IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Obskurny skwer

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Nate
Przeistoczony


Fabularnie : ... Zajęty... BARDZO zajęty xD
Liczba postów : 279
Join date : 26/05/2011
Age : 22

PisanieTemat: Obskurny skwer   Pią Sty 17, 2014 10:51 am

    Opuszczony i zaniedbany skwer. Śmieci walają się na pożółkłej trawie, ławki są połamane lub pomazane, a gdzieś po środku stoją szczątku huśtawek i piaskownicy.

_________________
Rain makes everything better

Ever since this began,
I was blessed with a curse.
And for better or for worse
I was born into a hearse.
I know I said my heart beats for you.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://kanranate.deviantart.com/
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Obskurny skwer   Pon Lip 14, 2014 9:22 pm

To wcale nie tak, że Belzebub potrzebował informacji. Nie. Zdecydowanie nawet „nie”! Po prostu zaczynał się nudził, ot co! Ariel był zajęty rzeczami ważnymi i iście anielskimi, toteż czasu dla biednego demona nie miał. A on musiał jakoś zabić czas, który pozostał do następnego spotkania. Dlatego postanowił, że wybierze się w malutką podróż po Londynie! I że wcieli się w dawno już zapomnianą postać Benjamina Sante, bezdomnego muzyka, który szlaja się po mieście i próbuje zarobić na piwo i bułki.
I tak jakoś wyszło, że wyskoczył ze swojej bramy prosto na skwerze. Znaczy… planował to. Lubił East End. Te wszystkie podejrzane uliczki, które zapraszały po klasyczny wpierdol. Parszywi panowie spod ciemnej gwiazdy, którzy popijali miejscowe szczyny i nazywali je piwem. Ach, tak! Na dobrą sprawę, sam Belzebub należał do „typów spod ciemnej gwiazdy” i to jeszcze tych najgorszych z chowu, lecz po nim akurat tego widać nie było. Ot, niezbyt wysoki – metr osiemdziesiąt to jednak nie tak dużo – szczupły, niby tam umięśniony z deka, ale nie nabity, więc przez ubranie gówno, za przeproszeniem, widać. A w tych powycieranych, starych ubraniach wyglądał idealnie. Całość doprawiał zapachem tanich papierosów i wina, mamrota tak zwanego. Kto by go posądził o bycie kimś ważnym, a nie wiecznie pijanym czy przyćpanym bezdomnych palantem, który uciekł z domu w poszukiwaniu fortuny, tylko że mu nie wyszło do końca?
Rozejrzał się zadowolony i odetchnął głęboko stęchłym, londyńskim powietrzem. Cuchnęło jak zawsze! No, prawie. Dawniej należało dodać do tego smród fekaliów i ścieków, teraz przynajmniej tego nie było. Demon poprawił zniszczoną, brązową torbę na lewym ramieniu i pokrowiec z gitarą na drugim. Tak na chwilę, bo zaraz postanowił jednak przysiąść na chwilę na pomazanej ławce w cieniu jakiegoś drzewa. Rzucił torbę na ziemię, gitarę oparł i patrzył przez parę minut na szczątki huśtawek. Był już wieczór, ale przecież wszyscy wiedzą, że miasto jest najciekawsze nocą!
Wyciągnął z kieszeni wymiętoloną paczkę papierosów i leniwie podniósł jednego do ust. Zaraz wygrzebał też i zapalniczkę, żeby odpalić papierocha. Zaciągnął się mocno dymem i z jak zawsze niegasnącym zdumieniem zauważył ogromną różnicę między tym czymś – najtańszą paczką, jaką znalazł tylko w sklepie – a cygarami, które zwykł palić w swoim domu. Poważnie, jak ludzie mogli się tym zadowalać? Ale Belzebub ani myślał, żeby się skrzywić czy coś. Z błogą miną popalał tego śmieciowego skręta, jakby to była najwspanialsza rzecz na świecie!
Prawdę mówiąc, to wyglądał, jakby był na kacu. Ciemne cienie i przekrwione oczy… niemniej to akurat wcale nie było częścią charakteryzacji. Cóż, nawet demony stare jak świat potrafią mieć kaca po naprawdę dużej libacji dnia poprzedniego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ryu
Cień


Fabularnie : z samym Belzebubem... w całym majestacie
Liczba postów : 59
Join date : 01/05/2012

PisanieTemat: Re: Obskurny skwer   Wto Lip 15, 2014 2:44 pm

Takie ciemne zakamarki musiały kusić osoby, które lubują się w mroku, albo muszą w niej żyć. Ponieważ zdawało się, iż inne części Londynu tonęły w gęstych promieniach, w porównaniu do obskurnego skweru wypełnionego nieprzyjemnym zapachem i stęchłym powietrzem. Spacerując najciemniejszymi traktami po obrzyganym chodniku nie mógł zostać dostrzeżonym przez zwykłych śmiertelników. Zlewał się w jedno z cieniami drzew, pieszych, ławek, bezdomnego grajka... przystanął na moment w swoich śmiesznych butach podobnych do damskich balerinek i skierował wzrok na osobę wtuloną do mebla publicznego jak do swojej własności. Patrzył się ukradkiem, z taką samą znużoną miną z jaką przemierzał któryś kilometr dzisiejszego dnia, na pijaczynę. Cieniołak zdawał sobie sprawę, że i tak nie zostanie zauważony i mógł sobie iść dalej, jednak zaintrygował go futerał oraz możliwości "wczorajszego" mężczyzny do gry na instrumencie w nim schowanym. Uwielbiał muzykę, będąc człowiekiem koiła go i dodawała wsparcia w największym cierpieniu. Odkąd był uosobieniem Mroku brakowało mu zmyślnych i tych mniej ambitnych piosenek, których nie mógłby szybko wybić z głowy. Owszem, najczęściej w porze nocnej odbywały się koncerty, lecz przez mocne oświetlenie nie mógł przebywać w pobliżu sceny, a tym samym czerpać wiadrami radość z uczestnictwa w wydarzeniu muzycznym. Teraz miał okazję posłuchać, nawet kilku fałszywych, nut. Musiałby tylko... ujawnić się. Lecz jeśli miał do czynienia z człowiekiem, będzie to misja nie do wykonania.
Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, prawda? To ona podkusiła go, żeby sprawić swoją siłę perswazji, nawet jeśli nie zostanie usłyszana lub dojrzana.
Podniósł wyżej dwie antenki na czubku głowy i obserwując poruszający się cień drzewa kołysanego wiatrem dostrzegł drogę, dzięki której mógłby się przybliżyć do żebraka. Całe szczęście, że nawet ławka skąpana była cieniem. Ah, ale brakowało jeszcze formy skuszenia grajka do pokazania swojego talentu! Zanurzył obie ręce w kieszeniach przeszukując drzazgi w postaci monet. Zamiast tego wydobył tylko większy nominał - jego wypłatę za pierwszy dzień kuriera w Kolebce. Rzucił spojrzenie na pieniądz. To tylko pieniądz... jego pasja do muzyki była silniejsza. A kto wie - może dzięki "inwestycji" wspomoże niedoszłego artystę w dążeniu do marzeń? Albo w drugą stronę - stoczy się bardziej na dno, bo aż na kilometr jechało od niego mamrotem. Trudno, kto nie ryzykuje, ten nie ma niczego. Na tę chwilę wpakował papierek do kieszeni i zdecydował się zbliżyć wolnym, bezgłośnym krokiem do mężczyzny i stojąc tuż przy nim zapytał cicho:
-Hej. Mógłbyś coś dla mnie zagrać?
Przyglądał się uważnie grajkowi jakby chcąc wyłapać czy on kontaktuje czy rzeczywiście będąc cieniem nikt ze śmiertelnych nie może go dostrzec, ani usłyszeć. Czy to jeszcze używki spotęgowały efekt zamulenia i żadne bodźce z zewnątrz nie docierały do niego. Naprawdę pragnął usłyszeć kilka nut, albo kilka barwniejszych słów w formie piosenki. W zasadzie rozmowa z kimkolwiek też byłaby miła, lecz do tej pory nawet Nieśmiertelni mijali go i deptali bezczelnie Królestwo Cienia tuż przed jego oczyma. Tęsknił za Alvaro... jego twórcą. Czy tak jak za życia człowieka nie będzie istnieć dla nikogo więcej?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Obskurny skwer   Wto Lip 15, 2014 3:13 pm

Delektował się tym okropnym papierosem i wyglądał jak ktoś odcięty od rzeczywistości. Cóż, bo nie zwracał za bardzo na nią uwagi. Po co? Tutaj i w tej chwili był absolutnie nikim, tak? Nie był Wielkim Panem Belzebubem, pieprzonym księciem Piekła i upadłym aniołem. Był podrzędnym demonem, który podpisał pakt z diabłem za głupotę, znaczył tyle co nic. Tak. Był byle kim, pijakiem i ćpunem bez przyszłości. Taka miła odskocznia.
Mimo swojego pozornego zamyślenia nawet nie drgnął, gdy usłyszał tuż za sobą cichy głos. Zaciągnął się papierosem i odchylił głowę do tyłu, wydmuchując paskudny dym prosto w stojące za nim… stworzenie. Ludzkie stworzenie, jakieś takie troszkę dziwne, bo Belzebub nigdy takiego nie widział, a żył przecież całkiem długo. Uśmiechnął się trochę nieprzytomnie do młodego mężczyzny za nim i rzucił peta na ziemię, od razu zadeptując go zniszczonym butem.
- Zależy, James. A co byś chciał? – rzucił od niechcenia. Nie miał pojęcia, jak się nowy kompan w zabawie nazywa, więc ochoczo ochrzcił go tym właśnie mianem. I był ciekaw, czy dziwaczna istota nieznanej rasy pomyśli, że jest tak odurzony, że nie rozróżnia już osób i miejsc, czy może podłapię tę dziwaczną zabawę. A zagrać mógł i tak, co za problem? Potrafił i to naprawdę całkiem nieźle! Kiedy nie ma się już co robić z życiem, to człowiek łapie się absolutnie wszystkiego, co tylko się da, byleby się nie nudzić.
Demon zmarszczył brwi i zatrzymał wzrok na czułkach na głowie mężczyzny. Przekrzywił głowę wskazał je powoli głową.
- A ty co, radioodbiornik? –
zapytał, wciąż szczerząc zęby z rozbawieniem i jeszcze zachichotał, jakby to było jedna cholera wie jak śmieszne. Naprawdę zastanawiał się, kim jest ten nowy znajomy. Może nawet nowa inwestycja i nowiuśki nabytek. Ryu chciał zainwestować w niego, kompletnie nie zdając sobie sprawy, że sam miał zostać inwestycją, wysokooprocentowaną lokatą. Taka drobna ironia losu.
Taki był chudy jakiś, jakby dopiero co z anoreksją walczył, oczy miał fioletowe – a to aż takim częstym zjawiskiem u normalnych ludzi nie jest – ale i tak największą niewiadomą stanowiły te antenki. No do diabła złego, po co to było? Jakieś odbiorniki do wyłapywania fal o innych częstotliwościach? Belzebub nie miał pojęcia! A teraz postawił sobie za punkt honoru, aby się dowiedzieć, czym takim ciekawym jest nowy znajomy.
- Siadaj może, co? – zaproponował beztroskim tonem i pochylił się, żeby wygrzebać zaraz z torby plastikową butelkę z niezidentyfikowaną cieczą. – Pijesz? – spytał i wyciągnął butelkę w kierunku mężczyzny. – Dobry bimber, śliwowica. Ale taka wiesz, młody, dobra. Przepis z Polski, a tam co jak co, ale alkohol mają dobry. I kobiety. Zdecydowanie – aż pokiwał głową z uznaniem do swoich słów. W sumie nawet zmienił nieco swój akcent, zaczął z lekka przeciągać i akcentować jak jakiś Europejczyk. Bo ostatecznie jako Benjamin spędził jakoby całe życie niemal w Europie, jedynie ot, ojciec Anglik. Przyjechał, dziecko spłodził i w długą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ryu
Cień


Fabularnie : z samym Belzebubem... w całym majestacie
Liczba postów : 59
Join date : 01/05/2012

PisanieTemat: Re: Obskurny skwer   Wto Lip 15, 2014 5:49 pm

Phe, khe, khe, khe, ohydny papieros! Niby dym był podobny do ciemności - też smolisty - ale nie spodziewał się ataku z tej strony, no! W dodatku... człowiek go zobaczył! Co robią procenty, istne cuda! To dlatego wielu podpitych wymyślało bajki, gdyż tak naprawdę widzieli o wiele więcej niż abstynenci! Niesamowite! Musiał sobie zanotować tą uwagę, a ponieważ naprawdę znał dosłownie trzy osoby Nieśmiertelne nie umiał ich rozróżnić z tłumu ludzi, ani domyślić się, że ze czwartym (wcale nie gorszym, co to to nie!) miał do czynienia tuż pod nosem. Ironia losu, ale jaka pełna wrażeń! Kurczę, w życiu nie domyśliłby się, iż jest taki prosty sposób na dotarcie do innych istot. Używki, mnóstwo używek, różnego rodzaju, istny las strzykawek, wieżowce butelek, stosy pudełek z papierosami... musiałby nieźle się zaopatrzyć, by tak jak ów jegomość inni też go dostrzegli.
Spodobało mu się położenie. Najprawdopodobniej rozmówca nie będzie pamiętać tej konwersacji, a Ryu chociaż odrobinkę z kimś porozmawia i nie będzie musiał gadać do siebie. Znaczy się - nie opowie o niestworzonych rzeczach, ale zawsze trochę tego i owego... jak na przykład gatunek muzyki, w którym się lubuje.
-Twoją ulubioną, towarzyszu.
Zaintrygowany jeszcze bardziej niż osoba przed nim zaciekawiona chłopaczkiem (albo i na równi) patrzył na reakcję ludzi. Jako, że w ludzkim wcieleniu nie wychodził ze swojego mieszkania o własnych siłach przez 22 lata, to nie mógł poznać prawdziwych zachowań przypadkowych osób. Zawsze wizytę składały mu sztucznie życzliwe jednostki, najczęściej lekarze, które wcale ale to wcale nie pokazywali prawdziwych odczuć. Wiedział w głębi siebie, że nic dla nich nie znaczył. Ba, raz usłyszał rozmowę o tym co zrobią z jego sprawnymi organami jak inne zawiodą! Paskudne uczucie, nikomu tego nie życzył, ani agonii, z której wydobył go dżin i dał nowe, fascynujące go na każdym kroku życie.
Wracając, nie rozumiał tak wielkiego wybuchu śmiechu, choć wpłynęło to młodzieńca. Rozluźnił się nieco i starał się coś powiedzieć równie wesołego. Niestety, nie wyszło mu najlepiej. Trochę z takiego sobie samopoczucia, trochę z braku ciętego języka na dowcipy.
-Etto... -zaciągnął nieco słówko po japońsku poniekąd zdradzając swoje ludzkie korzenie- ...wypadek przy pracy, Jack.
Potargał sobie jedną ręką sterczące dwa pasma przypominające czułka u dużego owada, jakby chcąc je ulizać, ale te niczego sobie nie robiły i stały na baczność. A co do imienia... James całkiem ładne było. A skoro nadał mu imię, to odwdzięczył się tym samym. Miał nadzieję, że nie uraził go tym mianem, James było ładniejsze od Jack'a, a jakoś tak mu przyszło pierwsze do głowy. Zaczął cieszyć się jak dziecko na karuzeli tym, że towarzysz chciał go przytrzymać na dłużej przy sobie. I będąc jak dziecko naiwny zasiadł obok wpatrując się w mężczyznę, który szperał w siatce na zakupy, a później wydobył butelkę nierozpoczętą z nic niemówiącą mu etykietką. Pierwszy raz też usłyszał określenia typu "bimber" i "śliwowica". Gdyby rzekł, że to takie sakke europejskie, pojąłby prędzej. Lecz z drugiej strony ominąłby ich efekt zdumienia dawnego Japończyka po degustacji.
I tak, zdecydował się na skosztowanie. Nie wypadało odmawiać.
-Przy zmoczonym gardle lepiej się śpiewa, ha!
Butelkę, którą otrzymał, nie mógł wypić z gwinta, gdyż cała esencja trunku rozlałaby się po ławce. Miał na to jednak patent znany tylko sobie i Alvaro. Nie specjalnie się z tym krył przed pijaczyną wciąż przyjmując zupełnie nietrafne założenia, dlatego na jego oczach zdjął z butelki śliwowicy... jej własny cień, i to z niego mógł napić się tajemniczej cieczy. I zrobił to zbyt nachalnie nie będąc ani trochę przygotowanym na takie doznania. A że wypił solidny łyk, to aż oczy zaszły mu łzami i szczypały, gardło zamiast być gładsze do ewentualnego śpiewania (teraz przestał ufać serialom telewizyjnym - tam tacy potrafili tylko w akompaniamencie alkoholu wydać z siebie śpiew, a w życiu to zupełnie inaczej!) to zdarło się przy jednym skosztowaniu. Do tego skrzywił się na twarzy tak, iż z problemami prostował zmarszczki koło ust. Jack, a właściwie Benjamin, a ściślej Belzebub, musiał mieć niezły ubaw z młodzika. Sam Cieniołak był zaskoczony efektem, toteż cieszyła mu się micha.
-Ughh... mooocne to to jest, ale i faktycznie dobre!
Teraz dużo spokojniej przechylił cienistą butelkę i upił z dwa łyki z końcowym, satysfakcjonującym westchnieniem. Naprawdę zaczynało mu smakować, inna sprawa, że powoli i umysł rozkoszował się oparami z procentowego trunku. Nawet język się rozwiązał, a nieśmiałość przybladła.
-A czemu tak sam sobie tu siedzisz? Koledzy wymiękli?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Obskurny skwer   Wto Lip 15, 2014 6:23 pm

- Ech, ulubiona? – skrzywił się i potrząsnął głową. – A czy matka wybiera najulubieńszego syna? – zapytał, niby to retorycznie, lecz patrzył na nowego towarzysza butelki z pewną naganą w zamroczonych ślepiach. Co z tego, że zamroczenie zostało wywołane ślicznymi soczewkami, które zamgliły spojrzenie? – No niby wybiera. Ale ja nie wybierałbym, gdybym był matką, co jest przecież fizycznie niemożliwe… No. Ale nie mam ulubionej, muzyka to muzyka. Kocham całą – stwierdził pogodnie, nieco potykając się parę razy w ciągu tego wywodu, by podtrzymać swój pijacki wizerunek. W końcu w ten sposób rozmowa miała być ciekawsze, prawda? Bardziej szczera i o wiele bardziej zajmująca. W końcu mały kosmita z czułkami na główce może być nieco szerzej otwarty przed przypadkowym pijaczkiem. Demon wiedział o tym z doświadczenia. Nie do każdego dało się dotrzeć wysublimowaną uprzejmością zapakowaną w garnitur.
Etto?
Benjamin pstryknął palcami i wskazał jednym Jamesa. Zmarszczył brwi i spojrzał na niego uważnie, niemal można było dojrzeć bystre błyski przytłumione dziwaczną mgiełką i alkoholem.
- Z Japonii, co, James? – zagadnął wesolutko i z wielkim samozadowoleniem. – W sumie tak troszkę gadasz z tym azjatyckim… czy jakoś tak.
Hm, o, proszę. Kolega James z tak dalekich stron przybywał! Co go tutaj sprowadziło? No i podłapał zabawę, jak miło! Rzeczony Jack aż wyszczerzył się szerzej i z jeszcze większym zadowoleniem niż wcześniej. Gdyby był starszy, rozpoznałby w nim demona. Ba, nawet gdyby obeznany z tymi wszystkimi duperelami, dzięki którym szło odróżnić jedną rasę od drugiej. Może tak było lepiej? Jemu wcale nie przeszkadzała ta anonimowość, była jak najbardziej w porządku!
- Ba! Dlatego śpiewa się za piwo, James. Albo za pieniądze na piwo –
potaknął i roześmiał się cicho, gdy nowy znajomy usiadł z radością na ławce tuż obok niego. No. Naiwność czy taka pewność siebie?
Lecz śmiech ugrzązł mu w gardle i został zastąpiony przez nieme zdziwienie, kiedy spostrzegł, w jaki sposób James za butelkę złapał. Nie złapał samej butelki, o nie. Zabrał jej cień. Cień, do diabła, cień! Zamroczone oczy błysnęły mimowolnie fascynacją i ciekawością, gdy Belzebub na to patrzył. Spojrzał na przedmiot w swojej dłoni i zmarszczył brwi. No, no. Ładna sztuczka, tego nie mógł zaprzeczyć. I coraz bardziej wszystko to go ciekawiło.
- Ho ho – zamruczał tylko z podziwem. – Nieźle, James. Cyrkowiec czy co? – zapytał i ryknął tubalnym śmiechem, kiedy oczy młodego mężczyzny zaszły łzami. O, proszę. Pierwszy raz z takim alkoholem miał do czynienia? A może tak ogólnie to pijał tylko piwo albo łagodne wina? – Co, rozdziewiczony zostałeś przez ten chłopski bimber? I pewno, że dobry! Najlepszy, własny! – roześmiał się wesoło, bez nawet jednego śladu drwiny czy szyderstwa. Miał dobry humor. Zresztą, Benjamin Sante rzadko kiedy miewał zły. Wesoły z usposobienia człowiek, trochę jak Belzebub. W sumie… to chyba akurat ta tożsamość Władcy Much była wzorowana na oryginalne i nie odbiegała od niego aż tak bardzo.
Znowu pokręcił głową i westchnął ciężko, odkręcając swoją prawdziwą butelkę. Upił z niej dwa solidne łyki, a odrobina alkoholu wyciekła kącikiem ust, co zaraz starł postrzępionym rękawem tweedowej marynarki. Koledzy, co? Zerknął kątem oka na Jamesa, zastanawiając się, czy w tym pytaniu nie ma może jakiegoś podtekstu. A może wiedział, że Benjamin to Belzebub i teraz chciał się dowiedzieć, czy jest sam, czy może jego pieski szlajają się gdzieś dookoła? Może nasłał go jakiś „pseudo przeciwnik polityczny”, który uznał demona za zagrożenie dla jego pozycji? Rzecz jasna, jakby jeszcze zamierzał wspinać się po tej chorej politycznej i iście piekielnej drabinie…
A pieprzyć. Raz kozie śmierć, co?
- A nie, sam. Zawsze sam – wskazał wolną dłonią podróżną, brązową torbę, którą rzucił tuż obok ławki. – A sam tak sobie łażę. Tu zagram, tam coś zrobię, żeby było za co iść dalej. Ciężko o kolegów, gdy się szlajasz po mieście, a nie siedzisz na dupsku w miejscu – odpowiedział i wzruszył ramionami. – Ale pogadać zawsze jest z kim dobrze. Sam chyba wiesz niecoś o samotności, co, James? – uśmiechnął się półgębkiem i zerknął bacznie na niego, znowu upijając łyk ze swojej butelki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ryu
Cień


Fabularnie : z samym Belzebubem... w całym majestacie
Liczba postów : 59
Join date : 01/05/2012

PisanieTemat: Re: Obskurny skwer   Wto Lip 15, 2014 8:07 pm

Cwanie wybrnął z tego pijaczyna. Dlatego nie warto oceniać innych po statusie społecznym jaki posiadają. Mógł być prawdziwym geniuszem, tylko bez szczęścia w życiu. Taką otoczkę tajemniczości wokół siebie stworzył, że tym bardziej chciał poznać jego geniusz artystyczny. Nie bez powodu broniłby do niej dostępu. Tylko prawdziwe beztalencie popisuje się byle ćwierć nutami, ale nawet jeśli nie wszystko poszło zgodnie z planem, Ryu był naprawdę tolerancyjny.
A bezdomny zaskakiwał go raz po raz. Musiał mieć wiedzę na temat języków, żeby po byle zająknięciu młodzika móc rozpoznać z przedstawicielem jakiej narodowości przyszło mu rozmawiać. Ryu nie mógł wyjść z podziwu, aż raz klasnął w dłonie i chwilę trzymał je złączone wymawiając zdanie:
-Tak, z Japonii, nie da się tego ukryć, zwłaszcza akcentu.
Nic nie skomentował na temat cyrkowca. To był ten jedyny krótki moment, w którym przestraszył się zdemaskowania. Nie wiedział dlaczego, lecz ten jeden impuls na ułamki sekund przewrócił hipotezy o sto osiemdziesiąt stopni, a przecież obiecał Twórcy nie sprawiać problemów, ani nie wyjawiać swojej tożsamości. Lecz ten moment wahania dość skutecznie przygasił nieziemsko ostrym bimbrem. Śmiali się z Ryu, sam zainteresowany także. Określenie o utracie dziewictwa było jak najbardziej trafne. Ochrzczony spirytusem na pewno, już nie mógł powiedzieć, że nie spróbował. Oby tylko nie popadł w alkoholizm. Zresztą...nowe życie - nowe przyjemności.
Które przygasły na moment, gdy otrzymał odpowiedź dotyczącą tego, że pijaczynie towarzyszyła tylko gitara. Samotność...była... jest... straszna. W dodatku dla kogoś, kto ciągle z nią żył, a mając nowe możliwości nie potrafił zmienić tego stanu rzeczy.
-Dużo więcej niż Ci się wydaje, Jack, dużo więcej...
W porę ugryzł się w rozlazły język, mimo wszystko nie da się zamaskować tej igły, która ubodła go we wspomnienia. We wspomnienia, których miał się wyzbyć, a z którymi trudno było mu się rozstać. Prócz tego bagażu doświadczeń i nowej przygody w odmiennym ciele nie posiadał. Nawet jeśli wspomnienia były częściej brzemieniem niż natchnieniem - nie chciał się ich pozbywać. Przynajmniej mógł przedstawić swój punkt widzenia, jeśli chodzi o zawieranie znajomości.
-Ciężko też o kolegów, kiedy nie ruszasz się z miejsca przez kilkanaście lat. Także... we wszystkim trzeba mieć umiar.
Upił jeszcze dwa łyki śliwowicy na pocieszenie, po czym wydobył z kieszeni nieco zmięte dziesięć dolarów wręczając je grajkowi do ręki. Trzeba było jakoś na nim wywołać presję zagrania chociaż krótkiego utworu, bo już w żołądku ściskało go od zaciekawienia! A może to nie od tego...
-Wiem, że muzykę ciężko umieścić w pieniężnych rydzach, ale jaką jej część zagrasz za dyszkę, Jack?
Uśmiechnął się lekko kącikiem ust, chociaż dość mocno wpadł we sidła przeszłości, która pod tym względem wiele nie różniła się od teraźniejszości. Doskwierała mu samotność. Alvaro jako Archiwista miał swoją robotę, toteż nie mógł spędzać czas tylko ze swoim tworem. Może z tego powodu tak przylgnął do kompana z ławeczki, że pewnie niełatwo mu będzie oderwać cztery litery z desek. Inna sprawa, że nogi mu na to nie pozwolą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Obskurny skwer   Wto Lip 15, 2014 11:01 pm

Udawanie bezdomnego, zapijaczonego człowieka, któremu w życiu nie wyszło, było bardzo zabawne. Zwłaszcza że Belzebub kreował Benjamina na kogoś kompletnie niepozornego. Miał wyglądać jak pijak, tak pachnieć i mamrotać czasami po pijacku, niemniej z jego usta miało przemawiać coś więcej, niż alkohol. Pijany geniusz, człowiek, który bez alkoholu nie jest w stanie znieść tego burdelu, którym tak na dobrą sprawę jej cały świat. To było zabawne, o wiele ciekawsze od grania niepozornego pieska salonowego na dworze Pana Lucyfera. Zdecydowanie.
Jack – bo przecież tak się nazywał podczas tej rozmowy – mlasnął językiem o podniebienie o pokiwał powolutku głową.
- Tak myślałem – zaśmiał się pod nosem, cały czas mrucząc z tym swoim nieco słowiańskim akcentem. – Ja jestem na wpół z Rosji, północnej znaczy się. Syberia te sprawy. No i tam mieszkałem długo. Prawie sąsiedzi jesteśmy! – Bo przecież Rosja to wcale tak daleko Japonii nie leżała, jakby na to tak popatrzeć. Ot, kawałek drogi i kawałek jakiejś tam wody i już, wszystko. Z jednej nóżki na drugą nóżkę. I tyle.
Hm. Belzebub – bo jakżeby inaczej – przyuważył, że kochany James zgrabnie nie odpowiedział na to pytanie o cyrkowca. Niby czemu nie chciał zdradzić swojej małej tajemnicy dobremu i staremu Jack’owi? Demon dostrzegł to drobne zaniepokojenie, w końcu miewał styczność z istotami maści wszelakiej przez dobre tysiące lat. Zdołał wtedy nauczyć się pewnego wzorca zachowań, którym posługiwali się wszyscy. Wystarczyło obserwować przez pewien czas jednego człowieka, żeby móc poznać i całą resztę!
- Ha, to widać! – parsknął i westchnął ciężko. – Zaczepiłeś w East End jakiegoś pijaka. To, moim zdaniem, spory dowód, James, skoro czepiasz się byle towarzystwa, by mieć jakiekolwiek.
Jakby nie patrzeć – Belzebub też znał smak samotności. Jako jedyny nie posiadał wspomnień z czasów Nieba, przed Upadkiem i nie potrafił zrozumieć swoich upadłych braci, którzy tak długo rozpaczali po utraconym Raju. Był odsuwany od tej rozżalonej społeczności i nie był w stanie nawet powiedzieć, czy to był jego osobisty wybór, czy może ich. Musiał nauczyć się żyć sam, z dala od innych. Dopiero później zaczął bawić się w to wszystko. I wówczas udało mu się zyskać jakichkolwiek… znajomych, na dobra sprawę, z którymi mógłby porozmawiać. Nie wspominał już o Arielu – w końcu ich związek dopiero co odżywał po mileniach przerwy.
Przekrzywił głowę i oparł butelkę o swoje usta. Kilkanaście lat w miejscu i brak kolegów, tak? Co jak co, ale Belzebub po prostu nie miał prawa być głupcem, a sam wyrobił w sobie nadzwyczajną wręcz sztukę dedukcji. Wspaniałą, genialną niemalże. Był przecież ot co, bożym stworzeniem, czyż nie? Piękny mi wspaniałym aniołem, genialnym na wzór Boga stworzonym, a Upadek wcale jego inteligencji nie umniejszył. Piekło po prostu wyrobiło w nim manierę ostrożnego podchodzenia do całego świata i cudownej w swojej prostocie nieufności. W odpowiednich dawkach, oczywiście.
- Gdzie spędziłeś tyle czasu, James? Młodo wyglądasz – cały czas patrzył na niego badawczo. – Więzienie, szpital, poprawczak? Stawiałbym na to drugie, bo ogólnie to wyglądasz, jakbyś dopiero co o, ze szpitala spierdolił. Ciekawi mnie tylko, czemu, James. I takiś jest chudy, że nakarmiłbym cię porządnie. Gdybym miał tylko czym – bezradnie rozłożył ręce na boki z przepraszającym uśmiechem. Ostatecznie w torbie miał tylko jakieś równie wytarte i stare szmaty, co te na grzbiecie i… i chyba jeszcze ze dwie butelki samogonu. Nic więcej. Zawsze zostawała gitara, ale przecież nią głodnego nie nakarmisz, ot co!
Zerknął kątem oka na pieniądz i westchnął ciężko. Ale banknot do kieszeni schował – Benjamin dbał o każdy grosz, który mógł mu do kieszeni wpaść! – i zakręcił butelkę, żeby wrzucić ją z powrotem do swojej podróżnej torby. Sięgnął po szmaciany, pozszywany pokrowiec i rozsunął zamek, a chwilę później wyciągnął z niego starą, poobijaną gitarę. Akustyczną, widocznie starą i długo używaną. Farba na gryfie była wytarta i odsłoniła jasne drewno. Oparł instrument na udzie.
- Muzykę, jak i wszystko, bardzo ładnie w takich ramkach umieścić. To wciąż tylko muzyka, nawet jeśli moja – stwierdził, układając palce lewej dłoni na strunach. – Gorzej z człowiekiem. Nigdy nie próbuj kupować innych. Chyba że znasz ich cenę, James, wtedy jest jakoś łatwiej – przeciągnął powoli palcami, wydobywając z gitary czyste nuty. Była nastrojona. Idealnie wręcz nastrojona i gotowa do gry na niej w każdej chwili. – Zagrać mogę co zechcesz. Co byś chciał, hm? Na mój honor, zagram cokolwiek – wyszczerzył zęby, patrząc na mężczyznę kątem oka. – Ale pamiętaj, że mój honor to też podejrzana dość sprawa.
Chciał, żeby to właśnie czułkowy młodzieniec wybrał akompaniament. Bo on sam nie był w stanie zdecydować!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ryu
Cień


Fabularnie : z samym Belzebubem... w całym majestacie
Liczba postów : 59
Join date : 01/05/2012

PisanieTemat: Re: Obskurny skwer   Sro Lip 16, 2014 8:44 am

-Sąsiedzi jak nic! Ale na północy są podobno tak straszne zimy, że bez odpowiedniego ubrania i przygotowania można zamarznąć na śmierć w ciągu kilku minut... to prawda?
Wolał zweryfikować czy dobrze myślał, gdyż dużo wiedział z telewizji (programy dokumentalne) i z książek, lecz mogły odbiegać od rzeczywistości i ją zakrzywiać na korzyść sensacji. A zresztą, to dziwny przypadek, że odnalazł kogoś mieszkającego w sąsiednim kraju (ta, bardzo dziwne... jak i Rosjanów i Japończyków istniało miliony na globie) i kto nie był ksenofobem. Ha, tolerancja górą! A jeśli nawet o to chodzi, to zdziwiły go słowa kolegi z ławeczki. Nie uważał go za "byle towarzystwo", nawet jak ogół ludzi tak nazwałoby takie spotkanie.
-Nie widzę w Tobie tylko pijaka, Jack. Może inni tak, ale nie ja. Masz o wiele za dużo w głowie, by te łaszki na sobie zmieniały osobowość. Właściwie dlaczego tak się stało, że masz taki... tryb życia?
Coraz trudniej było mu dobierać odpowiednie słowa po angielsku, już moc śliwowicy dotarła do wrażliwego i nieodpornego na działanie alkoholu mózgu, a tam przecież mieści się większość ośrodków, w tym komunikacja. Gdyby wstał to okazałoby się, że nie ustałby na nich prosto.
Ale inna sprawa szokowała go do żywego. Pan z gitarą wiedział o wiele więcej, albo dedukował zbyt wiele i celnie, żeby to był przypadek. Jakby spostrzegł się wcześniej, to nie byłby zmulony śliwowicą i wywęszyłby coś więcej niż dar łączenia i kojarzenia faktów. Ale że teraz było mu tylko lżej otworzyć się przed nieznajomym jakoś tak inaczej podchodził do tego wszystkiego.
-Prawie zgadłeś, Jack -uśmiechnął się blado wpatrując się tępo w butelkę, którą trzymał w szczupłych palcach- moje mieszkanie było jednocześnie szpitalem, ale i więzieniem. Nie mogłem z niego wyjść, nawet gdy chciałem... a naprawdę tego chciałem.
Zacisnął mocniej palce na butelce i zamilknął na parę sekund. Przed oczyma widział kadry ze swojego ludzkiego bytu, kiedy z roku na rok choroba postępowała, a włam do jego mieszkania i pobicie go tylko skróciło jego lata życia. Pojawiły się powikłania, kończyny gniły od braku dostawy krwi, także pod koniec nie mógł wstać nawet ze swojego łóżka. Najgorsze w tym wszystkim był fakt, że umysł miał sprawny od początku do końca, ambicje także miał wielkie. Mimo swojej choroby wyszywał dla licznych domów dziecka szaliki, które dostały nawet patent za rekordowe długości - każdy taki (zazwyczaj niesamowicie kolorowy) szalik sięgał siedmiu metrów! Zawsze, co do milimetra, było to siedem metrów. Szczęśliwa siódemka, prawda? Ale jak i dłonie odmówiły posłuszeństwa... wtedy po raz pierwszy bał się śmierci. Pogłębiała się w nim świadomość, iż lekarze będą chcieli się pozbyć kaleki, na przykład podając truciznę do jego kroplówki.
Całe szczęście, że los zechciał inaczej. Znaczy Bóg, ale był ateistą, i dopiero kiedy stał się jednym z tak zwanych Nieśmiertelnych dowiedział się o tym, że istnieją Anioły, Demony, Upadli i inni. To także było dla niego coś nowego.
Podniósł ostrożnie wzrok z butelki na życzliwego bezdomnego, który cierpliwie czekał na dalszy ciąg wypowiedzi. Ryu i tak powiedział za dużo, nie potrafił się kontrolować.
-Egzystowałem dwadzieścia dwa lata, bo tego życiem nie można było nazwać, aż... stał się... kiseki -ponownie pojawił się nikły uśmiech, taki błogi wobec Jack'a, który zdjął z niego ciężar przykrych wspomnień, a to dzięki temu, że podzielił się z nim, nawet ogólnikowo, swoim niezapomnianym przeżyciem- Mata... o anoreksję się nie martw. To nic wielkiego. Jednak miło słyszeć, że nakarmiłbyś chudego James'a.
Uśmiechnął się szerzej lekko mrużąc oczy i przyglądał się z rosnącą fascynacją jak towarzysz wyjmuje w końcu instrument z futerału i dostrzegł... gitarę! Może swoje lata świetności miała już za sobą, ale miała struny? Miała, toteż na pewno spisywała się na medal do dziś. Zanim jednak do tego doszło, najpierw dostał lekką reprymendę za osąd, iż da się go przekupić (tak to odebrał). Kiedy tylko zrozumiał gdzie popełnił błąd od razu zaczął się tłumaczyć i przy tym wymachiwać rękoma jakoby to było nieporozumienie. I rzeczywiście nim było.
-N-nie, nie tak to miało zabrzmieć, gomenasai -coraz więcej słówek japońskich przetaczało się przez gardło Ryu- chciałem tylko... uhm...
Speszył się w rumieńcach i wcisnął głowę między ramiona, żeby jakoś odpokutować za możliwą obelgę Jack'a. Nie wiedział co mógłby jeszcze zrobić, by go przeprosić. Nie posiadał nic więcej niż dziesięć dolarów, a jego osoba raczej nie była nagrodą, bo tylko zawracał głowę pijakowi o byle granie, jak taka ciekawa dyskusja się toczyła między nimi. Mimo wszystko, kiedy to chłopak miał wybrać piosenkę nieco wychylił głowę z ramion i powiedział cicho:
-H-Hai... -potwierdził skinieniem głowy i zamyślił się nad doborem utworu, też nie mógł się zdecydować, zwłaszcza że nie słyszał żadnej od tak dawna- ...może... może "Over you" Chrisa Daughtry*?
Może to nie był jakiś mocny kawałek, ale przyszedł mu do głowy, zwłaszcza słowa, które znał, lecz bez muzyki były tylko marnym tłem. Wpatrzony w żebraka i jego gitarę nie odezwał się już, tylko przygotowywał się na nuty będące czymś więcej niż rozgrzewką artysty.

*tutaj jest link do utworu
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Obskurny skwer   Sro Lip 16, 2014 2:39 pm

- Ano zimno trochę. Nigdy nie liż słupów, bo język ci przymarznie i nieszczęście gotowe – powiedział bardzo profesorskim tonem. – W ziemie to trochę można. Bo wiesz, wtedy to cholernie niskie temperatury są. Nie, to co tutaj. Tutaj nawet śniegu porządnego nie ma! Czasami za nim tęsknie – westchnął ciężko i nieco już zgorzkniałym tonem pod koniec tego krótkiego wywodu o swoim pochodzeniu. Domniemanym, oczywiście. Poniekąd. Właściwie to Benjamin stamtąd pochodził – miał tak w dokumentach. A demon całkowicie zespolił się z tą właśnie tożsamością, więc… więc nim był, prawda?
Zaśmiał się głośno, lecz tym razem z pewną nutą goryczy. Odwrócił głowę w kierunku Jamesa z krzywym uśmiechem na ustach.
- Kiedy taka jest prawda, James. Jestem pijakiem, nawet jeśli, jak to mówisz, mam w głowie dużo, to nie zmienia tego, kim jestem – stwierdził i wzruszył ramionami. I rzucił dość wymowne spojrzenie w stronę butelki, która leżała na samym wierzchu w torbie. – Przegrałem, chłopcze, przegrałem swoje życie. Jak wielu mnie podobnych. Miałem dom, rodzinę, miłość, ale patrzyłem dalej, ambicje mnie przerosły – uśmiechnął się teraz szeroko i z rozbawieniem. – Dlatego teraz ich nie mam. Wolę nie mieć co tracić. Tak jest dobrze, co, James?
Właściwie nie oczekiwał na to ostatnie pytanie odpowiedzi. Ot, kolejne pytanie retoryczne rzucone, bo rzucone, tak bardziej w przestrzeń, niż żeby faktycznie rzeczoną odpowiedź otrzymać. W końcu on ją znał, tak? A przynajmniej tę, która mu bardzo pasowała do takiego właśnie tryby życia i w ogóle. Ach, do licha, jak cudownie było wcielać sięw kogoś zupełnie innego i to tak niemalże bez reszty, że własna osobowość schodziła gdzieś o wiele dalej!
Widział, że kochany James jest już pijany. Tak troszeczkę… Mocny, polski bimber jednak zaczął działać, zwłaszcza że nowy znajomy wcześniej nie miał z nim do czynienia i faktycznie został przez nań rozdziewiczony. Ale to dobrze! Benjamin jakoś był zawsze rozmowny, a czułkowego kolegę alkohol mógł tylko ośmielić i otworzyć na dyskusję! Może nawet w stanie upojenia zdradzi przypadkiem demonowi, czym właściwie jest i dlaczego? Ostatecznie słuchał słów Jamesa w milczeniu, nie przerywał mu i pozwolił zagłębić się we wspomnieniach. Wiedział, że nie są chyba szczególnie wesołe czy dobre. A przynajmniej znaczna większość z nich.
Nie mógł wychodzić, tak? Czyli choroba jakaś. I to przewlekła, przez którą nie musiał siedzieć w zimnym szpitalu. Pewnie miał zapewnioną opiekę medyczną w swoim domu, dostęp do lekarstw, doglądała go zapewne urocza pani pielęgniarka, a pan doktor przychodził z wizytami co jakiś czas, żeby sprawdzić stan swojego pacjenta. Co się wobec tego stało? Dlaczego ciężko chory chłopiec nagle stał się nieśmiertelnym i to takim, którego rasy Wielki Pan Belzebub rozpoznać nie mógł. Jego robaczki też, bo już zdążył wysłać je na zwiady, żeby przyjrzały się młodemu mężczyźnie bardzo uważnie. To tylko podsycało ciekawość demona. Chciał wiedzieć więcej, więc – analogicznie – jak na razie nie zamierzał wypuszczać nowego przyjaciela ze swoich rączek. Nie, nie. Poruszał się tak cicho, Belzebub wcale go nie zauważył! A to zbyt często się nie zdarzało, w końcu jak można podejść szpiega? I to takiego naprawdę z Piekła rodem!
- Choroba, co, James? – zapytał, cały czas świdrując go dziwnie bystrym i nagle trzeźwiejszym wzrokiem. Jemu potrzeba było o wiele więcej, żeby się upić. – Cud, mówisz. Jakaś dobra wróżka, co? Bo na zwyczajnie wyleczonego to ty nie wyglądasz. Nie, żebym wierzył w taki duby smalone, ale no… różnie bywa w życiu, nie? – uniósł jedną brew i uśmiechnął się szeroko. Może się wygada? Och, oby! Ale z drugiej strony… wtedy poniekąd ciekawość byłaby zaspokojona i nie musiałby prowadzić dalszej rozmowy. Nie no, przecież nie zostawi takiego pijanego dzieciaka tutaj. Nawet on – jako demon – nie bywał aż tak bezduszny. No dobra, bywał, ale akurat tego tutaj polubił, więc i tak zamierzał go stąd zabrać. Tylko że niekoniecznie zdradzając, kim tak naprawdę jest. – Chudy James i Stary Jack. Z tym, że ciebie jeszcze nakarmić się da, nawet jeśli ot, cieniem. A ja? Nic nie zrobisz.  
Roześmiał się głośno i pokręcił głową. Czy to go uraziło? Jasne, że nie! Po prostu to miało być takie ot, przypomnienie, drobna nauka na przyszłość, by nie popełniał takich gaf więcej przy kimś ważniejszym niż on. Bo przecież był nikim, tak? W tym ciele był absolutnie zwyczajnym i niewiele znaczącym człowiekiem.
- Kinishinaide – odparł i wzruszył lekko ramionami, pociągając trzecią strunę. Ot, byle pijak mówiący po japońsku. – To tylko taka lekcja drobna na przyszłość. Żebyś nie popełniał błędów. Rikai suru?
Skoro James tak zaczynał mruczeć po japońsku, to Jack wyszedł mu naprzeciw. Żeby poczuł się tak trochę bardziej, wiadomo, swojsko! Jak się człowiek zaczyna po domowemu czuć, to od razu bardziej rozmowy się robi, prawda? A jak jeszcze w grę alkohol wchodzi, to już całkiem!
Pokiwał głową. Znał to. Znał niby dużo piosenek, ale i tak nie wszystkie, toż to jasne. Odchrząknął i próbnie zagrał dwa akordy, tak szybko. A później zaczął grać. Wprawdzie jego wersja różniła się od oryginału, była nieco spokojniejsza i wolniejsza, niemniej główna linia melodyczna zostawała ta sama – przynajmniej przy wokalu. Cóż, Belzebub był cherubinem. Potrafił śpiewać, potrafił śpiewać jak prawdziwy ot, anioł. W końcu w Niebie grał na ślicznej harfie i śpiewał pieśni ku czci Pana i tak dalej. Nawet nie spoglądał na gryf, gdy przekładał palce, by zagrać kolejny akord, wszystko przechodziło absolutnie płynnie, dopasowywał się nieco zachrypniętym – przez ten pieruński alkohol – głosem do dźwięków gitary. A gdy skończył, przymknął na chwilę oczy i westchnął. Nie był oto idealna wersja tej piosenki. Zmieniona na potrzebę muzyka, który akurat podjął się zagrania tego utworu.
- Proszę. Tylko że chyba trochę zjebałem, bo nie jest tak, jak być winno –
stwierdził i powolutku odstawił gitarę na ziemię, opierając ją z boku o ławkę. – Hej, James, jak się nazywasz? – rzucił, opierając się łokciami o swoje kolana.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ryu
Cień


Fabularnie : z samym Belzebubem... w całym majestacie
Liczba postów : 59
Join date : 01/05/2012

PisanieTemat: Re: Obskurny skwer   Sro Lip 16, 2014 5:26 pm

Widać było gołym okiem, że Ryu inaczej spostrzegał świat. Wszystko go ciekawiło, wprawiało w zdumienie, ludzi idealizował nawet jeśli nie miał ku temu najlepszych podstaw, a w trakcie rozmowy starał się więcej słuchać niż opowiadać. Przykleiła mu się łatka milczka, ale co w tym dziwnego jak nie mógł wymienić swoich poglądów, aż do teraz? Jack plus alkohol byli kluczem do rozwiązania języka, chociaż nie zawsze to miało miejsce.
Rady brał do serca, a doświadczenia innych starał się oswoić. Można przegrać życie na wiele sposób, nie musi to być tylko ułomność ciała. Zaprzepaścić szanse, które zesłał los. Stary Jack mimo pijackiego zająknięcia czy mruczenia był pilnie słuchany i obserwowany, aczkolwiek nie narzucał się tak bardzo. Nie chciał wywołać sztucznej atmosfery, poza tym jak wcześniej wspomniano - Ryu lubił słuchać niżeli opowiadać. Tym bardziej teraz, kiedy musi dochować tajemnicy nadanej z ręki dżina.
-Uhm, racja... różnie... bywa...
Nie mógł za żadne skarby powiedzieć jak powstał, chociaż lada moment a wygada się. Jego Twórca nie byłby zadowolony, gdyby wśród śmiertelnych pojawiła się dziwna pogłoska o zupełnie innym życiu z Jego udziałem. Mogłoby to sprawić więcej problemów niż potrzeba. Poza tym skąd miał pewność, iż tak już będzie zawsze? Dżin miał wielką moc i mógłby uśmiercić Fioletowookiego za niesubordynację. Co prawda łączyło ich coś więcej niż relacja Twórca-twór, ale nie miał prawa nadwyrężać zaufania, w dodatku mając tylko to jedno zastrzeżenie.
Nie mógł nawet zaczerpnąć tchu, kiedy słuchał bardzo uważnie repertuaru jaki zgotował mu na strunach i śpiewem grajek. Toż to było niemożliwością, aby ktoś z takim darem wylądował na ulicy! Co z tego, że nie był wierny Chrisowi, to nawet lepiej świadczyło o nim, iż na swój sposób potrafił zaprezentować utwór i zaciekawić jedynego odbiorcę w promieniu kilkunastu metrów. Kopnął go zaszczyt, naprawdę! Jak zahipnotyzowany dzieciak nie odrywał oczu od artysty i przeżywał wraz ze śpiewakiem. Gorzej, że nie był w stanie dopomóc go w głosie, ale to może i lepiej - zagłuszyłby tak wspaniały, wręcz anielski ton. Toteż całkowicie nie rozumiał dlaczego Jack twierdził, iż "zjebał" piosenkę. Aż zmarszczył lekko brwi, by takich bzdur nie wygadywał!
-To było przepiękne, Jack. Nic nie szkodzi, że nie pokrywa się idealnie z oryginałem... Twoja wersja brzmiała o wiele lepiej, nie kłamię. Arigatō, Furui Jack.
W końcu miał co nucić pod nosem, co rozpamiętywać! Melodie przetaczały się przez delikatny umysł i duszę, aż do obrzydzenia. Szybko więc to nie nastąpi. Już coraz mniej kontaktował z rzeczywistością, z dłoni wypuścił cienistą butelkę, która bezdźwięcznie rozpłynęła się w mroku dookoła, a wyraz twarzy wskazywał, iż jeszcze błądził między nutami. Rozmarzył się z miłym uśmiechem, aczkolwiek ocknął się, kiedy James spuścił gitarę na ziemię i zadał konkretne pytanie. No tak, ciągle nazywali się wymyślonymi imionami.
-R... Ryu... a Ty?
Powiedział cichutko, z zamykającymi się powiekami. Rumieńce podchmielonego młodzieńca nie znikały, a sylwetka anorektyka powoli wtapiała się w oparcie ławki. Powoli zasypiał, chociaż bronił się przed tym. Powinien wcześniej pomyśleć o powrocie do domu, lecz nie chciał tak prędko odchodzić od rozmówcy. Dawno nie wygadał się tak przed kimkolwiek, jak właśnie z pijaczyną o anielskim głosie. Coraz więcej sprzecznych zbierało się w rozpitej główce Fioletowookiego, ale nie mógł jakoś ułożyć ich w dobrej kolejności. To nie miało tak wielkiego znaczenia, wszak stary Jack nie zasiądzie tu na dłużej - jest ulicznym grajkiem i pójdzie zarobić na bułki czy alkohol.
Już się wydawało, że Cieniołak zaśnie na meblu, kiedy dotąd niezbyt ruchliwe czułka nie poruszyły się na wschód, czyli od miejsca, gdzie jaśniała okolica od zbyt mocnej żarówki zaczepionej do roweru zmotoryzowanego uczestnika skweru. Jeden impuls sprawił, że bielma chłopaka poczerwieniały, a upojenie alkoholowe na moment przestało istnieć. Poderwał się z ławki i już go nie było! Coś jak teleportacja, tylko na krótki dystans, gdyż kucał tuż za Jack'iem i jego futerałem. Siedział w ich cieniu z zadyszką. Dosłownie ułamek sekundy, a ławkę oświetliła wiązka światła, która może nie była tak intensywna jak słońce, lecz wystarczyła, by przepłoszyć młodzieńca nie mogącego mieć styczności nawet z takim światłem. Jego ciało pokrył czarny nalot maskujący, aby nie został wykryty. Nie panował nad swoimi zdolnościami, tego zwyczaju też nie. Skulony pod ławką nie odezwał się ani słowem. Nie dlatego, że nie chciał, lecz ten wyczyn kosztował go za dużo energii, do tego pojawiły się symptomy nietrzeźwości i po prostu... zasnął wtulony w futerał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz


Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Obskurny skwer   Czw Lip 17, 2014 7:24 pm

- Ano różnie – potaknął z dość szczątkowym optymizmem. Co z tego, że to wszystko nie było prawdą? Mogło być, prawda? W końcu ilu to ludzi jest na ulicach, którym właśnie „w życiu nie wyszło”, bo je „przegrali” w jakiś sposób. Historia Benjamina nie była jakaś unikatowa czy przesadnie niezwykłe i niespotykana. Ot, ludzka. Taka miała być w założeniu, gdy demon w ogóle wymyślał sobie nową tożsamość – wszystko dla lepszego i sprawniejszego zdobywania informacji wszelakich!
A Belzebub w ten lub inny sposób zamierzał dowiedzieć się czegoś o nowym znajomym. Znaczy… nie czegoś. Chciał właściwie jednej rzeczy, naprawdę obrał sobie za cel, żeby poznać jego rasę i sposób, w jaki dołączył do grona istot długowiecznych, czy tam nieśmiertelnych, jak woleli chyba być nazywani. Nawet jeśli ta rzekoma nieśmiertelność dotyczyła jedynie tego, że ich ciała opierały się zgubnemu działaniu czasu. Ot, bo zabić można było ich równie szybko, co ludzi. Gdy się ich przebijało, to zazwyczaj  wypływała z nich krew lub inne płyny ustrojowe, które podtrzymywały życie. Problem polegał na tym, że o wiele trudniej było taką istotę uśmiercić. Zresztą, demon chciał wiedzieć, co wpłynęłoby z Jamesa, gdyby i jego przedziurawić, bez robienia takich rzeczy, oczywiście.
- Piękno to pojęcie względne –
mruknął, z przyzwoitości odwracając wzrok. Wprawdzie wiedział, że ciężko o ludzkiego muzyka, który potrafiłby śpiewać czy grać w taki sposób, to jednak wcale nie przeszkadzało mu w udawaniu skromności. Hej, taki był Benjamin! W całkowitym przeciwieństwie do swojego prawdziwego ja.
Pokiwał głową, gdy usłyszał imię. Ryu. Krótko. I teraz wstąpił w niego taki malutki dylemat. Przedstawić się prawdziwym mianem, czy wymyślonym imieniem? Wprawdzie przez całą rozmowę prezentował Benjamina, ale mógł powiedzieć, że Chudy James wzbudził jego sympatię. I ciekawość. Kłopot tkwił w tym, że Władca Much nie był pewien, czy ten tajemniczy chłopiec dalej będzie chciał z nim rozmawiać, gdyby dowiedział się, z kim tak naprawdę ma do czynienia. Nie wszyscy lubili demony. Równie niewielu chciało mieć styczność z tymi „ważniejszymi”.
- Ben. Benjamin Sante – przedstawił się i odwrócił głowę w stronę anorektyka ze szpitala wyjętego. – Taka ironia trochę, co?
Z takim drobnym rozbawieniem zauważył, że zaczął przysypiać na tej ławce. No, no. Spił parę porządnych łyków polskiego bimbru i koniec? W sumie tempo było całkiem szybkie, a na dodatek miał styczność z tak mocnym trunkiem po raz pierwszy w życiu, więc w zasadzie miał do tego całkowite prawo. Demon zaśmiał się pod nosem i pokręcił powoli głową, wyciągając z kieszeni tę nieszczęsną i wymiętoloną paczkę. Już-już chciał nawet odpalić jednego papierosa, gdy przez skwer przejechał rower. I oświetlił ławkę, bo jednak zrobiło się tak całkiem ciemno już. Zwłaszcza w tej części miasta i na tym skwerze, gdzie lampy uliczne już dawno temu przestały działać i jakoś nikomu nie chciało się wymieniać żarówek. Ale nie to sprawiło, że Benjamin nie odpalił papierosa. Chodziło o Ryu.
Bo zniknął.
Ot tak, w jednej chwili już go nie było, już nie mówiąc o tej śmiesznej sztuczce z antenkami. Demon odwrócił głowę za siebie, gdy usłyszał przyśpieszony oddech i zmarszczył brwi. Teleportacja? Zakrzywienie czasoprzestrzeni? Nie było mowy, żeby mógł poruszać się tak szybko, nikt chyba nie potrafił.
- No, no, Ryu, ty to chyba jednak jesteś jakimś dziwadłem, co? –
rzucił zaczepnie. Wiedział od początku, że tak jest. Ale chciał te informacje wydobyć od niego samego, stopniowo i powoli. Lecz zanim zdążył powiedzieć cokolwiek innego, zobaczył ten czarny nalot na ciele Ryu i fakt, że… że zasnął po prostu. I jeszcze wtulił się w szmaciany i połatany futerał. No cóż. Demon westchnął ciężko. Na razie nie zamierzał się ruszać, tak przez chwilkę. Zapalił papierosa – chowając przy tym płomień zapalniczki w dłoniach – i jeszcze musiał przestraszyć jakichś miejscowych oprychów, którzy chyba chcieli spuścić mu wpierdol i okraść. Jakby jeszcze z czego było! Ale wystarczyło, że dosłownie na kilka sekund przybrał swoją demoniczną formę. Czerwone oczy zaiskrzyły jak ogień w ciemności, a na głowie pojawiły się – jedna cholera wie skąd – wspaniałe poroża, na dodatek jakby pokrapiane złotem. Cóż, uciekali dość szybko.
Dopiero po może godzinie czy dwóch, gdy znudziło mu się brzdąkanie na gitarze, delikatnie wysunął pokrowiec spod Ryu i wsunął w nań gitarę. Zasunął podróżną torbę i gdy oba bagaże zostały bezpiecznie ulokowane na jego plecach, powolutku i ostrożnie podniósł chudego Jamesa – który w zasadzie ważył tyle, co nic i całkowicie beztrosko wskoczył z nim w ramionach do Piekła. Na chwilę. To chyba był najskuteczniejszy i najszybszy środek transportu!

zt x2 Opuszczona fabryka
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Obskurny skwer   Today at 4:27 pm

Powrót do góry Go down
 
Obskurny skwer
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Nieśmiertelni ~ Kolebka Upadłych Aniołów :: Londyn :: East End-
Skocz do: