecznego dziwaka, a moje towarzystwo nie jest z gatunku tych najbardziej pożądanych. Nie przeszkadza mi to jednak. Nie przepadam za tłumem, a znakomita większość rozumnych istot nuży mnie i męczy swoim upodobaniem do czynienia zgiełku i niepotrzebnego szumu wokół siebie. Nie krzyczę co prawda "odi profanum vulgus et arceo" - zbyt wiele jeszcze we mnie pokory na takie słowa, gdyż sam doskonale zdaję sobie sprawę, jak daleko mi do doskonałości - jednak w miarę możliwości unikam hałaśliwych ludzi, znajdując ukojenie i spokój w ciszy.

Jednak mimo skłonności do uciekania i wycofywania się mam dobre serce. Czasem może nawet zbyt dobre. Z niewyczerpanymi wręcz pokładami cierpliwości i współczucia. Nic nie boli mnie tak, jak krzywda niewinnych - zwłaszcza zwierząt, nieświadomych przecież zła i niegodziwości tego świata. Nie jem mięsa, właściwie od zawsze będąc zadeklarowanym wegetarianinem; unikam także noszenia naturalnej skóry i futer. Nigdy też nie przeszedłbym obojętnie obok potrąconego przez samochód kota czy ptaka ze złamanym skrzydłem. Lubię zajmować się zwierzętami i roztaczać nad nimi opiekę; nieść im pomoc, kiedy tego potrzebują. Może się to wydać zabawne, ale szczególną miłością darzę czerwone pandy i spędziłem parę dobrych lat we wschodniej Azji, próbując zapobiec wyginięciu tego konkretnego gatunku. Miałem wtedy okazję zawrzeć pewną nietypową, acz czarującą znajomość, jest to jednak materiał na dłuższą historię.
Krótko mówiąc: nie ukrywam, że lubię pomagać innym. Znajduję w tym pewne ukojenie i prawdopodobnie jest to jedna z niewielu rzeczy, które wciąż trzymają mnie po stronie dobra; ten jasno płonący płomień bezinteresownej miłości do wszystkiego, co wymaga mojej pomocy i opieki. Świadomość bycia potrzebnym; tego, że mogę zrobić na tym świecie jeszcze wiele dobrego. Myślę, że można nazwać mnie altruistą. Nic w tym dziwnego; w końcu jestem aniołem. Z sercem zasnutym mrokiem i czarnymi jak smoła skrzydłami, ale jednak aniołem, który płacze za każdym razem, gdy musi widzieć czyjąś bezsensowną śmierć i wyrzuca sobie, że nie mógł jej zapobiec.

To chyba ta lepsza strona mojej osobowości. Ta, której nie zasnuła jeszcze ciemność. Lepsza, lecz jak długo jeszcze mogę być dobry? Moje duże, ciemnoniebieskie oczy mogą wydać ci się spokojne i łagodne, wiedz jednak, że to tylko ułuda. Iluzja tworzona dla innych i nic więcej. Gdzieś w środku, wewnątrz mnie, tam, gdzie zaczynam się i kończę, a pierwotne instynkty giną, zasnuwając się coraz gęstszym mrokiem - szaleje burza. Nie ma szans, bym wyszedł z niej bez ran - których nie zobaczysz gołym okiem, ale które ja sam widzę codziennie w lustrze, gdy spoglądam na swoją twarz. Twarz, której coraz bardziej nie poznaję. Której się boję. Ale jest też w tym coś niezaprzeczalnie fascynującego. Coraz bardziej ciągnie mnie do osób i rzeczy, które zdecydowanie nie powinny mnie interesować. Ciężko mi to przyznać nawet przed samym sobą, ale często marzę o wolności. Wyzwoleniu się.
W tych wizjach czarne skrzydła unoszą mnie w słodycz nocy i niczego już nie muszę się bać.
To wizja upadku czy absolutnego szczęścia, Lelielu?


Let me drain... let me die
Let me break the things I love I need to cry
Let me burn it all, let me take my fall
Through the cleansing fire
Now let me die... let me die...

Jednak... pomimo tych marzeń wciąż walczę. Składam okruchy zwierciadła - siebie - w jedną całość. Kawałek po kawałku; cierpliwie, nie zwracając uwagi na ból poranionych ostrymi krawędziami dłoni. Lecz cóż z tego, że tak mocno się staram, skoro przeklęty wiatr, owa słodka zapowiedź wolności, na powrót rozwiewa wszystko to, co z takim trudem udało mi się złożyć? Niektórych fragmentów nigdy już nie znajdę. A te, które jeszcze trzymam w swoich pokrwawionych palcach są iluzją, która - nawet poskładana - nie będzie niczym więcej jak nieudolnym, kalekim odbiciem istoty, którą niegdyś byłem... i którą już nigdy nie będę.

Jestem sam w ciemności. Gdziekolwiek się odwrócę, nie widzę niczego poza mrokiem.
Czuję się zagubiony. Ranny. Nie ma dla mnie ratunku ani nadziei. Wołam o pomoc.
Ktoś... Ktokolwiek...

Cisza. Dłonie splamione krwią. Chyba moją. Mam nadzieję, że moją.
I nieludzki ból, którego nikt nie uśmierzy.
Przecież posklejane lustra nie potrafią być piękne.


I'm alive and I am true to my heart now
I am I, but why must truth always make me die?


Aby uniknąć podejrzeń o plagiat zaznaczam od razu, iż tę samą KP dodałem także na forum empiness.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Heinrich
Nadczłowiek
avatar

Liczba postów : 5
Join date : 05/02/2014

PisanieTemat: Re: Leliel   Pią Lut 07, 2014 7:49 pm

Przemieszczanie się cieniem raz na dwa posty.
Manipulacja cieniem przez 3 posty, potem 3 posty odpoczynku.
Niewidzialność przez 3 posty, potem 4 odpoczynku.

Akcept.
Prosiłabym też o przesłanie pełnego opisu rangi do mnie na PW.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Leliel
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Nieśmiertelni ~ Kolebka Upadłych Aniołów :: Informacje :: Karty postaci :: Karty akceptowane-
Skocz do: