IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Sunset Avenue 24

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Olivier
Oswojony
avatar

Liczba postów : 24
Join date : 28/06/2013

PisanieTemat: Sunset Avenue 24   Sob Lut 01, 2014 9:18 pm

Opis domu dodam później

~~

Przez całą drogę tutaj trzymał ją pod rękę, niby to dla łatwiejszej przeprawy przez oblodzone chodniki. Zima była naprawdę okrutna i ani trochę nie odpuszczała, toteż cały czas musieli uważać. W końcu jednak udało im się dotrzeć do domu bez żadnego większego urazu, co było naprawdę wielkim wyczynem, jeśli chodzi o Oliego. Dopiero stojąc na progu puścił jej ramię, by wyciągnąć klucze z kieszeni płaszcza, który miała na sobie i otworzyć drzwi do domu. Wpuścił ją przodem, rzecz jasna, wchodząc do domu tuz za nią. Starannie zamknął drzwi, by nie wychładzać niepotrzebnie mieszkania, po czym pomógł dziewczynie pozbyć się wierzchnich warstw ubrania, odwieszając je na wieszaku, po czym zaprowadził ją do przytulnego salonu, w którym znajdował się również kominek. Niezwłocznie podszedł do niego i dorzucił polano, rozgrzebując przy okazji uśpiony żar. Zostawiając odsuniętą szufladę ułatwił w ten sposób rozpalenie się drewna, by dało więcej ciepła. 
- Czuj się jak u siebie w domu. Ja zaraz wrócę, tylko zrobię herbaty - powiedział, uśmiechając się do niej, po czym wyszedł z pokoju, kierując się do kuchni. Tam od razu związał włosy w wysoką kitkę, używając do tego leżącej na blacie gumki recepturki. Krótsze kosmyki od razu opadły mu na twarz, jednak nie przejął się nimi. Nastawił wodę na herbatę, po czym przygotował imbryk i dwie ręcznie malowane filiżanki ze starego kompletu matki. Postawił to na tacy, obok kładąc także cukierniczkę, talerzyk z cytryną pokrojoną w plasterki i dzbanek z mlekiem. Wszystkie naczynia, rzecz jasna, były z tego samego kompletu. 
Gdy już czajnik gwizdaniem oznajmił, że woda się gotuje, sprawnym ruchem zdjął go z gazu i zalał znajdująca się w imbryku herbatę. Oczywiście, wybrał najlepszą ze swojej kolekcji. 
Z gotową już herbatą powoli ruszył z powrotem do salonu. Postawił tacę na stoliku przed kanapą i zdjął z niej obie filiżanki, jedną stawiając przed dziewczyną. Nalał do obu filiżanek herbaty, po czym odstawił dzbanek i sam zajął miejsce na kanapie, zapominając już nawet, że wciąż miał związane włosy. 
- Chyba czas na moją historię...  Wiesz, kiedyś byłem zupełnie innym chłopakiem. Dzieciakiem, można nawet powiedzieć. Zupełnie nie znałem życia. Ale stało się coś, co zupełnie je odmieniło. - Chwycił delikatnie jej dłoń, wsuwając ją sobie pod koszulkę, by mogła wyczuć pod palcami każą jego bliznę. Stopniowo przesuwał jej dłoń wyżej, aż w końcu dotarł na pierś, gdzie widniała pamiątka po sztylecie, który wbito mu tamtego wieczoru.
- Mówiłaś, że blizny są dowodem siły, prawda? Że świadczą o tym, ile przeżyłem, ile przetrwałem... Otóż ta jedna blizna jest dowodem mojej słabości. Codziennie przypomina mi o tym, czemu mógłbym zapobiec.... Ale przez swoje tchórzostwo.... Uch... Zacznę od początku.. - Puścił jej nadgarstek, nie chcąc przedłużać kontaktu bardziej, niż było to konieczne. I tak wiele go to kosztowało. Do tej pory nikomu nie pozwalał dotykać swojego ciała, nawet Fran nie miała tej możliwości. A Abigail... Z nią czuł się dziwnie blisko, bezpiecznie, jakby pasowali do siebie jak dwie połówki jabłka.
 - Pochodzę z arystokratycznej rodziny z głęboko zakorzenionymi tradycjami. Jestem jedynakiem, więc niemal od dziecka byłem przez wszystkich rozpieszczany. Miałem wszystko, o czym tylko mogłem zamarzyć, cokolwiek tylko chciałem, rodzice zaraz mi to załatwiali. Byłem też całkiem urodziwym dzieciakiem, toteż wszystkie ciotki rozpływały się nad moją urodą. Nie wszystkim to się jednak podobało. Kuzyni zazdrościli mi, mimo że sami dorastali w niemalże takich samych warunkach. Jednak ja... Ja w ich oczach byłem lepszy, pierwszy. W końcu to ja, po śmierci ojca, miałem objąć funkcję głowy rodziny. Z biegiem lat inne dzieciaki coraz bardziej zaczęły mi dokuczać, co sprawiło, że rodzice zaczęli mnie izolować. Mimo to... Artur, mój kuzyn, starszy ode mnie o cztery lata, i tak znalazł sposób, by mi dokuczyć. Miałem wtedy 13 lat. Nie pamiętam już dokładnie, co to była za okazja, jednak wiem, że to było jedno z nielicznych świąt, kiedy to "musiałem" spotkać się z innymi. Cała rodzina zjeżdżała się do naszego domu, by świętować jakąś kolejną rocznicę czy czyjeś urodziny. Większość dorosłych wieczorem była więc zajęta bankietem wyprawianym przez moich rodziców. Ja, jako że byłem za młody na takie zabawy, musiałem siedzieć u siebie w pokoju. Nie przeszkadzało mi to jednak. Lubiłem samotność, a głośna muzyka szybko mnie męczyła. Już miałem kłaść się spać, kiedy Artur przyszedł do mojego pokoju... Od razu było widać, że miał nieczyste sumienie.  
Przerwał, zbierając myśli. Ciężko było mu o tym mówić, jednak chciał, by Abigail miała jasny obraz sytuacji. Zresztą, był jej to winien, ona również się przed nim otworzyła. Upił łyk herbaty, do której wcześniej dolał mleko i wsypał dwie łyżeczki cukru. Przez chwilę trzymał filiżankę w dłoniach, po czym odłożył ją na stolik, gotowy do dalszej opowieści. 
- Zgwałcił mnie. Brutalnie. Nie był ani trochę delikatny. Zrobił wszystko, by jak najbardziej bolało. Widziałem to w jego spojrzeniu - zacisnął dłonie w pięści, wbijając w nie paznokcie. Przygryzł wargę, próbując się uspokoić. Te wspomnienia, tak dawne, wciąż wzbudzały w nim lęk. Czuł jego dotyk na swoim ciele, jak wszedł w niego, jak się w nim poruszał, czuł to wszystko, jakby wydarzyło się to wczoraj, a nie ponad dziesięć lat temu. Odetchnął głęboko, wypuszczając powietrze nosem, by się uspokoić. 
- Zabronił mi mówić o tym komukolwiek. Powiedział, że jeśli pisnę choć słówko, to mnie zabije. Byłem naprawdę przerażony. Nie chciałem umierać...
Oczywiście, nikomu nie powiedziałem, co się wtedy wydarzyło. Przez kilka dni czułem dyskomfort w wiadomych partiach, jednak nikt nie zwrócił na to większej uwagi. Non stop robiłem sobie jakąś krzywdę, więc już nikogo nie dziwiło, gdy coś mnie bolało. 
Nie skończyło się jednak na tym jednym razie. Za każdym razem, gdy do nas przyjeżdżał, on zawsze przychodził do mnie i to robił. Zaczynałem mieć koszmary, stany lękowe, dostawałem ataków histerii na samo wspomnienie jego imienia. Przestałem nawet wychodzić z pokoju, gdy on był u nas w domu. Potrafiłem tak przesiedzieć tygodniami, niewiele jedząc czy pijąc. Nic nie przechodziło mi przez ściśnięte strachem gardło....
To wszystko trwało dwa lata. Później on założył własną rodzinę, wyjechał z Włoch i już nas nie odwiedzał. Długo zajęło mi dojście do siebie, mimo to jakoś się udało. Jednak cała ta sytuacja zostawiła na mnie swój niezatarty dotąd ślad.... Za każdym razem gdy tylko widzę homoseksualną parę mam ataki paniki, nieważne, czy to kobiety, czy mężczyźni, czy tylko się za ręce trzymają, nic więcej nie robiąc, nieważne. Choć i tak muszę przyznać, że od pewnego czasu udaje mi się nad tym panować...

Znów przerwał, upijając kolejny łyk herbaty. Przez dłuższą chwilę znowu się nie odzywał. Musiał ochłonąć. Te wspomnienia... To naprawdę bolało. Chyba nawet Fran o tym nie wiedziała... A Sakid? Sam już nie pamiętał, czy mu o tym mówił... Teraz już i tak tego nie zrobi...
- Zbuntowałem się w wieku 18 lat. Postanowiłem wyjechać, znaleźć swoje miejsce. I tak zrobiłem. Wędrowałem niemalże po całej Europie, nigdzie nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Dopiero w Londynie zostałem na dłużej. Tu też spotkałem swój "ogon". Moja matka była naprawdę nadopiekuńcza. Załatwiła mi ochroniarza, który chodził za mną jak cień, a który ujawnił się dopiero w Londynie. Sakid... Był naprawdę wspaniały. Rozumiał mnie jak nikt. Przy nim czułem się naprawdę dobrze. I bezpiecznie, przede wszystkim. Był dla mnie przyjacielem, bratem, którego nigdy nie miałem... Myślałem, że już wszystko będzie dobrze, że w końcu wszystko zacznie się układać...
Wiadomość o chorobie ojca spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Postanowiłem wracać do Włoch, najszybciej, jak to tylko było możliwe. Sakid, oczywiście, podróżował ze mną. Gdzieś we Francji musieliśmy się, rzecz jasna, pokłócić. Przez to nie zachowaliśmy odpowiedniej czujności. Zaatakowali nas pod osłoną nocy. Zaskoczyli nas. Jak dzieci... Choć jakbym szedł sam, to jeszcze rozumiem. Ale był przecież ze mną Sakid... On powinien przecież coś zauważyć. Daliśmy się otoczyć jak jakieś niedoświadczone nastolatki. Było ich pięciu... nie, sześciu. Byłem przerażony. Wszyscy byli uzbrojeni po zęby, wydawało się, że nie mamy żadnych szans. On się jednak nie poddał. Bronił mnie do końca... Mimo że zaatakowali go niemal wszyscy jednocześnie. To był naprawdę piękny i zarazem przerażający widok. Kazał mi uciekać, ale ja nie potrafiłem. Stałem w miejscu jak wryty, ściskając w ręku moją śmieszną włócznię. Nawet nie potrafiłem użyć jak należy... 
To wcale nie jest łatwe, patrzeć na śmierć przyjaciela. Szczególnie ze świadomością, że to twoja wina, bo sparaliżował cię strach. To był moment. W jednej chwili patrzyłem, jak Sakid wręcz tańczy wśród napastników, tak zwinne były jego ruchy. A moment później z pleców mojego ochroniarza wystawał długi, zakrwawiony miecz. Wtedy po raz pierwszy zauważyłem grawerowanego na nim słonecznika. Wiedziałem, że to sprawka Artura. Gnojek, był drugi w kolejce po władzę. Wtedy coś we mnie pękło. Rzuciłem się w wir walki ze wściekłym okrzykiem, machałem tą moją wykałaczką na oślep, być może udało mi się kogoś zabić, nie wiem. Nie czułem nic, kompletnie, słyszałem tylko pulsowanie krwi w uszach. Doznałem jakiegoś zaćmienia, nie wiem, jak to nazwać. Ale to trwało tylko kilka minut. Nagle poczułem dziwne ciepło rozlewające się gdzieś pod sercem. Cała moja siła gdzieś uleciała. Jeden z nich wbił mi krótki sztylet między żebra. Nie docierało do mnie to, co się wydarzyło. Że to już koniec. Ostatnim, co wtedy słyszałem, był dźwięk upadającej włóczni. 
Obudziłem się u jakiejś kobiety. Jej mąż był elfem, to on mnie uratował. Przecież powinienem nie żyć, nie z taką raną. Niestety, Sakida nie udało się uratować... Do domu wróciłem więc sam, by pożegnać mojego umierającego ojca. Po jego śmierci objąłem urząd głowy rodu, nie zważając na to, co myślą o tym inni. Przestałem się bać, już nie byłem tym samym, bojaźliwym kocurem. Te wydarzenia... Sprawiły, że, chcąc nie chcąc, musiałem dorosnąć. Musiałem zmierzyć się z przeznaczeniem, jak na dorosłego rysia przystało. Byłem... Jestem w końcu odpowiedzialny za moją rodzinę, jakakolwiek by ona nie była...

Uśmiechnął się gorzko, kończąc swoją opowieść. Upił kolejny łyk herbaty, dopiero teraz zauważając, że drżą mu dłonie. Przygryzł wargę, by powstrzymać cisnące mu się do oczu łzy. Nie rozumiał tego. Przecież powinien poczuć ulgę... A nie beczeć jak dziecko... 
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Abigail
Mutant
avatar

Fabularnie : Olivier
Liczba postów : 16
Join date : 22/01/2014

PisanieTemat: Re: Sunset Avenue 24   Nie Lut 02, 2014 1:54 pm

Nie do końca zrozumiała całą tą sytuację, sama była po części jeszcze w świecie wspomnień i dawnych myśli. Kiwnęła nieco bezwiednie głową, podnosząc się ze swojego siedziska i zbierając swoją, bezcenną w jej oczach, gitarę. Nie oponowała przed płaszczem chłopaka, choć raczej dosyć bezwiednie pochwyciła jego poły, zaciskając go wokół siebie, zarzucając nań gitarę na barku. Korzystała z jego pomocy przy przeprawie od czasu do czasu, bo niestety nie było zbyt miło na chodnikach czy asfalcie, chociaż wciąż wydawało się, iż jest myślami gdzieś daleko. Dopiero kilka, dłuższych minut na zimnym powietrzu ją ocuciło i przywróciło do normy myślowej. Akurat kilka chwil przed tym, jak dotarli do domu mężczyzny. Pozwoliła mu działać, po czym weszła, puszczona przodem. Dała z siebie zdjąć płaszcz i kurtkę, pozbyła się też butów, ale gitary nie dała sobie odebrać. Niet, ona zostaje przy niej. Nie odda jej, przynajmniej jeszcze nie.
Wciąż we względnym milczeniu, nieco nie pamiętając drogi tutaj, pozwoliła się wprowadzić do salonu. Kiwnęła głową na potwierdzenie, że rozumie gdy powiedział jej by się rozgościła. Hm... Mimo wszystko jednak, aż tak jak w swoim domu się tu nie czuła, starała się jednak tego nie okazywać. Usiadła więc w rogu kanapy, stawiając futerał z gitarą między swoimi nogami. Nie długo jednak utkwił w tej pozie, bo szybko go rozsunęła, dobywając przy okazji kostkę z kieszeni (nigdy się z nią nie rozstaje). Futerał odłożyła na bok, a gitarę ujęła w dłonie, układając ją sobie w miarę wygodnie. Gryf w zasięgu prawej dłoni, pudło ze strunami w lewej. Niestety, gitara akustyczna. Raczej nie nosi przy sobie wzmacniaczy, ni? Właśnie. Chciała sprawdzić naprężenie strun, więc Oli mógł usłyszeć kilka, testowych szarpnięć strun z pomocą kostki, bez żadnego, konkretnego rytmu. Bardzo dokładnie chciała struny przystosować do gry, bo być może jej zdolności tu się przydadzą.
Gdy usłyszała kroki powrotne, odpuściła dalszym działaniom, kryjąc kostkę z powrotem do kieszeni, a gitarę stawiając obok, opierając o oparcie kanapy i rozsiadając się nieco wygodniej. Gdy tylko wrócił, już nieco przytomniej, powitała go miłym, subtelnym uśmiechem, chociaż nie sądziła by to, co chciał powiedzieć było dla niego lub jej miłe. Nie przyglądała się chwilowo zastawie, choć na pierwszy rzut oka zdecydowanie wyglądała ładnie... No co? Abi nie jest znawczynią antyków, nie oczekujcie od niej cudów. I zresztą, ta porcelana nie interesowała ją tak, jak chłopak...
Który nieco zaskoczył tym dosyć śmiałym gestem po swoich słowach. Nie oponowała jednak, badając ciało chłopaka palcami, wyczuwając zarówno jego blizny, jak i budowę. Nie mogła skłamać że był zbudowany nienajgorzej, ale to chyba cecha wspólna nieśmiertelnych. Zawsze piękni, zawsze przystojni...
Aż czasem chce się być takim...
Ale wróćmy do rzeczywistości. Słuchała go, swoje oczy z dłoni jaką wsunął sobie pod koszulę przeniosła na jego twarz, słuchając. Ta jedna blizna była zbyt wyraźna... Zbyt wyraźna by ją przeżyć, szczególnie w tym miejscu. Powoli wysunęła spod jego koszuli, ostatni raz pozwalając sobie na, mimo wszystko, przyjemny dotyk jego skóry. Nie była jakoś natarczywa, sunęła palcami delikatnie, opuszkami wprost.
I teraz rozpoczął swoje słowa. Spodziewała się że ma więcej do powiedzenia niż ona, w końcu... Nieśmiertelny, prawda? Prawda. I faktycznie, miał... Ale jak tak spojrzeć, nie okazał się starszy dużo od niej. Czyli Olivier to arystokrata, w sumie, można to było w nim wyczuć. Takich dżentelmenów czasem ze świecą szukać, mimo wszystko. Przerwa znaczyła jedno - to co robił jego kuzyn było zdecydowanie czymś wstrząsającym. Jego gest przypomniał jej o herbacie, więc, podobnie jak on wsypała tam dwie łyżeczki cukru, i w sumie tyle. Nie widziała powodu w dolewaniu mleka do herbaty, to była dla niej czarna magia. Nie piła jednak, ciekawość skutecznie sprawiała, że nie chciała pić.
... A więc przeżył to, co Abigail udało się cudem uniknąć. I to nie raz... Przez dwa lata... 13 letnie dziecko...
Cóż, może jednak nie miała tak źle, jak sądziła. Pokój bez klamek wydawał się w tym wypadku bezpieczniejszy od własnego pokoju chłopaka. Naprawdę.
Nie chciała przerywać i nie przerywała, samej układając w swojej głowie to, co działo się z nim. Musiała przyznać że jego psychika była naprawdę silna, skoro zdołał to... Przetrwać, bez samemu pozbawiania się życia. Ona... Ona chyba by nie mogła, nie bez niczyjej pomocy.
Więc uciekł, prawdopodobnie tak samo zrobiłaby różowowłosa. Huh... W tej chwili cieszyła się, że jej rodzice nie byli aż tak opiekuńczy, by słać za nią ochroniarzy, ale kto wie? Może takowy byłby najlepszą osobą, jaką by spotkała.
A może już ją spotkała...
Gdy skończył swoją opowieść, dziewczyna milczała jeszcze kilka chwil, układając sobie to wszystko w głowie. Stracił dzieciństwo, stracił najbliższego przyjaciela... Stracił wszystko, co mogłoby mu dać szczęście... Opuściła głowę, nie wiedząc jak w tej chwili mu pomóc.
- Świat jest zbyt mały, by uciec swoim prześladowcom... Trzeba im stawić czoła... Pamiętasz jak mówiłam ci o tym, że prawie mnie zgwałcono? - Uniosła wzrok ku rysiowi, z bladym, gorzkim uśmiechem na swoim obliczu. - Nie udało mu się tylko dlatego, że zginął, gdy zaczęłam krzyczeć o pomoc. Jego głowa najzwyczajniej popękała od mojego głosu... A on zalał mnie swoją krwią. Tylko to sprawiło, że uniknęłam... Cóż, losu takiego jakiego ty nie zdołałeś. - Sięgnęła po filiżankę i upiła łyk herbaty, po czym podniosła się z kanapy, łapiąc za gitarę i odchodząc kawałek od wszelakich mebli, delikatnie się uśmiechając. - Zaśpiewam ci coś, wsłuchaj się w ten utwór, w jego słowa. Nie wiem czy to ci pomoże... Ale tylko tyle umiem zrobić w tej chwili. - Zamknęła oczy, przez chwilę kojarząc rytm. Zaczęła najpierw wystukiwać go o podłogę piętą, po czym wyjęła z kieszeni kostkę, ujmując w dłonie gitarę dokładniej. Pochwyciła uważnie gryf, przycisnęła kostkę do strun, i zaczęła. Pierwsze kilkanaście sekund było w sumie nieustającym, powtarzającym się jednym dźwiękiem, ale gdy tylko to się skończyło, zaczęła delikatniej tworzyć dźwięki, nieznacznie szarpiąc dane struny kostką. Melodia była dosyć melancholijna, tak samo jej głos po chwili.
- So clever, whatever,
I'm done with these endeavors.
Alone I walk the winding way.
Here I stay.

It's over, no longer,
I feel it growing stronger.
I'll live to die another day, until I fade away.
- Szarpnięcia strun trochę się nasiliły, choć było to raczej nieznacznie wrażenie, dla nadania wydźwięku refrenowi, zaś ostatnia strofa została zaśpiewana mocniej, jakoby głosem z przekonaniem, siłą. - Why give up, why give in?
It's not enough, it never is.
So I will go on until the end.
We've become desolate.
It's not enough, it never is.
So I will go on until the end.
- Stopniowo w trakcie refrenu co wers nasilała swój głos, sprawiając że stawał się pewniejszy, aż przy ostatnim słowie wykrzyczała to, pewnie i mocno, jakby dodając samej sobie tym otuchy. Szarpnięcia strun zwolniły ponownie, wracając do melancholijnego stanu, podobnie jak jej głos.
- Surround me,
It's easy to fall apart completely.
I feel you creeping up again.
In my head
- Szarpnięcia strun znów poczęły się nasilać, podobnie jak jej głos ponownie wracał do poprzedniej pewności i stabilności, hymnu swoistej otuchy i pocieszenia.
- It's over, no longer,
I feel it growing colder.
I knew this day would come to end, so let this life
begin.
- Ponownie nastał refren, głośny i wyraźny, gdzie co pół wersu jej głos przeciągał się, a ona sama znacznie unosiła swój głos ponad dźwięki, jakie wydawała swoją gitarą.
- Why give up, why give in?
It's not enough, it never is.
So I will go on until the end.
We've become desolate.
It's not enough, it never is.
But I will go on until the end.
I've lost my way.
I've lost my way, but
I will go on until the end.

Living is hard enough without you fucking up.
- Strofy a pro po utraty drogi były na swój sposób zawodzone, przeciągane nader wyraźnie, gdy zaś ostatnie zdanie było stopniowo nasilane z cichego głosu, ku wyraźnemu, przeciągniętemu krzykowi, mogło to nieznacznie zadzwonić w uszach Oliemu, szczególnie że nie panuje do końca nad mocami dźwiękowymi. Zamilkła, pozwalając sobie na solówkę (chociaż i tak grała dosyć solowo). Początkowo były to na swój sposób skoczne szarpnięcia, przez kilka drobnych sekund, po czym zaczęła ciągłą grę, mistrzowsko zmieniając nacisk na struny i szarpiąc odpowiednie. Zwolniła tylko nieco, by najpierw wydać z siebie długie, melodyjne "woooaw", po czym wrócić do refrenu, i ostatniej części utworu, śpiewając z pełnym przekonaniem, pewnością, jakoby fakt że śpiewa o tym iż jest słaba i zgubiła swoją drogę napełniał ją dodatkową odwagą i otuchą. Gdyż ona wygra ostatnią walkę...
- Why give up, why give in?
It's not enough, it never is.
So I will go on until the end.
We've become desolate.
It's not enough, it never is.
But I will go on until the end.
I've lost my way.
I've lost my way, but
I will go on until the end.

The final fight I win,
the final fight I win,
the final fight I win, but
I will go on until the end.
- Ostatnie zdanie już wyśpiewane ciszej, na znak końca, a zaraz po nim nastąpiły ostatnie, delikatnie szarpnięcia, po których odetchnęła głęboko, chowając kostkę do kieszeni i wracając na kanapę, kładąc gitarę z powrotem na jej miejsce. - Niezależnie od tego jak gorzej będzie, jak trudniej się dzieje i jak chłodniejszy staje się świat, trzeba iść aż ku końcowi... By zwyciężyć w ostatniej walce.

Utwór: Breaking Benjamin - Until The End(Acoustic)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Olivier
Oswojony
avatar

Liczba postów : 24
Join date : 28/06/2013

PisanieTemat: Re: Sunset Avenue 24   Nie Lut 02, 2014 3:14 pm

Popatrzył na nią z wyraźnym bólem, z którego on sam nawet nie zdawał sobie sprawy. Jego wspomnienia w połączeniu z tym, co usłyszał wcześniej od Abi... To było dla niego zbyt wiele. Może był silny, a może po prostu nie miał odwagi, by ze sobą skończyć?
Wiele razy bowiem o tym myślał. Że tak byłoby najprościej. Zasnąć i nigdy się nie obudzić, zapomnieć o tym, co się działo, o tym, że bolało, że na świecie jest tyle zła. Mieć gdzieś rodzinę, przyjaciół, myśleć trochę samolubnie. Gdyby tylko potrafił ot tak odciąć się od tego wszystkiego, gdyby mógł choć na chwilę zapomnieć o zobowiązaniach, o tych wszystkich łańcuchach trzymających go na tym okrutnym świecie, gdyby choć na chwilę, by mógł podciąć sobie żyły albo łyknąć garść tabletek.... Zasnąć, już na zawsze....
Ale co powiedziałby Sakid? Nie byłby zachwycony jego zachowaniem, zganiłby go. Oli pewnie zawiódłby jego uczucia, gdyby tylko spróbował wcielić swój plan w życie. Przypatrując się dziewczynie, jak ustawiała się, jak przygotowywała się do gry, nawet nie rozumiał, co do niego mówiła. Słuchał ją, ale nie słyszał, pogrążony we własnych wspomnieniach. Sakid... Przecież jego już nie było, zostawił go. Teraz musiał radzić sobie sam.... Ale nie potrafił, jego psychika powoli zaczęła się łamać, jego siła już dawno stopniała, nadwerężona wydarzeniami z dzieciństwa. Wtedy tylko strach go uratował. Strach, który nie pozwolił mu sięgnąć po nóż, by ze sobą skończyć. Bał się tego cholernego bólu, mimo ze towarzyszył mu on niemalże na każdym kroku.
Jej głos... Docierał do niego, jak przez mgłę. Kolejne słowa piosenki tylko bardziej uświadamiały mu, jak to wszystko bolało. Nie potrafił dłużej wstrzymywać łez. Nie mógł dłużej powstrzymywać bólu, który odczuwał za każdym razem, gdy tylko myślał o tym, co go spotkało. Podciągnął kolana na kanapę, opierając o nie głowę. Objął się ramionami, chowając w nich twarz tak, że tylko drżenie ramion zdradzało jego obecny stan emocjonalny. Już dawno przestał chować uszy, które teraz położył po sobie. Łzy płynęły mu po twarzy nieprzerwanym potokiem i nawet zaciskanie powiek niewiele tu pomagało. Na próżno próbował się uspokoić. To i tak nic nie dawało.... To ona była silna, nie Oli. To Abi miała siłę, by poradzić sobie z tym wszystkim, Swoje emocje przelewała w muzykę, która była jej siłą. A Olivier? Rozkleił się jak jakaś nastolatka z problemami godnymi współczesnego świata. Nie był w stanie nic powiedzieć, bojąc się, że i głos go zawiedzie. Wciąż próbował się uspokoić, ogarnąć własne uczucia. Nie powinien, do jasnej cholery, nie powinien przy niej płakać! Powinien być silny, dla niej, dla Sakida... A łzy? Przecież to oznaka słabości....
Przynajmniej tak mu wpajano...
Jej ponowne pojawienie się na kanapie przyjął lekkim drżeniem ucha. Naprawdę próbował się uspokoić, wciąż jednak skulony bał się spojrzeć w jej twarz. Wstydził się tego, jak zareagował na jej piosenkę, na jej słowa... W ogóle po co on jej to wszystko opowiadał?!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Abigail
Mutant
avatar

Fabularnie : Olivier
Liczba postów : 16
Join date : 22/01/2014

PisanieTemat: Re: Sunset Avenue 24   Pon Lut 03, 2014 8:42 pm

Chyba jednak jej utwór niezbyt tu pomógł... Widziała że im dalej śpiewała, tym mocniej pochłaniały emocje chłopaka. Negatywne emocje. Ból, strach... Zwątpienie, które pchnęły go w płacz. Nie to że chciała to osiągnąć (chociaż lubi patrzeć na płaczących mężczyzn - na swój sposób są dla niej ciekawsi, bardziej emocjonalni), ale widać nie było innej drogi.
Widząc że jej obecność niezbyt wiele sprawiła, postanowiła nieco się zbliżyć. Wstała z kanapy, nieznacznie odsuwając w tył stół, po czym ukucnęła przed nim, zbliżając swoją twarz do jego głowy na tyle blisko, by słyszał ją wystarczająco dobrze. Zaczęła powoli i delikatnie głaskać jego rude włosy, chcąc go uspokoić choć odrobinę. - Oli... Nie możesz pozwolić na to, by przeciwności losu cię sprowadziły na dno. Nie wstydź się łez - nie musisz przede mną. - Delikatnie wsunęła dłonie między jego ramiona, podnosząc powoli zapłakane oblicze chłopaka tak, by ich spojrzenia się spotkały. Jej - pełne zrozumienia i jego - pełne bólu. Mimo to jednak - uśmiechnęła się ciepło, na swój sposób - pocieszająco. - Jesteś naprawdę zbyt wspaniałym mężczyzną, by takie sprawy ściągnęły cię na dno. Musisz znaleźć w sobie tą siłę, którą miałeś. To, co widział w tobie Sakid, to, co sprawiło że walczył za ciebie do ostatniej kropli krwi i ostatniego oddechu. Nie możesz pozwolić na to, by jego śmierć poszła na marne - oddał swoje życie po to, byś ty podniósł się. Bądź silny... Dla jego pamięci. Nie bój się życia - chwyć je za jaja i spraw, by tańczyło tak, jak mu zagrasz. - Nawet na końcu odrobinę zachichotała, po czym, już nieco na siłe ściągnęła jego kolana w dół, rozłożyła ramiona i przytuliła go. Dlaczego? Nie miała pomysłu, poprostu uznała, że to właściwe teraz...
Nie. Poprostu tego chciała. Teraz. Teraz właśnie chciała to zrobić, przytulić go, podzielić się swoją siłą i swoimi zdolnościami...
Moment, zdolności! Tak jest, to może pomóc! Może gdy Oli wyrzuci z siebie złe emocje - pomoże mu to odzyskać równowagę, przynajmniej teraz.
- Co powiesz na to bym ci pomogła nieco wyrzucić z siebie tych emocji? Co prawda nie mam tej gitary, którą lubię... Ale muzyka łagodzi obyczaje, więc... Może zagram ci coś, a ty zaśpiewasz? Znasz jakieś utwory? A może sam umiesz coś zagrać i mi zagrasz? Z przyjemnością cię posłucham. - Nie, nie przeszkadzało jej, że tuliła go do siebie i swoich piersi dalej, dłońmi powoli i uspokajająco głaszcząc go wzdłuż włosów, chcąc chociaż odrobinę w ten sposób pomóc. Mimo wszystko - nie była terapeutą, ani nie pozwalała nikomu się zbliżyć na tyle mocno, by teraz umiała komuś pomóc. A jemu... Jemu chciała pomóc. Naprawdę chciała. Nie miała pomysłu czemu ani dlaczego - ale chciała. I to bardzo, jak najbardziej jak tylko umie, każdym sposobem jaki potrafi.
Puściła jednakowoż go, znów kucając tak, by zrównali się twarzami, po czym otarła dłońmi jego zapłakane policzki, uśmiechając się wciąż ciepło. Zdecydowanie to mógł być ciekawy widok - pewnie przypominała lolitkę z tymi włosami, nie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Olivier
Oswojony
avatar

Liczba postów : 24
Join date : 28/06/2013

PisanieTemat: Re: Sunset Avenue 24   Pon Lut 03, 2014 10:49 pm

Cholera. Cholera. Nie tak miało być, wszystko poszło źle, znowu coś zepsuł... To nie ona miała go pocieszać, miało być na odwrót... Chciał podnieść ją na duchu, sprawić, by mu zaufała... A co osiągnął? Nic. Beczał teraz jak małe dziecko, a niby był taki dorosły. Gówno prawda. Wciąż nie radził sobie ze sobą, wciąż wiele nocy przepłakał samotnie w poduszkę. To wszystko go przytłaczało, emocje, wspomnienia. Samotność powoli go zabijała. Potrzebował Abigail. Potrzebował jak powietrza. Dopiero teraz uświadomił sobie, w jak czarnej dupie znajdował się do tej pory.
Wpatrywał się w te jej cudowne, niebieskie oczy szukając dla siebie ratunku. Tak, ratunku. Był na dnie, nie potrafił się z niego wydostać. Potrzebował kogoś, kto mu w tym pomoże, anioła stróża, który wyciągnie do niego rękę. I tym aniołem w tej chwili zdawała się być Abigail. Ze swoim kojącym dotykiem, ze swoim głosem, kolejnymi zdaniami, których sensu nawet nie rozumiał. Ale czy to było ważne? Liczyło się to, że tu była. Że nie uciekła, nie przestraszyła się jego przeszłości, która wciąż go prześladowała. Czuł się winny. Winny za to, że został zgwałcony, że Sakid za niego zginął, że ojciec zachorował. Obwiniał się o wszystko, co do tej pory wydarzyło się w jego życiu, nieważne, czy słusznie, czy też nie. Gdyby nie był taki słaby, gdyby umiał choć trochę o siebie zadbać... Nie byłoby tego wszystkiego...
Gdy Abigail przytuliła go do siebie, odruchowo objął ją, przyciągając na swoje kolana. Wtulił się w nią, powoli się uspokajając. Jej dotyk był cudownie kojący, działał jak balsam na jego skołatane nerwy. Łzy już przestały płynąć, jednak jego ciałem wciąż od czasu do czasu wstrząsały delikatne spazmy. Jednak i one stopniowo zanikały. Jego oddech stawał się coraz bardziej miarowy, spokojny. On sam również nieco się wyciszył, na tyle, by wypuścić ją ze swoich ramion. Na jej propozycję skinął tylko głową i podniósł się z kanapy. Niemalże natychmiast swoje kroki skierował do stojącego pod oknem fortepianu, jednak, gdy jego wzrok padł na opartą o kanapę gitarę, coś sobie przypomniał.
- Uhm... Grasz na gitarze elektrycznej... Prawda? - spytał cicho, po czym, nie czekając na odpowiedź, udał się na górę, do swojego gabinetu. Stamtąd wziął swoją gitarę elektryczną i wzmacniacz i tak obładowany ostrożnie zszedł na dół. Zanim podał instrument dziewczynie upewnił się, że wszystko działa, a sama gitara jest dobrze nastrojona.
- Mam nadzieję, że przypadnie Ci do gustu... - powiedział cicho, wciąż lekko drżącym po płaczu głosem. Sam skierował swoje kroki do fortepianu, usadawiając się wygodnie. Przez chwilę siedział w ciszy, z zamkniętymi oczami, by później powoli zacząć wygrywać pierwsze tony melodii. Spokojne nuty zawisły w powietrzu, wprawiając ich w melancholijny nastrój. Wstęp nie trwał jednak zbyt długo....
I'm so tired of being here,
Suppressed by all of my childish fears,
And if you have to leave,
I wish that you would just leave,
Your presence still lingers here,
And it won't leave me alone...

Cichy, czysty głos Oliego idealnie komponował się w wygrywaną przez palce melodię. Jego głos płynął powoli, to wznosząc się, to opadając. Wlewał w ten utwór wszystkie swoje emocje, co wyraźnie było słychać, szczególnie w mocniejszych fragmentach piosenki. Jego palce płynnie przeskakiwały pomiędzy kolejnymi klawiszami, wydobywając z instrumentu chwytające za serce tony.
Grał, wkładając w piosenkę całe serce od początku do końca. Pod koniec stopniowo wyciszał piosenkę, tworząc naprawdę zgrabne przejście. W chwili, gdy ostatnia nuta już przebrzmiała, Oli wciąż siedział nieruchomo przy fortepianie, z wzrokiem wbitym w klawiaturę instrumentu. On również powoli się wyciszał, uspokajał wzburzone melodią serce.
Musiał jednak przyznać, że pomysł Abi spełnił swoje zadanie...

Piosenka grana przez Oliego
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Abigail
Mutant
avatar

Fabularnie : Olivier
Liczba postów : 16
Join date : 22/01/2014

PisanieTemat: Re: Sunset Avenue 24   Wto Lut 04, 2014 7:18 pm

Oj tam, ale beczący, małe dzieci są na swój sposób rozczulające, prawda? Szczególnie w wypadku kobiet, podobno takie najłatwiej umieją zdobyć ich serca. A może i na zewnątrz jest dosyć twarda i oschła - tak wewnątrz ma w sobie trochę tej ciepłoty, która została z niej i gdzieś tam siedzi, ukryta w skamielinie, czekająca aż ktoś ją wydobędzie. Ktoś... Właśnie, ktoś. Może on? Bo czemu nie on? Czemu nie właśnie ten urokliwy, miły mężczyzna, który ukazał też, że nie jest typem bezmózgiego macho, a romantycznej istoty?
Cieszyło ją to, że nie poddawał się jeszcze tak łatwo, że wciąż walczył ze swoją słabością i swoim bólem. To jest właśnie to! Właśnie to! Walcz kocie! Pokaż pazury swoim bólom, przetnij je i przeżuj, nie pozwól się temu światowi tak traktować. Weź go za ster i nim kieruj, nie ono tobą. O to właśnie chodzi...
Tylko czasem ktoś musi wskazać kierunek. Tak jak ona teraz.
Początkowo nieco się zdziwiła wobec tego, cóż, śmiałego gestu, ale jednak nie oponowała, dając się wciągnąć na jego kolana i siadając na nich, dając mu się głęboko wtulić. Powoli i uspokajająco głaskała jego włosy, chciała jak tylko mogła mu pomóc. Na wszelkie sposoby jakie przyszły jej do głowy. Poprostu...
Zależało jej na nim. Nic innego nie mogła powiedzieć, inaczej nie mogła tego nazwać jak fakt, że zależało jej na nim. Szczerze jej na nim zależało. Bardziej niż na kimkolwiek, kogo poznała do tej chwili.
Widziała to, widziała dokładnie że w końcu zaczyna wracać do normy, przynajmniej normy emocjonalnej w tej chwili. Podniosła się do pionu zaraz po nim, splatając dłonie za plecami w oczekiwaniu na niego. Zanim jeszcze odszedł, usłyszała pytanie, chociaż nieco wybiórczo. Nie wiedząc dokładnie - kiwnęła głową. Coś było o gitarze, ale nie miała pomysłu o co dokładnie chodzi. Podrapała się po głowie w zamyśleniu chwilę po tym jak zniknął za progiem, zastanawiając się, o co może mu chodzić.
Szybko jednak odpowiedź do niej przyszła, a jej widok sprawił, że dziewczyna uśmiechnęła się ochoczo. O tak, to jej żywioł! Pozwoliła mu działać, zbliżając się do instrumentu, a gdy tylko dostała go w swoje dłonie, entuzjastycznie kiwnęła głową, sprawiając że jej włosy zatańczyły nieznacznie. - Och, zdecydowanie wygląda świetnie. Ale o tym potem, teraz Oli, skup się na przekazaniu swoich emocji temu utworowi. Wczuj się i daj ponieść rytmowi.
W sumie, zastanawiało ją przez chwilę, o jakim utworze może myśleć rudowłosy w tej chwili. Fortepian i gitara elektryczna? Pewnie jakaś ballada, tylko... Jaka? Być może sama będzie musiała użyczyć głosu, no i musi też zagrać, prawda? A żeby zagrać, musi wiedzieć co.
Szybko jednak skojarzyła już po pierwszych słowach. Tak... Zdecydowanie to w tej chwili pasuje, i wiedziała gdzie śpiewać i tam wplątywała swój głos. Razem z Olim, w refrenach pozwalała swoim strunom głosowym oddać się melancholii i tęsknocie utworu. Dała się ponieść rytmowi, i chciała nawet samej prowadzić wokal, ale to była chwila chłopaka. I nie zabierze mu jej, więc czekała spokojnie a żeby znów dołączyć się w refrenie do jego głosu. Zdecydowanie brzmieli w tym całkiem dobrze - może nawet Abi powinna go spytać o formę współpracy w przyszłości? Naprawdę ma piękny głos.
I w końcu nadszedł czas. Chwyciła mocniej gitarę w odpowiedniej chwili i poprowadziła gitarowy riff, mocny i wyraźny, choć nader mocno brakowało jej tu perkusji, która dopełniłaby całości. Nie szczędziła też głosu gdy był potrzebny, ale fakt faktem, dużo nie zagrała. Chwilę... Lecz to wystarczy. To był show kociaka, nie jej.
Gdy więc ostatnie nuty ucichły, odłożyła gitarę obok wzmacniacza, po czym powoli i spokojnie podeszła do do boku Oliviera, uśmiechając się delikatnie w jego stronę.
- I jak? Mój pomysł się sprawdził?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Olivier
Oswojony
avatar

Liczba postów : 24
Join date : 28/06/2013

PisanieTemat: Re: Sunset Avenue 24   Sro Lut 05, 2014 10:31 pm

Brzmieli naprawdę wspaniale. Jej głos doskonale dopełniał jego wokal, tak samo i gitarowe riffy, choć było ich tak niewiele, naprawdę dużo wniosły do piosenki. Tych parę taktów sprawiło, że poczuł sie nieco lepiej. Wyrzucił cały swój ból w piosence, teraz czując jedynie spokój. Czuł ulgę. Czuł, że może iść dalej, pokonać potwory przeszłości, stawić im czoła. Czuł w sobie tę moc, która pozwalała mu podnieść się, odbić się od dna. Czuł się wolny.
Przez dłuższą chwilę milczał, napawając się tym uczuciem. To było naprawdę cudowne. Już dawno się tak nie czuł, chyba od śmierci Sakida.... Nie, nie może teraz o tym myśleć. Już dość. Wystarczy. Musiał się podnieść.
- Tak, dziękuję - odwzajemnił uśmiech, obejmując ją delikatnie w talii, by ponownie przyciągnąć na swoje kolana. Oparł głowę na jej ramieniu i odetchnął głęboko.
- Przepraszam... Za to wszystko. Nie powinienem obarczać Cię moimi problemami... Uch... Czasem przeraża mnie to, jak bardzo nie potrafię poradzić sobie ze swoim życiem. W końcu tyle czasu już minęło...
Westchnął ciężko, delikatnie głaszcząc ją po plecach. Jej dotyk, zapach, to działało na niego jak narkotyk. Uspokajało go, upajało lepiej niż alkohol. A dopiero co się poznali.... Nie rozumiał tego. I nie chciał rozumieć. Było mu dobrze tak, jak było. Nie potrzebował się zagłębiać zbytnio w szczegóły, kolejne warstwy tego, co czuł. Bał się, że to zniszczy całą magię, atmosferę, która wytworzyła się między nimi, a która była naprawdę cudowna. I potrzebna. Jak powietrze.
Wtulił się w nią jeszcze bardziej, powoli wyciszając ostatnie emocje. Odnalazł swój spokój, którego tak mu brakowało.
- Czuję się, jakbyśmy się znali od wieków, a nie od paru godzin. Jakbyśmy byli dla siebie stworzeni. Takie anioły, które czuwają nad sobą nawzajem. Czuję, jakbyś właśnie była takim moim aniołem. Nie potrafię inaczej tego wyjaśnić. Nie potrafię nazwać tego, co czuję inaczej niż opieka anioła. Niż jego dotyk tu, głęboko... - Przyłożył sobie dłoń do serca, w miejscu, gdzie sztylet minął jego serce o włos.
Nie chciał zmieniać tego stanu. Nie chciał, by cokolwiek teraz się zmieniało. Ta chwilowa stałość, jej zapach, dotyk, miękkość jej ciała... Dla niego czas mógłby się teraz zatrzymać, by mógł rozkoszować się tym momentem, zachować go w swej pamięci już na zawsze....
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Inu
Wojak
avatar

Fabularnie : Ariael - Przewodnik duchowy
Liczba postów : 58
Join date : 05/08/2012

PisanieTemat: Re: Sunset Avenue 24   Czw Lut 06, 2014 8:11 am

Opary rozpaczy... że też nie wyguzdrał się z domu wcześniej i nie pospieszył się, aby znać przyczynę zakrzywienia aury w tym miejscu. Kiedy przygnębienie rozpływało się w powietrzu, Inu nie mógł namierzyć źródła, więc jakiś kilometr od Sunset Avenue przycupnął na jednym z dachów i rozmyślał jak inaczej mógłby zlokalizować upatrzony cel. Bo niby z jakiej okazji rozpacz dałaby się tak prędko pokonać? Za sprawą Anioła! A wiadomo nie od dziś, że anielskie dusze to rarytasy w menu demonów. Na szczęście zostały mu inne zmysły, którymi mógł pokierować się aż do sedna sprawy. Wrażliwe uszy nasłuchiwały otoczenia poszukując czegoś co wyróżniałoby grobową ciszę z innych domostw przerywaną sporadycznymi bełkotami rodzin. I znalazł. Śpiew, gitara... oj jak doskonale pamiętał brzmienie tego drażniącego w bębenki uszne instrumentu!
Faust, gdzie Ty do cholery się podziewasz?
A Ty Agito? Upadłeś bez mojej pomocy?
Naprawdę nie miał zbyt trwałych relacji z kimkolwiek. Nawet jego siostra zaginęła bez śladu, tak więc został sam. A samotność przyczynia się do radykalnych działań na własną rękę. Trzeba wszystko wyrywać własnymi pazurami i trzymać przy sobie tak mocno, aby nikt inny nie wyrwał zdobyczy. Nikomu już nie ufał, wszyscy odwrócili się do niego plecami. Może nie potrafił zabłysnąć przed obliczem znajomych, lecz nie dano mu nawet na to większych szans. Tylko z Agito udało mu się przełamać pewne bariery, jednak cóż z tego, skoro został z tym wszystkim sam?
Dźwięk gitary z kolei nie mógł nie przypominać o dwóch personach w jednej. Faust i Izual, na morskim molu. Gdzie nie mogąc opanować swojego gniewu wbił kły w rękę grajka. Skutecznie został zmuszony do odwrotu z zamierzeń, bo raczej po duszeniu i wbiciu palców w oczy nie ma się ochoty na kontratak. Ta lekcja była pouczająca, dzięki niej coraz lepiej hamował swoją agresję, co nie zmieniało zbyt wiele w kwestii jego ogólnego zachowania. Zdziczałego, instynktownego, zwierzęcego. Tak jak teraz, gdy skakał z dachu na dach używając wszystkich kończyn, polegając na węchu i słuchu, dostrzegając już z kilkuset metrów to czego poszukiwał. Tuż przed celem zwolnił i bardzo cicho wskoczył na dach interesującego go budynku, żeby przykucnąć i nasłuchiwać. I akurat natrafił na ostatnią, wyżej opisaną, wypowiedzieć jednego z jego mieszkańców. Anioł... wymawiał to słowo pod wieloma ujęciami. Nie zrozumiał kontekstu, nie dla niego była czułość i miłość, czy coś w tym guście. Usłyszał to co chciał usłyszeć, teraz trzeba tylko otworzyć "puszkę" z którejś strony. Aha, mam Cię.
Okno w pomieszczeniu z kominkiem zdawało się chcieć wyrwać z framug. Z początku mogło to wyglądać jakby silny wiatr chciał wtargnąć do środka, do ciepła rozprowadzonego z centralnego punktu salonu. Ale kolejne szarpnięcia zdawały się być już na tyle nienaturalne, że w końcu bez proszenia o otwarcie - rozchyliły się skrzydła na boki. Zimny wiatr mieszał się z ciepłem pokoju, przez co powstał silny przeciąg. Wpadło trochę śniegu, który roztopił się na parapecie tak szybko jak przekroczył granicę między chłodem a gorącem. Lecz nie to powinno przykuwać uwagę obserwatorów.
Z dachu zeskoczył demon, który teraz kucał w oknie i zasłaniał sobą dostęp do świata poza budynkiem. Wiatr mierzwił jego srebrno-białe włosy, lecz tkwił nieruchomo, ze złotymi ślepiami, lustrując dokładnie osoby znajdujące się w środku. Żaden z nich nie wydzielał specyficznej, raniącej jego zmysły aury dobroci przypisywanej skrzydlatym wrogom. Dla pewności wciągnął przez nozdrza zapach z tego domostwa, lecz nie było ani grama świętości. Mimo wszystko nie schodził z posterunku. W pogotowiu miał swoją katanę, ale i tak raczej nie widział potrzeby, żeby z niej skorzystać już teraz.
-Gdzie... jest... Anioł?
Zapytał monosylabami, tylko przy wymowie Anioła nadwyrężył nieco swój język o dodatkową sylabę. Uszy sterczały nieruchomo ku górze, równie czujne jak jego właściciel. Bo wiedział, że prędzej czy później ci mieszkańcy zechcą się go pozbyć z tego miejsca. Nikt o czystych sercach nie przyjmuje pod swój dach demona. Może nie trafił na biblijnych fanatyków, lecz i tak był gotów tak tu sterczeć, dopóki nie usłyszy wyjaśnień co do jego krótkiego pytania. Jego kimono powiewało na wietrze coraz mniej usilnie, ale swą barwą i krojem wyróżniało się z otoczenia. Kto w zimie biega w szlafroku? Palce ze szponami przyszpilił mocniej na parapecie, jeszcze nie powodując trwałych uszkodzeń na tym obiekcie.

Ooc: Użycie telekinezy na oknie
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Abigail
Mutant
avatar

Fabularnie : Olivier
Liczba postów : 16
Join date : 22/01/2014

PisanieTemat: Re: Sunset Avenue 24   Pią Lut 07, 2014 1:20 pm

Znów ją zaskoczył tym gestem. Nie spodziewała się znowu tego, ale nie oponowała, było to nawet... Przyjemne, mimo wszystko. Pomimo tego jak byli blisko - nie odczuwała niechęci do tego gestu, mimo iż ledwie jak kilka godzin temu się poznali. Czuła się, jakby znała go od zawsze... Od zawsze... Na zawsze... Kiwnęła głową, obejmując go i pozwalając mu na jego gesty bez żadnej formy niechęci, a nawet by go zachęciła. Jakby nie było - jego dotyk, jego bliskość... Były naprawdę miłe, zbyt miłe. - Csiii, nie można wszystkiego tłumić w sobie. Trzeba dać ujść swoim emocjom, inaczej cię zabiją. Dziękuję jednak - za to że zdecydowałeś się podzielić nimi ze mną. To wiele znaczy. - Objęła prawą dłonią tył jego głowy i zaczęła delikatnie głaskać go, pozwalając mu się napawać jej bliskością i vice versa - sobie jego. Bo to było naprawdę... Niesamowicie miłe. Jego bliskość, dotyk, głos, nawet zapach, bo i taki czuła będąc blisko. Jego ciepło... Wszystko to składało się na tak miłe uczucie rozluźnienia i świadomość, że nie musi się bać. Że jest z kimś, kto jest jej bliski... Że jest z kimś, komu może zaufać. Kogo może... Nie, nie może. Jeszcze nie może, jeszcze nie umie tego tak nazwać... Jeszcze nie.
Wysłuchała go uważnie... Czuł podobnie. Czyli nie była osamotniona w tym odczuciu, co zaś oznacza że może... Nie, nie jest na to za wcześnie? Znają się ledwie od kilku godzin, a już... Nie, jakoś nie wierzyła by w to uczucie dało się złapać od "pierwszego wejrzenia", huh. Ale może jednak... Położyła lewą dłoń na jego dłoni, uśmiechając się nieśmiało. - Ja... Znam to słowo... Ale nie wiem... Nie wiem czy nie za wcześnie... Nie za szybko... - Zakłopotana kluczyła wokół tego słowa, bojąc się je wypowiedzieć. Bojąc się tego, że może to za szybko... A nie chciała go stracić, nie chciała sprawić, by ten się wystraszył, by uciekł, by zrobił coś innego. Nie chciała, nie chciała, i tego się bała. Potwornie...
Ale sielanka trwać nie mogła tyle czasu. Przez to ogólne rozluźnienie nie zwróciła w ogóle uwagi na to, co się dzieje wokół... I dopiero obcy, sylabizowany głos ją z tego wybudził. Jej wzrok natychmiastowo skierował się w stronę charczącego osobnika, siedzącego w oknie i nawołującego jakiegoś anioła. Jeśli go wyczuł... To wampir lub demon. Cholera, wzięła ze sobą to podręczne pismo święte? Byłoby w sam raz... Nie, nie miała na to czasu. Nie puszczając Oliviera lewym ramieniem, prawą dłonią wyjęła z kabury przy pasie, gdzieś nieco ponad prawym pośladkiem pistolet, który wymierzyła niemal od razu w stronę białowłosego, odbezpieczając go. Stabilny chwyt, pistolet nawet odrobinę nie drżał w jej dłoni, a ona sama miała palec na cynglu, gotów do strzału. - Jeśli nie podasz powodu dla którego tu jesteś i dla którego miałabym cię nie zastrzelić - strzelę. Jeśli go nie masz więc - odejdź. Nie ma tu żadnego anioła, ale zaraz mogę ci zacytować pismo święte, jeśli tak pragniesz mocy Boga. Chcesz? - Spytała, uśmiechając się krzywo. Cała jej dobroć nagle zniknęła, zastąpiona zimnem i opanowaniem godnym konkretnego skurwiela, który bez emocji byłby gotów posłać niewinnej osobie kulę w środek czoła. Może i Inu nie był niewinny - ale na pewno bez wyrzutów sumienia byłaby gotowa go zastrzelić, gdyby zagroził jej... Lub Olivierowi. Niestety - jest trochę nerwowa, a różowy to wcale nie taki miły kolor, jeśli zestawi się z jej charakterem.
- Więc? - Dopytała, czekając na odpowiedź.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Olivier
Oswojony
avatar

Liczba postów : 24
Join date : 28/06/2013

PisanieTemat: Re: Sunset Avenue 24   Pon Lut 10, 2014 11:07 am

Miała rację. Nie mieli do czego się spieszyć. Czasem to jedno słowo potrafiło więcej zniszczyć, niż naprawić. Czasem warto było jednak poczekać, lepiej się poznać, zaprzyjaźnić się. Dopiero potem coś zmieniać, coś zadecydować. Mimo wszystko miłość to nie takie hop siup. To była poważna sprawa, wymagająca wiele czasu i poświęceń. Nie mogli ot tak zadecydować o swojej wzajemnej przyszłości. A Abi była zbyt cudowna, by tracić ją przez jedno głupie wyznanie. Zrozumiał dokładnie, o co jej chodzi, sam bowiem czuł to samo. Posłał jej uśmiech pełen zrozumienia, w momencie jednak spoważniał, gdy do jego uszu dobiegły jakieś podejrzane szmery. Uczucie niepokoju ukłuło go pod sercem, jednak zanim zdążył cokolwiek zrobić, okno otworzyło się z hukiem, a na parapecie przysiadł dziwny osobnik. Od razu poderwał się, zasłaniając swoim ciałem Abigail, ignorując to, że jest bezbronny, a ona już mierzyła do nieznajomego z pistoletu. Tym razem nie dopuści do tego, by ktoś skrzywdził bliską mu osobę. Już raz popełnił ten błąd, nie miał zamiaru robić tego drugi raz.
Mimo braku wiatru za oknem rozległ się złowrogi szum. Oli był przygotowany, by w razie czego chronić dziewczynę, nawet za cenę własnego życia. Nieznajomemu źle z oczu patrzyło, zdecydowanie. I jeszcze ten zapach... Nie podobało mu się to, ani trochę. Pachniał złem, bólem, śmiercią. To zdecydowanie nie był dobry zapach. I jeszcze to pytanie o anioła... Znów Abi ubiegła go, jeśli chodzi o zadawanie pytań, jednak nie przeszkadzało mu to. Mimo wszystko cholernie się bał, choć starał się tego nie okazywać. Jednak był pewny, że jeżeli przyszłoby mu się teraz odezwać, głos natychmiast by go zdradził. A musiał być silny. Dla Sakida, dla niej... Dla siebie. Musiał być silny, musiał sobie udowodnić, że jednak jest coś wart, że jest w stanie zapewnić bliskim bezpieczeństwo. Skoro sama Abi miała w sobie dość odwagi, to on tym bardziej. Był w końcu facetem, jego obowiązkiem było chronić innych, dawać poczucie bezpieczeństwa. Nie mógł jej zawieść....

// gomen gomen za długość i czas oczekiwania ;^;
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Inu
Wojak
avatar

Fabularnie : Ariael - Przewodnik duchowy
Liczba postów : 58
Join date : 05/08/2012

PisanieTemat: Re: Sunset Avenue 24   Pon Lut 10, 2014 2:23 pm

Oho, stawiali opór. Dobre podziwu, lecz nie tym razem. Głodowanie źle wpływa na ogólną ocenę sytuacji. No i jeśli ktoś jeszcze dolewa oliwy do ognia w postaci dogryzania o świętej mocy, wcale nie sprzyja dobrej "współpracy". Zwłaszcza po ultimatum, które samo w sobie wydawało się trochę dziwne. Mogłaby od razu strzelać i spróbować czy dosięgnęłaby demona, lecz może chce oszczędzać na kulach. Kto ją tam wie.
-Wrr...
Warknął pod nosem na ogólną postawę człowieka płci żeńskiej. Ani trochę nie bała się spotkania z demonem, jakby w przeszłości takich pozbywała się za kiwnięciem palca. Nie był zły z powodu pukawki, jaką miała w rękach, ale za jej arogancję. Co ona sobie myślała? Że zwykłe pociski odstraszyłyby desperata, gdyby okazało się, że chowałaby tutaj jego posiłek? Naprawdę, zwierzęce instynkty były od tego mocniejsze. Nie pokazywał po sobie strachu na widok broni, może z niewiedzy jak takie coś może w dobrych rękach przeszkodzić w życiu. Miał do tej pory do czynienia z myśliwskimi strzelbami, i zapach prochu mógł jedynie sugerować, aby nie prowokować. Jak ta niewiasta.
Owszem, mógłby zadowolić się jej duszą, lecz co by było, gdyby ten Zmiennokształtny pokazał pazury? Albo ta kobieta skrywała coś więcej niż broń? Była zbyt pewna siebie, to ją zdradzało. Skierował ślepia na mniej rozgadanego, bo milczącego, młodego mężczyznę i wtopił źrenice w jego spojrzeniu, by móc wydobyć z niego chociażby potwierdzenie na słowa jego znajomej. Ale milczał, uparcie milczał, jakby nie chcąc mieszać się w krótką dyskusję. Stał mimo wszystko przed Różowowłosą w ramach obrony przed Inu. Może rzeczywiście patrzył złowrogo na otoczenie, bo nie ufał lokatorom, i podejrzewał w dalszym ciągu, że kryją u siebie jednego ze skrzydlatych istot. Skąd miał wiedzieć, że dali się uskrzydlić uczuciom, co? Zmrużył na chwilę powieki nie ruszając się z miejsca i penetrował swoimi zmysłami każde wahanie energii. Oczywiście nie znalazł żadnych poszlak, by ta dwójka kłamała. I tak nie był zadowolony - dał się zwieść byle słowom o Aniołach, dlatego tu zajrzał.
Ponownie rzucił badawczym spojrzeniem na Oliviera i Abigail. Nie mógł im zarzucić braku współpracy, przynajmniej tolerowali jego obecność, ale nie na długo. Wciąż pamiętał te słowa Błękitnookiej, której pistolet wciąż wycelowany był na intruza. Lecz teraz, gdy tak spoglądał już na spokojnie na tą parkę, nie miało to znaczenia. To, czyli możliwe postrzelenie. Nie to, iż wątpił w ich odwagę, po prostu nie dał im groźnych sygnałów, że zaraz rzuci się na ich gardła i udusi, by pożreć ich dusze. Ha, przecież nie mógł powiedzieć, iż chciałby przekąsić smaczną duszyczkę, stąd poszukiwania Anioła. Zresztą, pewnie gdzieś tam w podświadomości mogli wiedzieć po co był mu Białoskrzydły. Kurcze, robił postępy, ale kogo to obchodzi oprócz niego samego?
Cofnął się odrobinę ku tyłowi, lecz zatrzymał się, bo zaswędziało go za uchem i podrapał się palcami ozdobionymi w szpony, z tym że tymi u stóp. Gdy skończył odrobinę rozrywki, to wciągnął ostatni raz nozdrzami zapachy tej dwójki, aby zapamiętać ich - tak na przyszłość. Nic tu po nim, i tak nie znalazł tego czego poszukiwał, ale...
-...przynajmniej trochę się ogrzałem.
Mruknął szukając dla siebie pocieszenia w nieudanych łowach. Wskoczył z powrotem z parapetu na dach i zniknął im w ten sposób z oczu. Był głodny, potwornie głodny, a śnieg zaczął sypać niemiłosiernie grubymi płatami z nieba. Nie widział sensu biegania na złamanie karku, by dopaść kolejne mieszkanie, w którym mógłby wyczuć znamiona dobroci od świętości dzieci Najwyższego. Zdecydował się na zaczajenie przy kominie, gdzie nie było tyle śniegu, aby skryć się w jego cieniu i penetrować okolice z ukrycia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Abigail
Mutant
avatar

Fabularnie : Olivier
Liczba postów : 16
Join date : 22/01/2014

PisanieTemat: Re: Sunset Avenue 24   Pon Lut 10, 2014 9:43 pm

Kwestia nieznajomości oponenta oraz, mimo wszystko dosyć ludzka arogancja to jednak coś, co sprawiło, że dziewczyna zareagowała tak jak to zrobiła. Nie myślała - zanim zadała pytanie, w pierwszej kolejności wymierzyła broń. Nie przyjrzała się w pierwszej kolejności nawet zbytnio napastnikowi, dopiero gdy ten był na jej muszce. Zwierzęce pazury, mord w oczach... Cóż, nie znała się na naturze bestii aż tak mocno, nie była specjalistą od nieśmiertelnych... Ale jeśli coś krwawi tak samo jak człowiek - tak samo można je zabić. Strzał w głowę lub serce powinien załatwić sprawę, jeśli będzie ku temu powód.
Starała się chwilowo stłumić wszelkie formy zaskoczenia z powodu tego, że Olivier stanął między nimi, broniąc ją. Mimo wszystko - nie spodziewała się tego po nim. Tak, szczerze myślała że chłopak raczej będzie wystraszony, aniżeli gotów do walki o to, co warto. To jednak dodało jej tylko pewności siebie, a na jej twarzy wykwitł swoisty uśmiech satysfakcji.
Chwila się dłużyła, a nadgarstek dłoni zaczął nieco sztywnieć od ustawienia w jednym miejscu, zaś waga broni powoli ciążyła w dłoni - nawet pomimo tego że był to pistolet bardzo lekki. I wciąż nic... Długo nic, miała znów go ponaglić, lecz postanowił zadziałać pierwszy. Począł się cofać, pomrukując coś o tym że zdołał się ogrzać. Gdy tylko skoczył na parapet - wybiegła zza Oliviera i ruszyła w pogoń za nim, lecz gdy dopadła do okna - nie było już nikogo. Wychyliła różowowłosą głowę poza okno, lecz poza zacinającym śniegiem nie zauważyła nic więcej. Nie miała super-hiper zmysłów zapachu czy wzroku lub słuchu, by wyłapać że demon nie odszedł jeszcze całkowicie. Westchnęła, chowając broń do kabury i zamykając okno, wcześniej oczywiście cofając głowę. Teraz dało się zauważyć odpływ chwilowej adrenaliny i przypływu odwagi. Dłonie wyraźnie się trzęsły, a jej oddech był nader szybki, choć powoli się normował. Ruszyła kilka kroków, po czym oparła się o ścianę, zjeżdżając plecami po niej z... Uśmiechem. Krzywym, ironicznym - ale uśmiechem. Podciągnęła prawe kolano do siebie, opierając na nim polik i próbując się uspokoić z całej tej sytuacji, w jakiś sposób stłumić w sobie ten napływ emocji. Tyle wspomnień... Chwila zagrożenia... Jak nie jedna, jak nie dwie... Lecz teraz, mimo tego jak grała odważną... Bała się. Nie o siebie, nie o swoje życie. O niego. I bała się teraz nawet na niego spojrzeć... Bała się świadomości tego, co może teraz o niej sądzić. Bezduszna suka, która bez problemu odstrzeli komuś łeb? Pewnie to mało z zakresu myśli, jakie Olivier może mieć o niej. - ... Wybacz... - Podparła się dłońmi o podłogę i podniosła powoli, lekko zataczając się przy tym. Chyba lepiej zrobi jeśli pójdzie... Ze spuszczoną głową podeszła do sofy i zaczęła pakować swoją gitarę, w pewien sposób przygnębiona. - Tylko wpakowałam cię w kłopoty... Lepiej pójdę...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Olivier
Oswojony
avatar

Liczba postów : 24
Join date : 28/06/2013

PisanieTemat: Re: Sunset Avenue 24   Sro Lut 12, 2014 6:05 pm

Jeszcze chwila, a nie wytrzymałby. Uciekłby spanikowany. Cholernie się bał. Świadomość, że od niego zależy nie tylko jego własne życie, a także życie drugiej osoby była przytłaczająca. Wciąż miał przed oczami chwilę, kiedy przez niego zginął Sakid. Teraz sytuacja była podobna, choć napastników było mniej. Mimo wszystko.... Nie potrafił inaczej. Nie potrafił opanować się na tyle, by podejść do tego spokojnie. Nie miał tak stalowych nerwów jak Abigail. Była bardziej męska od niego...
Gdy nieznajomy zniknął, dopiero teraz poczuł, ile tak naprawdę go to wszystko kosztowało. Nie był w stanie zatrzymać Abigail, choć to on powinien podbiec do okna i sprawdzić, co się z nim stało. Słyszał jednak doskonale, że napastnik nie odszedł, że wciąż tu jest. Wszystkie zmysły wariowały, wciąż czuł jego zapach, słyszał jego głos, wciąż widział go, stojącego w oknie. Oparł się ciężko o fortepian, osuwając się na podłodze. Oparł czoło o kolano, oddychając głęboko, by się uspokoić. Drżał na całym ciele, odreagowując całą sytuację.
Dopiero głos dziewczyny wyrwał go z zamyślenia. Od razu poderwał się, łapiąc ją za rękę. Nie chciał, by odchodziła, by zostawiała go samego. Nie chciał znów zostać sam w tym ogromnym domu...
- Abigail, proszę, zostań... To... Uhm... On wciąż tu jest - rzucił, odwracając wzrok. Nie to chciał powiedzieć. Ale to, co naprawdę czuł, nie chciało mu przejść przez gardło. Nie potrafił, po prostu nie potrafił. Był słaby i doskonale o tym wiedział. Puścił ją, odsuwając się nieco, jakby zawstydzony tym, co zrobił.
- Uhm... Ja... Lepiej pójdę, sprawdzę, gdzie jest... A Ty... Uhm, zostań tu. Proszę Cię - wydukał, po czym poszedł na górę, po swoją włócznię. Zaciskając na niej palce, wyszedł na dach, ostrożnie stawiając kroki po oblodzonych dachówkach. Wyraźnie czuł jego zapach, jak chował się za kominem. Bał się jednak podejść bliżej, kurczowo zaciskając palce na drzewcu.
- Tu nie ma aniołów, czego tu jeszcze szukasz? - warknął, starając się nadać swojemu tonu wrażenie większej odwagi, niż tak naprawdę czuł. Robił to dla Abigail.To jej chciał zapewnić bezpieczeństwo. Tylko że tym razem ta myśl chyba nie była wystarczająco silna...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Inu
Wojak
avatar

Fabularnie : Ariael - Przewodnik duchowy
Liczba postów : 58
Join date : 05/08/2012

PisanieTemat: Re: Sunset Avenue 24   Sro Lut 12, 2014 9:23 pm

Nie doczekał się przelatującego Anioła, ani wolnej duszy tułającej się po zaułkach. Tylko on, śnieg, i chłód. Oraz... czyjś chód. Stukot obijanych schodków, oblodzonych dachówek. I wreszcie przyczyna wzmożonej aktywności w odległości pięciu metrów. Bardzo dobrze kojarzył tą sylwetkę, którą widział jeszcze przed kilkoma minutami.
Jego głos nie zachęcał do zmiany stanowiska co do przyczyny jego przybycia na dach. Zielonooki tym razem przybył sam, z czymś długim w ręce. Ale... najpierw przydałoby się odnieść do niemiłych słów rozmówcy.
-"To" chciało się upewnić, czy faktycznie nie ma tu Aniołów.
Podkreślił pierwsze słowo dając do zrozumienia, iż słyszał dialog między nim a Różowowłosą dziewczyną w mieszkaniu. Tak, miał bardzo dobry słuch, aż za dobry. Najczęściej przeszkadzał mu w komunikowaniu się z kimkolwiek, lecz dzisiaj było inaczej. Robił postępy, co każde wydarzenie. Nawet teraz.
Poderwał się wolno z siadu i wyprostował się w pełni patrząc nie na broń wymierzoną w niego, a w zielone patrzałki Długowłosego Rysia. Dziwne, nie zająknął się przy wypowiadaniu tego zdania. Najwyraźniej czuł się pewniej, kiedy był jeden na jeden ze Zmiennokształtnym. Zawsze to jakaś przewaga, ale i tak nie skorzysta z tego, by walczyć. Nie wyjmował swojej broni, ani nie zbliżał się nawet o krok. Zaiste ciekawe, że Milczek zdobył się na odwagę, by poczłapać na dach i przepędzić Inu. Wiedział, że o to mu chodziło, gdyby chciał zaprosić na ciasteczka, nie brałby ze sobą białej broni.
Nie mrugnął ani razu wnikając ślepiami we spojrzenie Czerwonowłosego.
-Opuść "kijek", tylko prowokujesz do czegoś, czego nie chcesz z głębi duszy, czyż nie?
Widać rozkręcał się w mowie z każdym zdaniem. Bił od niego dziwny spokój, taki jak przed burzą. Tak jakby coś już planował. I rzeczywiście, padła niebawem krótka komenda z ust demona, który ani trochę nie wahał się mówiąc:
-Zrób mi przysługę - nie ruszaj się.
Nagle rozmył się przed oczyma Oli'ego, by zjawić się za jego plecami i sięgnąć dłonią z pazurami, by... podrapać lekko chłopaka za rysim uchem. Korciło go to zwierzęce narzędzie słuchu, a przecież miał podobne na swojej głowie. Może dlatego właśnie, iż nie mieli tylu różnic między sobą zaciekawił się jego szczątkowymi atrybutami Rysia. Delikatne w dotyku, autentyczne uszy nie były atrapą. Z poważną miną odsunął się równie prędko od "dręczonego" młodzieńca i nim cokolwiek mógł zareagować, ruszył z miejsca w przeciwną stronę. Biegł na wszystkich kończynach, aż przeskoczył z dziesięć metrów w dal (trochę dopomagał sobie telekinezą, chociaż miał nieźle wyćwiczone ciało) i skakał z jednego obiektu na drugi, aż zniknął zupełnie z linii horyzontu we śnieżycy. Gdzie się uda? Nie wiadomo. Ale takie obcowanie z wrogimi mu jednostkami było pouczające.
Faktycznie da się pozbyć agresji i w zupełnie inny sposób smakować życia.

z/t
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Abigail
Mutant
avatar

Fabularnie : Olivier
Liczba postów : 16
Join date : 22/01/2014

PisanieTemat: Re: Sunset Avenue 24   Wto Lut 18, 2014 6:12 pm

Te stalowe nerwy które miała wbrew pozorom nie są czymś dobrym. Są oznaką, że miała do czynienia z czymś takim już nie raz... Czy to dobrze, że tak młoda kobieta miała już wielokrotnie do czynienia z nieśmiertelnymi, i to jeszcze w tak podbramkowych sytuacjach, by przestać się bać włamania demona? Nie brzmi to zbyt zachęcająco, czyż nie?
Ale nie była odważna... Była poprostu zdecydowana, zostawiając swoje strachy i nerwy na później. W tej chwili, gdy czuła że ma w dłoni pistolet, przy pasie srebrny sztylet, w kieszeni podręczną biblię a w swojej krtani broń... Czuła się na tyle pewnie, by nie bać się. By zostawić strach za sobą... I teraz strach powrócił, z dużo większą siłą.
Bała się... I bała się tego, że Oli mógł przez nią zostać wystawiony na... Nieprzyjemne konsekwencje. Chciała uciec - już teraz. Uciec z tego miejsca, nie sprawiać nikomu bólu... Cholera, dlatego właśnie nigdy nie przywiązuje się do nikogo! Jest jak cholerny magnes na kłopoty.
Podskoczyła z przestrachem, natychmiastowo spoglądając na Oliego, jaki złapał ją za rękę. Była teraz raczej bardzo... Bardzo wrażliwa na tego typu zagrania. Kiwnęła głową troszkę bezwiednie. Ten odruch ucieczki... W sumie nie wiedziała skąd się zjawił, ale teraz, dzięki niemu, zniknął równie szybko jak się pojawił. Objęła jedną dłonią drugą, pocierając je gdy drżały... A drżały ciągle. Na jego kolejne słowa podniosła natychmiast wzrok, jakby samym nim mówiła "nie, zostań... Proszę..." ...
Nie posłuchał. Jak głupi postanowił porwać się na to coś, które ona by zostawiła w świętym spokoju. Chciała iść za nim, powstrzymać go, choćby miała rąbnąć w czerep kolbą i ciągnąć go nieprzytomnego... A jednak była jak wryta w ziemię, nie mogła się ruszyć. Mogła tylko pocierać te przeklęte, drżące dłonie... A resztkami silnej woli zmusiła się by usiąść na kanapie obok. Wbiła swoje spojrzenie w stolik przed nią, zupełnie głucha i na wpół nieobecna w tym świecie. Utknęła, próbując pozbierać swoje myśli do normy. Nigdy nie chciała niczyjej pomocy... Bała się do kogoś zbliżyć...
A teraz...
Nieświadomie, dla pewnej formy odreagowania, jej umysł postanowił podświadomie podrzucić do głowy rytm, który już po chwili zaczęła śpiewać. Cichym, melodyjnym głosem, wprost nie chciała podnosić głosu... Zakłócać ciszy, jak tekst mówił.
- Words like violence, breaks the silence...
Come crushing through, into my little world...
Painfull to me, pierce right trough me...
Can't you understand, oh my little boy...

All i ever wanted, all i ever needed
Is here, in my arms...
Words are very, unnecessary...
They can only do harm...

Zamknęła oczy, chowając twarz w dłoniach, jakich łokcie oparła na kolana. Bała się odsunąć dłoni od oczu... Otworzyć ich... Gdy tylko miała chwilę dobra... Los musiał uderzyć, zmiażdżyć jej mały świat...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Olivier
Oswojony
avatar

Liczba postów : 24
Join date : 28/06/2013

PisanieTemat: Re: Sunset Avenue 24   Wto Lut 18, 2014 8:44 pm

Widział, w jakim stanie była Abi. Widział strach w jej oczach, prośbę, którą tak po prostu zignorował. Bo nie mógł dopuścić myśli, że ktoś wciąż im zagraża, że wciąż są w niebezpieczeństwie. Dlatego też dopóki nie pozbędzie się intruza, on sam również nie będzie spokojny. Dlatego musiał to zrobić. Dla siebie. Dla niej.
Widząc jednak jej prośbę z spojrzeniu, nie mógł jej tak naprawdę do końca zignorować. W progu salonu zatrzymał się, przez chwilę stojąc w miejscu, jakby wahając się, co ma zrobić. Szybko jednak ponownie zbliżył się do dziewczyny, po czym czule pocałował ją w czoło. Przez chwilę jeszcze przytrzymał ją w swoich ramionach, by uspokoić ją, dać jej poczucie bezpieczeństwa. By nie martwiła się o niego. Był przecież rysiem, poradzi sobie, prawda?
- Wszystko będzie dobrze, obiecuję. Wrócę, zanim się obejrzysz - wyszeptał, wypuszczając ją w końcu ze swoich objęć, po czym biegiem ruszył na górę. Miał nadzieję, że Abi mu uwierzy... Że przynajmniej ona zrobi to, czego on sam nie był w stanie...
Bo ani trochę nie wierzył, że będzie dobrze. Cholernie się bał, szczególnie teraz, gdy miał świadomość, że oto znów czyjeś życie zależy od jego opanowania, umiejętności. Z duszą na ramieniu wszedł jednak na ten przeklęty dach, by stanąć twarzą w twarz z przeznaczeniem.
Od razu zauważył, że demon nie jest w dobrym humorze. Nacisk na to jedno konkretne słowo tylko utwierdził go w tym przekonaniu. Cholera jasna. To było nieporozumienie, nie jego miał wtedy na myśli. Po prostu chciał coś powiedzieć, nie wiedział jak, zaciął się i o. Wyszło jak wyszło. Wcale nie jego miał wtedy na myśli. A przynajmniej nie na początku. Widział, że nie ma jednak sensu tego tłumaczyć, ani wdawać się w żadne dyskusje.
Słysząc jego kolejne wypowiedzi, odruchowo opuścił nieco włócznię, zaskoczony jego reakcją. Nie tak to miało wyglądać. Zanim jednak zdążył cokolwiek zrobić, nieznajomy znalazł się tuż za nim, a on sam poczuł nieprzyjemny dotyk na uchu. Odruchowo położył je po sobie, odwracając się, by zaatakować. Demon jednak był zbyt szybki. Już miał ruszyć za nim, gdy jego stopa trafiła na pokrytą lodem dachówką. Stracił równowagę, upuszczając włócznię, która ześliznęła się z dachu, wbijając się w ziemię. Sam Oli z trudem utrzymał się na dachu, chroniąc się przed upadkiem. Widząc, że nieznajomy jest już daleko, westchnął ciężko, powoli zsuwając się do krawędzi dachu. Gonienie go nie miało sensu. Musiał iść do Abigail, ona teraz bardziej go potrzebowała. Zeskoczył zgrabnie na ziemię, lądując tuż obok włóczni. Wyciągnął ją z ziemi i spokojnym z pozoru krokiem wszedł do domu, kierując się prosto do salonu. Jeszcze zanim wszedł usłyszał ciche tony melodii. Przed jego wrażliwym słuchem nic się nie ukryje...
Wchodząc do pomieszczenia, oparł włócznię o ścianę, by następnym razem była w zasięgu ręki. Ostrożnie podszedł do dziewczyny, przysiadając na kanapie. Nie wiedział, co robić. Chciał ją objąć, zamknąć w swoich ramionach, uspokoić ją, ale nie wiedział, czy może. Wcześniej działał pod wpływem emocji. Teraz, gdy adrenalina przestawała działać, sam odczuwał strach. Dotarło do niego, że niewiele brakowało, a znów straciłby nie tylko życie, ale także i bliską osobę. Bo Abigail była mu bliska. I nie mógł teraz patrzeć na to, w jakim była stanie. Nie zastanawiając się już więcej bez słowa przyciągnął ją do siebie, obejmując delikatnie. Pozwolił jej śpiewać, głaszcząc delikatnym ruchem po plecach, by dodać jej otuchy, by w jego ramionach mogła poczuć się bezpiecznie. Chciał, by uwierzyła w to, w co sam nie wierzył, chciał być dla niej ostoją, mając nadzieję, że dzięki temu i on nabierze sił, by walczyć z przeznaczeniem...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Abigail
Mutant
avatar

Fabularnie : Olivier
Liczba postów : 16
Join date : 22/01/2014

PisanieTemat: Re: Sunset Avenue 24   Wto Lut 18, 2014 10:35 pm

I kto tu jest gotowy podjąć się obowiązku przy dobrym powodzie, hm?
Zignorowana, wciąż nie mogła odjąć wzroku od ruszającego na demona zmiennokształtnego. Nie mogła, nie chciała... A może chciała właśnie na nim wymóc by tu został, by dał mu spokój, niech sobie ten typ siedzi gdzieś tam w cholere na tym dachu, ścianie, podwórku czy gdzieś, byleby nie właził do domu (swoją drogą, ciekawy pies obronny byłby z niego). Westchnęła ciężko, opuszczając wzrok gdy już zbliżał się do progu i powoli pogrążając się w swoich myślach...
Z których jeszcze wybudził ją Oli, gdy wrócił do niej i otoczył swoimi ramionami, dając, złudne acz zawsze jakieś, poczucie bezpieczeństwa. Wtuliła się delikatnie, kładąc jedną dłoń na jego piersi, opierając policzek o jego klatkę piersiową tuż po całusie.
Milczała, nie mogąc wypowiedzieć nic konkretnego, co by przychodziło na myśl. Nie trzymała go, pozwoliła odejść... Reszta historii jest znana. Obserwowanie otoczenia, spoczynek na kanapie, śpiewanie... W którymś momencie śpiewu zastał ją Olivier, a ona w praktyce nawet nie była zdolna tego zauważyć, kryjąc się za zamkniętymi oczyma i zasłoniętą twarzą. Nawet gdy została objęta, i gdy opuściła drżące dłonie z twarzy - nie potrafiła otworzyć oczu... Nie umiała, nie chciała. Bała się... Bała się znów je otworzyć. W tym świecie pełnym potworów i bestii... Gdzie była jak mała, rudowłosa dziewczynka, zagubiona i bez szans obrony...
Znów nuciła cicho, tym razem jednak opuszczając zwrotkę. Nie wiedziała czy Oli zrozumie to co powie, ale... Czuła że chce to powiedzieć, i zrobić to w taki sposób.
- All i ever wanted...
All i ever needed, is here...
In my arms...
- Kilka, cichych słów refrenu pewnego utworu, jaki lubi. Czasem zastanawiała się, co oznaczają niektóre teksty, gdyż nie każdy rozumiała... Ten rozumie. Słowa nie są ważne... To co zawsze chciała, co zawsze potrzebowała... Ma teraz w swoich ramionach. A raczej - to, a w tym wypadku, on, ma ją w swoich ramionach. Oparła się na jego ramieniu, rozchylając powoli pociemniałe od smutku, niebieskie oczy, wbijając spojrzenie gdzieś przed siebie. - Gdy się bałam... - Zaczęła cicho, nieśmiało, jakoby bała się zepsuć tą ciszę panującą między nimi. - Sięgałam do muzyki... Te różne dźwięki, tak odległe... Od tego co było wokół mnie... Szczęśliwe bądź nie... Sprawiały że mogłam odejść, odpłynąć... Uciec z tego świata... Gdzie czuję się jak dziecko we mgle... Słabe i bezbronne... - Podniosła swój wzrok na Oliviera, jednym ramieniem obejmując go w talii, drugą dłoń zaś kładąc na jego policzku. Nie bała się... Nie wstydziła... - Kiedyś śpiewałam o tym że szukam czegoś, o tym jak przyszłość jest w moich rękach, i mogę decydować... Lecz nie potrafię... Nie potrafię żyć sama... Boję się życia... Boję się ufać, gdy każdy może przeze mnie umrzeć... - Wyciągnęła się delikatnie w stronę czerwonowłosego, kończąc ten przydługi, pełny żalu i smutku wykład... Delikatnym, nieśmiałym uśmiechem, i płomykiem nadziei w jej błękitnych oczach. Zmrużyła oczy, niemal zamykając, łącząc jej wargi z jego ustami delikatnym, czułym pocałunkiem. Nie potrafiła tego powiedzieć... Acz miała nadzieję że łącząc jej wypowiedzi ze słowami utworu, jakie słyszał... Zrozumie...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Olivier
Oswojony
avatar

Liczba postów : 24
Join date : 28/06/2013

PisanieTemat: Re: Sunset Avenue 24   Sro Lut 19, 2014 10:48 am

Zależało mu na niej. Cholernie mu zależało. Dlatego teraz jej smutek odczuwał jak własny, nawet ze zdwojoną siłą. Jej strach sprawiał, że nie czuł swojego, że jego strach zamieniał się w odwagę, siłę do pokonywania wszelkich trudności. Czuł ją, tę moc, wypełniającą każdą komórkę jego ciała. Moc,  Która pozwalała mu przegnać strach ukryty w sercu dziewczyny.
Położył dłonie na jej udach, delikatnie wciągając ją na swoje kolana. Ot, tak było mu wygodniej zamknąć ją w ramionach. Słuchał jej cudownego głosu, jakim śpiewała kolejne słowa, wsłuchując się w ich brzmienie. Nie zastanawiał się nad ich sensem. Nie był on dla niego istotny, nie teraz. Teraz ważniejszy był spokój wewnętrzny Abigail, który musiał jej zapewnić. Delikatnie głaskał ją po plecach, sunąc palcami wzdłuż kręgosłupa. Tą delikatną pieszczotą chciał uspokoić jej skołatane nerwy, przywrócić jej równowagę emocjonalną.
Gdy w końcu dotarło do niego, co tak naprawdę chciała powiedzieć, przytulił ją mocniej do siebie. Nie wiedział, co o tym myśleć. Niby wypowiedziała to, co i jemu chodziło po głowie od momentu spotkania jej, ale bał się, że to wszystko działo się zbyt szybko. Nie chciał nieopatrznym słowem czy gestem zniszczyć, zaprzepaścić tą znajomość. Była ona dla niego ważna, mimo że trwała zaledwie kilka godzin. Ale czuł się naprawdę dziwnie, jakby znał Abi od wieków. Była do niego tak podobna... Oboje mieli ciężkie dzieciństwo, oboje wiele przeszli, los naznaczył ich niemal na wstępie. Mimo tak różnych warunków, oboje skończyli samotni w Londynie, gdzie poszukiwali szczęścia, które, być może, właśnie znaleźli. Ale czy na pewno? Czy na pewno właśnie to było im pisane? Czy nie popełniają błędu, zanadto się spiesząc...?
- Abi... - Zaczął, ale w momencie urwał, gdy spojrzała na niego tymi swoimi niesamowicie smutnymi oczyma. W tym momencie coś w nim pękło. Przestał zastanawiać się, czy to, co czuje jest właściwe, czy to, co chce zrobić powinno być zrobione właśnie teraz. To jedno spojrzenie sprawiło, że przestał mieć już jakiekolwiek wątpliwości. Położył dłoń na jej dłoni, którą trzymała na jego policzku, pieszcząc ją delikatnie kciukiem. Gdy ich usta się złączyły, świat przestał dla niego istnieć. Przymknął powieki, rozkoszując się smakiem jej ust, ich delikatnością, miękkością. Zacisnął palce na jej koszulce, delikatnie odwzajemniając pocałunek. Bał się wykonać jakikolwiek gwałtowniejszy ruch, by jej nie spłoszyć, jednak wyraźnie czuł, co chciała mu przez to powiedzieć. Miał nadzieję, że ten pocałunek będzie dla niej wystarczającą odpowiedzią...
- Abigail... - szepnął, gdy w końcu oderwał się od jej ust. Nie wiedział nawet, co w tej sytuacji mógłby jeszcze powiedzieć. W tym pocałunku zawarł przecież wszystkie swoje uczucia, wszystkie obawy odnośnie całej tej sytuacji. To wszystko stało się tak szybko... Oparł czoło o jej czoło, uśmiechając się delikatnie. Może i za szybko, może to nie było najlepsze rozwiązanie. Ale jeśli będzie się tym tak przejmował, to przecież nigdy nie znajdzie szczęścia. Czasem trzeba zaryzykować. A czuł, że tym razem ryzyko mu się opłaci.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Sunset Avenue 24   

Powrót do góry Go down
 
Sunset Avenue 24
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» 5th Avenue

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Nieśmiertelni ~ Kolebka Upadłych Aniołów :: Londyn :: Tereny mieszkalne :: Domki jednorodzinne-
Skocz do: