IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Władca Much - Belzebub

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Belzebub
Pożeracz dusz
avatar

Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Władca Much - Belzebub   Nie Cze 16, 2013 1:20 pm

Godność: Oto Władca Much, wielki i kochany przez wszystkich Belzebub. Bardzo często utożsamiany z samym Szatanem – kto wie, może i całkiem słusznie, bo różnic wcale nie musi być aż tak wiele między nimi  – albo brany za kananejskie bóstwo, władcę podziemi Baal-Zebula. Prawdą jest, że diabli wiedzą, skąd się ten konkretny czart wziął. Jak i to, że nie jest ani żadnym bóstwem, ani samym Szatanem, ani bram do piekła nie strzeże – przynajmniej już nie.  
A, zwali go także karmazynowym królem, ale dlaczego to tego nie wie nawet on sam. Już oczywiście nie licząc tych wszystkich wymyślonych nazwisk, którymi tytułował się na przestrzeni wieków.
 
Wiek: Zacznijmy od tego, że sam Wielki Pan Belzebub nie wie, ile liczy sobie lat. Głównie dlatego, że musiałby sobie liczyć, ile to lat spędził na ziemi, ile w piekle, sprowadzić to do jednej strefy czasowej, pododawać te momenty, gdy przypadkiem zawisnął sobie między tymi dwoma wymiarami, doliczyć czas na podróże międzywymiarowe… ach, na diabły to komu? Liczenie tego by sprawiło, że wszyscy wokół by się zestarzeli i trzeba by liczyć od nowa, bo Belzebub zapewne zdążyłby w tym czasie przeskoczyć kilka razy z ziemi do piekła i z powrotem i znów utknąć na ileś lat między nimi.
Ot, stary potwornie, aczkolwiek na takiego nie wygląda.
 
Orientacja: Ahmm… sprawa życie i śmierci? Jakoś ciężej jest się tej sprawie przyjrzeć głębiej. Głównie dlatego, że Belzebub sam nie ma pojęcia, jak to jest z nim ogólnie. Już nawet nie wspominając o tym, że nawet jeśli się do kogoś zbliża, to tylko po to, żeby go bestialsko wykorzystać do swoich zwykle niecnych celów, a później porzucić jego zwłoki w jakimś rowie czy innym nieciekawym miejscu. Zazwyczaj lądują piekle i sprawa załatwiona, bo raczej ciężko jest udowodnić komuś zabicie kogoś, gdy nawet nie ma się ciała tego domniemanego zabitego.
 
Pochodzenie: Jak mniemam samo dno piekła średnio się liczy, hm? W każdym razie – osoba Belzebuba zrodziła się gdzieś w samym piekle z much, komarów i innych owadów gryząco-irytujących. Aczkolwiek on sam twierdzi, że jest zbyt wspaniały, żeby mógł wymyślić go ktoś inny niż on sam. I tutaj rodzi się jego wieczny konflikt egzystencjalny. Skoro jedyny umysł, jaki byłby w stanie go stworzyć jest jego własny, a przecież wiadome jest, że to niemożliwe, to w jakiś sposób powstał? Wciąż najbardziej prawdopodobną wersją jest to, że powstał z demonicznej galaretki, którym ktoś przypadkiem potraktował rój komarów i much.
 
Rasa: DEMON. Demoniczny demon stworzony z demonicznej galaretki. Tudzież z much, komarów czy innego robactwa.
 
* Zwierzęca forma: Demoniczna galaretka.
 
Ranga: Dzięki swojej niewątpliwej potędze – aczkolwiek kilku takich się znalazło, co to ją podważali – oraz całkiem nietypowym stylem życia może szczycić się mianem Pożeracza Dusz.  Pożeracz Dusz Wielki Pan Belzebub – PDWPB. Hm…. W sumie to: Pożeracz Dusz Władca Much Strażnik Bram Piekielnych Władca Podziemi Baal-Zabula karmazynowy król Wielki Pan Belzebub. Spróbuj tego nie zapamiętać. Ot, po prostu wyznaje zasadę, że na dobry początek dnia dobrze jest sobie pożreć jakąś niewinną duszyczkę. A że takich nigdy za wiele, przechowuje część w piekle w bardzo specjalnie zapakowanych… butelkach po coca-coli, które grzecznie stoją na półkach i czekają, aż Belzebub sobie zgłodnieje.
 
Moc:


Władca Much
Nie bez powodu Wielki Pan Belzebub nazywany jest Władcą Much. Na wezwanie, moje panie – i panowie z… cudzej łaski – Belzebuba dookoła pojawia się caaaała rzesza (może nawet i niemiecka) much, komarów i  innych owadów z rodziny bąkowatych. Byłbyś gotów pomyśleć, że chcą cię zeżreć! Kłopot jest taki, że nie są mięsożerne. Tylko krew piją, jeśli łaska. Fakt, wiadomo – jak się na ciebie rzuci rój głodnych i krwiożerczych owadów o mózgach wypranych i solidnie zaprogramowanych na picie twojej krwi, to guzik cię obchodzi, czy one chcą twojego mięsa, krwi, włosów czy oczu. Minus ich użytkowania jest taki, że generalnie można je sobie łatwo spalić, a i wiatr je łatwo rozpędza, a jakby i tego było mało, to na dodatek w deszczu nie działają tak dobrze, jak działać powinny. Ot, zaraz leżą w tej wodzie jak głupie i się nie nadają do niczego.
Aczkolwiek w sprzyjających warunkach atmosferycznych potrafią być wielce użyteczne. Rzecz jasna, tutaj należałoby też dodać, że specjalnie w piekle na swoich zacnych włościach hoduje te swoje muchy i inne cholerstwa, żeby móc je przyzywać i w czasie zimy za pomocą Wrót Piekieł. Bo wiadomą sprawą jest, że takie stworzenia zimą i późną jesienią już nie egzystują. A trzeba sobie jakoś radzić nawet w takich przypadkach.
 
Włócznia Czasu
Miła jego sercu i dłoni broń z własnej jego osobistej krwi stworzona, jedni diabli wiedzą w jaki sposób. Przynajmniej on sam twierdzi, że to zabawka zrobiona z jego posoki – niektórzy są nawet skłonni w to uwierzyć, zwłaszcza jeśli ktoś spojrzy na jej wielce ciemnoczerwoną barwę i to, jak się pięknie mieni w słońcu, trochę jak takie szkiełko w witrażu. Ludziom czy tam nie-ludziom jest jeszcze łatwiej w to uwierzyć przez fakt, że Belzebub do przywołania jej wykorzystuje Wrota Piekieł – dlatego wygląda to, jakby po prostu pojawiała się w jego dłoniach absolutnie znikąd. Czasami dla większego efektu, zwłaszcza jeśli ktoś uwierzy w tę bajeczkę o tym, że to włócznia z jego krwi, rozcina sobie pazurami rękę, żeby broń była jeszcze zakrwawiona. Wielce pomysłowe.
W tym miejscu należałoby uściślić, dlaczego jest to Włócznia Czasu, a nie zwykła jakaś tam włócznia. Jeśli ktoś się na nią nadzieje, zostanie nią dźgnięty lub nawet skaleczony, to z jego ciała „ulatnia się” część czasu, który został danemu ciału do zestarzenia się i śmierci ze starości. Wiadomo, jeśli jest to tylko draśnięcie, to ucieka kilka minut. Jeśli dźgnięcie – godzin, jeśli jest to głęboka rana to nawet dni i miesięcy. Im dłużej włócznia tkwi w ciele, tym więcej czasu pożera.  A im więcej czasu pożera, tym słabsza staje się ofiara, a jej ciało – nawet jeśli z natury jest nieśmiertelne – zaczyna trochę szwankować i również się starzeć, dopóki broń nie straci z nim kontaktu.
 
 
Wrota piekieł
Czy każdy demon może otwierać wrota do piekieł? No jasne. Chyba. Ale nie każdy może to robić tak ewidentnie często i, za przeproszeniem, „z dupy” jak Belzebub. Jest to również powód nazywania go strażnikiem wrót piekielnych. Z całym szacunkiem, ale nikt by nie zliczył, ile razy ten demon przeskakuje sobie z jednego miejsca na drugie bez problemów. Co ciekawsze, używa tego również jako bardzo uniwersalnego środka transportu. Ot, pyk – wrota się otwierają i on sobie do nich wskakuje, jest w piekle. Pyk – wrota otwierają się ponownie, ale tym razem już nakierunkowane na konkretne miejsce, Belzebub wskakuje do nich i jest tam, gdzie być chciał. Przecież to takie proste…
Rzecz jasna, wrota piekieł mają też inne zastosowania – Belzebub w piekle trzyma swoje owady i co jakiś czas kontroluje ich populację, coby mu wystarczyło na zimę, jesień i wiosnę, gdy ich nie ma. Wówczas gdy są mu potrzebne, a natura nie pozwala im na egzystencję, otwiera Wrota Piekieł, a owady z niej wylatują nie mniej majestatycznie niż szarańcze w Egipcie.
Używa również wrót do przywołania swojej wspaniałej Włóczni Czasu – bo trochę szkoda by było tachać ją za sobą przez całe miasto, już nawet nie wspominając, jak dziwnie by to wyglądało w zasadzie dla wszystkich. Zwłaszcza, że ona znowu taka drobna i malutka nie jest, tylko dłuższa nawet i od niego.
Tutaj należałoby dodać, że czasami wrota mogą się w pewien sposób… zepsuć. Ot, mogą na kilka lat zawiesić nieszczęśnika między ziemią a piekłem, wyrzucić nie tam, gdzie trzeba. Takie tam… wiadomo.
 
Oraz moce rasowe: latanie (ma skrzydełka, a jak i to na plecach, oba skrzydełka, oba całe i piękne),  zwiększona sprawność fizyczna (dlatego też nie ma problemów z ciśnięciem włócznią jak drobnym kamykiem wystrzelonym z procy… dobra, nie przesadzajmy)  oraz dobra orientacja w terenie (czyli że nie gubi się i nawet wie mniej więcej gdzie jest, gdy wrota otworzą się nie tam, gdzie powinny i nawet będzie potrafił wrócić. Najprawdopodobniej)
 
Umiejętności: Ciężko jest nie umieć niczego po tylu latach spędzonych w zasadzie na niczym. Prawie na niczym. Belzebub akurat zalicza się do demonów, które zwykle robią coś i nie potrafią usiedzieć w miejscu na okres dłuższy niż dwadzieścia minut. Na pierwszy ogień piekielny należało wrzucić walkę jego ukochaną bronią – Włócznią Czasu. Ogólnie włócznią, ale przywykł do tej konkretnej i stanowi bardziej przedłużenie jego ręki, niż broń. Wiadomo, rozmiar, ciężar, zasięg – gdy używa innej, zdarza mu się zapomnieć i popełnia katastrofalne w skutkach błędy. Ot, potrzebuje chwilki czasu, żeby móc się przestawić na dany model. A wtedy włócznia w jego dłoniach znów zmienia się w śmiertelnie groźną broń. Od biedy mógłby zapewne pomachać jakimś mieczykiem, ale na pewno gorzej i ze znacznie większym niezadowoleniem. W końcu wtedy znacząco spada jego efektywność i siła rażenia.
Całkiem sprawnie potrafi mówić w kilku językach. W sumie to nawet w kilkunastu – jako człowiek interesu – bardzo ceni sobie rozmowy z innymi, zwłaszcza jeśli ma prowadzić z nimi interesy. Tym sposobem opanował płynnie między innymi angielski, niemiecki, rosyjski, japoński (aczkolwiek kanji do dzisiaj nie potrafi) , chiński, francuski oraz szwedzki. Co jakiś czas musi uaktualniać swój słownik, bo wiadomo, że dochodzą jakieś nowe słowa, slang czy jeszcze inne duperele, które znacząco poprawiają zdolność komunikacji interpersonalnej.
W międzyczasie nauczył się takich umiejętności jak gotowanie, malowanie, rzępolenie na kilku instrumentach. Ale to te mniej ważne.
A, no właśnie – jedną z ważniejszych umiejętności tego demona jest wspaniale wręcz rozwinięty zmysł biznesowy. Ot, potrafi wywietrzyć interes niemal wszędzie, a jeśli już jakiś podłapie, to zaraz stara się coś z tym zrobić, żeby zarobić i się nie narobić. Bardzo kreatywna bestia, jeśli chodzi o pomysły na prowadzenie biznesu. I to najróżniejszego! Prawdziwy człowiek… demon, przepraszam, biznesu.
W międzyczasie studiował również anatomię, by móc wiedzieć, gdzie człowieka uderzyć, coby go zabolało i to całkiem porządnie. Potrafi również, na podstawie tych wiadomości, łatwiej złamać komuś kark, pobudzić strefy erogenne, wie gdzie znajdują się najważniejsze żyły czy nerwy… Ot, wiedza anatomiczna – głównie wykorzystywana wprawdzie do krzywdzenia innych niż im pomagania – została przez niego przestudiowana i zapamiętana.
Do umiejętności powinno również zaliczyć się aktorstwo i sztuka umiejętności obcowania z innymi. Przychodzi mu to nadzwyczaj łatwo. Ot, dostosowuje się do rozmówcy i jego możliwości, żeby pomóc i jemu, i sobie. Przynajmniej czasami.
 
Broń: Włócznia. Walka nią opanowana niemal do perfekcji (bo nikt jeszcze nie ustalił granicy, gdzie się zaczyna perfekcyjność w walce nią). Wiadomo, miał całkiem sporo czasu na opanowanie zabawy z nią i skrzętnie ten czas wykorzystywał. Głównie na polowanie na ludzi, ale to wieki przed tym, nim się w ogóle narodził pomysł na Porozumienie czy stworzenie Kolebki. Jeśli nie tysiące. W końcu nie ma to jak latanie za biednymi, przerażonymi ludźmi i nadziewanie ich na jakiś zaostrzony kij, włócznię znaczy się i patrzenie na to, jak ich biedne ciała usychają i zmieniają się w proszek. I to nie demoniczny proszek do prania, ale taki ot, paproch zwykły.
Celować też potrafi, ale jeśli już to robi, to rzuca włócznią, a później przenosi ją z powrotem do swojej dłoni za pomocą Wrót. Nie nosi przy sobie żadnych pistoletów, ani niczego takiego. Ot, za każdą dowolną broń może posłużyć mu włócznia. Ostatecznie nie spodziewa się kogoś, kto będzie potrafił mu dorównać, czy w jakiś sposób zakłócić działanie wrót, by nie mógł ani uciec, ani przywołać swojej broni. Wiadomo, zbyt wielka pewność siebie czasami potrafi być wielce problematyczna.
A, no tak – czasami nosi przy sobie paralizator. A to i tak tylko czasami i używa go w sumie tylko  wtedy, gdy jego przeciwnikiem jest jakiś złodziej czy normalny, niewtajemniczony człowiek. Wiadomo, niby średnio go obchodzą takie niemrawa istotki, jakimi są śmiertelnicy, ale woli nie afiszować się ze swoją obecnością, zwłaszcza że jego broń jest dość rozpoznawalna. A obecność Belzebuba gdziekolwiek może znaczyć tylko jedno – kłopoty.
 
Wygląd:
To należałoby zaznaczyć na samym wstępie: Belzebub naprawdę nie może się szczycić jakoś szczególnie charakterystyczną aparycją. Przynajmniej dopóki znajduje się w swojej ludzkiej formie. Rzecz jasna, w tym miejscu należałoby również uściślić, czym jest ta nieszczególnie charakterystyczna aparycja – ot, nie jest jakoś szczególnie wysoki, gdyż mierzy ledwo sto osiemdziesiąt centymetrów z wahaniami w obie strony do dwóch centymetrów. Jest szczupły, ale nie przesadnie nabity. Prawdę mówiąc, to ktoś kto tyko pobieżnie rzuciłby na niego okiem, bez najmniejszych wahań wziąłby go za jakiegoś chuchrowatego studenta, który uczył się kilkanaście nocy pod rząd i straszy innych ludzi swoją bladą twarzą. Która, rzecz oczywista, zawdzięcza swoją barwę tylko temu, że Belzebub zbyt bardzo za słońcem nie przepada i po prostu go unika – już nawet nie wspominając o tym, że opalenizną uważa za przymiot chłopstwa i sług, którzy opalają się podczas prac polowych. A taka bladość? Istne hrabiostwo, wyższa pozycja społeczna, burżuazja wręcz!
Wielki Pan Belzebub, jak na demona przystało – szczyci się krwiożerczo czerwonymi ślepiami. Jednak w jego wypadku tęczówki zdają się być odrobinę już… zakurzone. Jak rzucone na strychu szklane kuli, na których osiadły jakieś paprochy. Starość, nie radość. Aczkolwiek nijak to nie umniejsza jego pola widzenia, ani wzroku w żaden widoczny – czy też niewidoczny – sposób nie tępi i nie psuje, rzecz jasna. W końcu co to za demon, który czegoś nie może zobaczyć, ja się pytam, hm? Należałoby do tego dorzucić wręcz powalające spojrzenie spod długich i czarnych jak smoła rzęs. A, i pionowe źrenice. Ale dlaczego są takiego, to tego również nie wie nikt – niektórzy uważają, że to wpływ galaretki na jego ciało. Aczkolwiek nikt tego nie udowodnił, więc wciąż są to tylko jakieś tam spekulacje.
Belzebub włosy ma czarne – zdecydowanie nie szczeciniaste, tylko zdecydowanie w drugą stronę, mięciuchne, jak od fryzjera wyjęte. Przydługie – nie mylić z długie, bo generalnie to one są… krótkie, ale jak na krótkie to za długie, ale żeby długimi być, ot też im sporo brakuje. Czyli przydługie lub przykrótkie. Przy – znaczy, że coś koło czegoś.
Ten konkretny demon zawsze stara się wyglądać… gustownie. Uparcie twierdzi, że to pomaga mu w polowaniu na duszyczki te pięknie czyste, bo dla każdego powinno być to co najmniej oczywiste, że człowiek lub inna istota bardziej zaufa komuś, kto wygląda olśniewająco niż byle jakiemu lumpowi. Dlatego też najczęściej można go spotkać w eleganckim garniturze – najczęściej czarnym – i pod krawatem. Rzecz jasna, na nogach wówczas można się dopatrzeć skórzanych, czarnych butów. A w dłoni laski, niczym u dżentelmena z prawdziwego zdarzenia. Czasami porzuca swój formalny strój i ubiera się niczym najzwyklejszy śmiertelnik. Ale tylko wtedy, gdy wolałaby zachować anonimowość i nie afiszować się za bardzo.
A jak wygląda Belzebub jako demon? Majestatycznie, wspaniale… Mroczna aura po prostu wylewa mu się z butów…
Normalnie i tak czerwone oczy zaczynają delikatnie migotać, co wygląda prawdziwie przerażająco w ciemnościach. Na głowie wyrastają mu długie, wykręcone rogi – dziwnie białe z drobnymi, czarnymi kropkami na końcu pozłacane (co zrobił już sobie sam) i bardzo często można dopatrzeć się na tych rogach owadów, a to much, komarów, czy jeszcze innego czegoś. Na plecach pojawiają się skrzydła… ale nie takie normalne, demoniczne skrzydła. Wcale nie czarna i skórzaste. Na plecach Belzebuba pojawiają się skrzydła owada. Kształtem przypominają skrzydła motyla, lecz są przezroczyste jak te u muchy. I znacznie wytrzymalsze, rzecz jasna. Oczywiście, wydłużają mu się też paznokcie i zmieniają w cienkie, ostre szpony, gotowe do rozpłatania cudzego gardła. Zęby, normalne idealnie proste i prostokątne zmieniają swoje kształty na spiłowane w szpice kły. Nie ma ogona. Niektórzy mówią, że Belzebub jako demon wygląda jak krzyżówka demona i owada – aczkolwiek niewielu z tych głupców przeżyło nazywanie go kimś takim, by móc szczycić się tym gdziekolwiek.
 
Charakter:
Hm… to niebywale trudny do ogarnięcia temat. Możliwe, że nawet najtrudniejszy, bo oblicza Belzebuba potrafią zmieniać się co chwila. ze skrajności w skrajność. A jednym momencie będzie prawdziwym demon – złem wcielonym, polującym na biedne i boguduchawinne duszyczki z obnażonymi zębiskami, a już w następnym najmilszym demonem na świecie, który za nic nie skrzywdziłby muchy. nikomu nie trzeba chyba tłumaczyć, dlaczego została użyta tutaj mucha, prawda?
Zazwyczaj demon zachowuje się nienagannie uprzejmie. Kłania się wdzięcznie w pas podczas powitania, kiwa głową z uśmiechem, gdy mija kogoś znajomego, podaje dłoń bez nawet jednego, niezadowolonego grymasu. Idealnie uprzejmy, można by rzec. Do czasu. Jeśli tylko znajdzie się w otoczeniu kogoś, kto dobrze wie, jaki naprawdę jest Belzebub, to demon niemal od razu porzuca swoją uprzejmą maską, zarezerwowaną tylko dla idiotów lub nieznajomych i zaczyna się cyrk. Bo Belzebub nie potrafi być zbyt długo poważny, nawet jeśli chodzi o sprawę życia i śmierci (nawet jego własnej). Bezceremonialnie się nabija, czyni zaraz jakieś podteksty – o naprawdę dziwnym i ledwo mieszczącym się w granicach zrozumienia  znaczeniu – jęczy, marudzi, papla bez opamiętania, zwykle nawet do końca nie zastanawiając się, co też sam wygaduje. Ot, dla kogoś kto wie jak z nim rozmawiać, może być bardzo dobrym źródłem rzetelnych informacji.
Bardzo ceni sobie… samego siebie. Ciężko jest znaleźć kogoś, kto miłością do samego siebie by mógł go przewyższyć. Uważa siebie za wielce potężnego i wspaniałego, więc każdy w sumie powinien sądzić tak, jak on – bo jakże by inaczej? Rzeczą oczywistą jest, że to on ma zawsze rację i słuchanie go wychodzi na dobre. A co za tym idzie – lubi mieć sytuacje pod kontrolą. Kiedy coś zaczyna wymykać mu się z rąk, Belzebub zaczyna się złościć i jest bardzo często gotów zrobić wszystko, żeby mieć z powrotem w swoich łapach to coś. Ale zależy od wartości „tego czegoś”. Wiadomo, że za byle błahostką nie należy gnać na łeb i na szyję przed siebie. Chyba że ma to jakąś wartość sentymentalną (tak, Belzebub potrafi być wielce sentymentalny…), albo jest to butelka z duszą. Za kradzież chociażby jednej grozi kara śmierci i tortur w piekle. Najgorszych. Takich, przed którymi zadrżałaby Hiszpańska Inkwizycja. W końcu nie po to zbierał je sobie na przestrzeni tysiącleci, żeby byle kto mu je wykradał. Co to, to nie. czasami tylko zdarza mu się jedną komuś… podarować. Ale to naprawdę w skrajnych przypadkach, bo swoje niewinne duszyczki kocha bardzo i są dla niego niemalże wszystkim. Oczywiście, nie licząc jego własnego życia, które jest centrum wszechświata.
No tak, tutaj byłoby również dobrze wspomnień o jego smykałce do biznesów – czasami Belzebub bawi się w wielce grubą rybą (już nawet pomijając, że właściwie nią jest). Wówczas na nowo przypomina sobie o istnieniu swoich wszystkich inwestycji i firm (a tego jest wszędzie… sporo) i zaczyna rozmowy o interesach. Rzecz jasna, bardzo go to bawi i jest w sumie to taki swoisty sposób na rozerwanie się. Czasami też mówi o normalnych rzeczach tak, jakby były kontraktami. Ha, właśnie – czy wspomniało mi się o tym, że on naprawdę lubi zawierać kontrakty z ludźmi? Tak bardzo lubi się z nimi bawić, że nawet nie patrzy na to, jak czyste są ich dusze.
Jeszcze a propo ludzi – istnieje taka ciekawa grupa społeczna, która lubuje się w wywoływaniu duchów, demonów i innych sił nieczystych, żeby z nimi porozmawiać. Belzebub, jako że jest szczególnie wrażliwy na otwieranie się i zamykanie bram do piekieł, wyczuwa instynktownie, że ktoś próbuje otworzyć bramę. Wówczas wyprzedza tę duszę, albo słabego demona w drodze – o ile ma wolny czas, a jeśli nie… to czasami potrafi rzucić swoje zajęcie i się tam udać – pojawia się wśród ludzi w całej swojej demonicznej postaci. Naprawdę kocha to przerażenie na ich twarzach, gdy jednak udaje im się kogoś przywołać. I że nie jest to jakaś nieszkodliwa istota, tylko krwiożerczy demon, który niczego sobie nie robi z tych okręgów soli. Czasami, to prawda, zdarzają się i tacy, którzy mają większą wprawę w okultyzmie. Wiadomo, wszędzie jest woda święcona, krzyże i tak dalej. Wtedy Belzebub albo ich zabija włócznią, swoją armią komarów i much albo po prostu znudzony wraca do piekła, o ile nikt nie chce zawrzeć kontraktu.
 
Historia:
 
- Jeśli spełnisz moje życzenie, przeżyjesz – oznajmił młody mężczyzna stojący przed okręgiem. Dzierżył w swoich śmiertelnych rękach jakiś kawałek zaostrzonego żelaza, a w drugim kołek.
Belzebub rozejrzał się leniwie po pomieszczeniu i delikatnie skrzywił. Był wyjątkowo wyczulony na nastrój czy estetykę, a przywoływanie demona, z którym chciało się zawrzeć pakt do jakiejś obleśnej piwnicy i palenie w niej czarnych świec nijak nie pomagało. Do tego ten duszący dym kadzideł… A i jeszcze tandetny okrąg, tandetne krzyże i naczynia z wodą święconą, które miały przerażać demona… Już nawet nie komentując czarnej, dziwnej peleryny, którą mężczyzna zarzucił sobie na ciało. Niech pochwalony będzie Najniższy Sołtys, jeśli to miało być mroczne i sprzyjające do takich praktyk.
Demon oparł się na swojej włóczni całym ciężarem ciała i wyszczerzył upiornie, niemal z nieziemską radością przypatrując się twarzy tego nieszczęśnika, który śmiał go przyzwać. Prawdę mówiąc, to zapewne nie chciał przyzwać demona tak wysokiej rangi. Z całą pewnością liczył na jakąś płotkę i kogoś kto się przestraszy tego całego cyrku. Miał pecha, że wówczas Belzebub się nudził… i gdy tyko poczuł próby otwarcia wrót do piekła sam powędrował radośnie na spotkanie. Tak, tak… często tak robił. Lubił widzieć zaskoczenie na twarzach tych głupiutkich istotek.
- Przeżyję? – zapytał bardzo powoli, patrząc na mężczyznę szeroko otwartymi, czerwonymi ślepiami, które dodatkowo migotały delikatnie w tym półmroku. Jejku, jejku, naprawdę uważał, że byłby  w stanie zabić Władcę Much?
- Tak! Pozwolę ci żyć i odejść, jeśli spełnisz moje życzenie! – krzyknął, zaciskając dłonie na tej śmiesznej zabawce coraz mocniej. Aż mu pobielały, na co Belzebub miał ogromną ochotę uśmiechnąć się z pobłażaniem.
Przejechał pazurem po swoim lewym rogu, a później wbił go lekko w swój policzek, jakby się nad tym bardzo poważnie zastanawiał. Naprawdę, dlaczego niektórzy ludzie byli tak wielkimi ignorantami i uważali, że groźbami mogą zmusić demona do posłuszeństwa? To oczywiste, że nawet nie musiałby się tutaj pojawić. Żaden z jego… pobratymców by nie musiał, jeśliby tylko tego nie chciał. Ale ludzie tego nie potrafili zrozumieć. A on, Wielki Pan Belzebub, widział to bardzo wyraźnie na przestrzeni wieków.
- Zwykłe puszczenie mnie z życiem to zdecydowanie mała zapłata – stwierdził w końcu bezradnym głosem. – Ale… z chęcią się zastanowię, jeśli na szali postawisz… duszę – odpowiedział lekko.
O tak, kolejna dusza do kolekcji. Miał ich już bardzo duży zapas, na wypadek jakby te niewinne duszyczki zniknęły na zawsze z ziemi. Wprawdzie dusza tego człowieka nie była czysta… ale Belzebub już dobrze wiedział, jak będzie wyglądało jego życzenie. A przynajmniej się spodziewał. Zapewne jakaś kobieta. Jego dusza była tylko trochę poplamiona, naprawdę. Jedynie zwykłe, ludzkie grzechy. Kilka oszustw i niewinnych kradzieży. Naprawdę, nic wielkiego. Czego niby mógłby chcieć od demona ktoś taki? Mogłyby być to jeszcze pieniądze, ale tylko chciwi chcieli czegoś takiego. Hm…
- Duszę? – zapytał i cofnął się niewielki kroczek, powodując, że demon zaśmiał się cicho.
- Czyżby to była zbyt wysoka cena za moje usługi? Otrzymasz wszystko, czego zapragniesz. Dam ci to – oznajmił wciąż tym samym nęcącym tonem. – A w zamian… wezmę coś, co nigdy nawet cię nie zaboli – dodał, wyciągając w stronę mężczyzny jedną dłoń. Prawą. Drugą wciąż beztrosko opierał się o swoją włócznię. Mężczyzna drgnął lekko, a kawałek zaostrzonego żelastwa opadł trochę niżej. Na jego twarzy pojawił się strach, zagubienie, prawdziwa rozterka. Na chwilę. Zaraz opuścił żelastwo i zdecydowanie uścisnął dłoń demona. Belzebub uśmiechnął się upiornie, przekrzywiając głowę w lewo. Pazurem naciął skórę na dłoni człowieka, a w miejscu rozcięcia niemal natychmiast pojawiła się pieczęć. Taka sama zaraz byłą widoczna na jasnej dłoni demona. Puścił rękę człowieka i przyjrzał się pieczęci. Beztroskim krokiem opuścił okrąg, delikatnie trzepocząc swoimi skrzydłami muchy.
Zatrzymał się, już poza okręgiem i odwrócił w kierunku swojego kontrahenta. Ukłonił się w pas, przykładając jedną dłoń do piersi, a drugą – tę w której trzymał włócznię – położył na plecach, pod skrzydłami.
- Me miano to Belzebub, mój panie – odpowiedział – Jakie są twe rozkazy?
Mężczyzna przełknął powoli ślinę, cały czas uważnie przyglądając się świeżej pieczęci na swojej ręce.
- Jestem Anton Kori – powiedział cicho, lecz demon nawet nie wiedział, dlaczego się przedstawił. Nie obchodziło go to. – Belzebubie, chcę ożenić się z kobietą, którą kocham. Ale nie mam dość pieniędzy, żeby jej ojciec wziął mnie pod uwagę.
Belzebub uśmiechnął się z rozbawieniem pod nosem.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, mój panie.
 ~ * ~ 
- Noż ja pierdolę – wycedził Belzebub, warcząc pod nosem kilka przekleństw znacznie mniej chlubnych.
Lubił zawierać pakty z ludźmi, oczywiście, ale ten… ten człowiek zaczynał doprowadzać go do szału. Cały czas czegoś chciał, demon nie miał nawet krótkiej chwili spokoju. Niemal. Czasami, jak teraz na przykład, udawało mu się wyrwać i poobijać  w piekle, popijając jakąś niewinną duszyczkę z butelki i mieć wszystko w nosie. Ale to i tak nie trwało nigdy dość długo, żeby mógł chociaż na chwilę zapomnieć o swoim kłopotliwym kontrahencie. Z wielką niecierpliwością czekał na to, aż będzie mógł zerwać ten pakt i iść w cholerę. Ale musiał poczekać jeszcze trochę… bo miał idealnie opracowany już plan, jak odejść w wielkim stylu.
Demon powoli podniósł się z kanapy i z westchnieniem otworzył Wrota Piekieł. Wszedł do środka i znalazł się tuż obok swojego kontrahenta – Antona Koriego, który stał się jakąś tam szychą, dzięki niesamowitym zdolnościom swojego podwładnego.
- Wzywałeś? – zapytał ironicznie i z bardzo widocznym niezadowoleniem. Dla lepszego efektu podczas przechodzenia zmierzwił sobie włosy i pogniótł ubranie, jakby został właśnie wyrwany z niesamowicie ważnych rzeczy i że ma prawo wykazywać niezadowolenie.
- Belzebubie – zaczął, jak zawsze takim samym wielce napuszonym i rozkazujący tonem, jakby wszystko było mu wolno i od którego Belzebubowi chciało się po prostu rzygać za okno. – Moja żona jest w ciąży. Chcę, żebyś dbał o jej bezpieczeństwo.
Demon skinął powoli głową i znów otworzył wrota. Bezszelestnie wskoczył do środka, a gdy tylko się za nim zamknęły, roześmiał się głośno, niemalże histerycznie. Nareszcie! Już był niemal pewien, że ten pajac nie potrafi spłodzić potomka. Tak, tak – no w końcu. Niech się tylko ten cholerny bękart już urodzi, to będzie mógł spokojnie zrezygnować z tego głupiego kontraktu, niczego na nim nie tracąc. Ha, mało tego, nawet zyskując.
Westchnął z ulgą i przejechał dłonią po czarnych włosach. Nareszcie będzie mógł zająć się samym sobą, a nie tym durnym człowiekiem o przerośniętym ego. Najchętniej zabiłby go po zerwaniu paktu, ale i tak miał zamiar odebrać mu dość dużo już, prawda? Belzebub spojrzał na pieczęć na swojej dłoni z naprawdę zadowolonym uśmiechem. Im bliżej końca kontraktu, tym bardziej mu się to podobało. Będzie mógł uzupełnić kolekcję, wróci do swoich obowiązków. Może nawet wróci na ziemię, żeby narobić wszystkim trochę kłopotów. Och, no tak i będzie musiał zajrzeć do swoich firm, żeby sprawdzić czy w ogóle jeszcze działają, jeśli tak – to jak, jakie zyski przynoszą… Podźwignąć je, jeśli podupadły. Poszukać może nowych klientów, może jakieś nowe firmy rozkręcić, może coś wykupić…
Albo… albo może odwiedzić Londyn? W końcu tam była Koleba, prawda? Na pewno udałoby mu się tam spotkać całą masę starych znajomych! W końcu trzeba czasami odświeżyć stare znajomości, bo nie wszyscy co jakiś czas pojawiali się w piekle i generalnie nie dało się ich złapać. Już nawet nie wspominając, że niektórzy po prostu nie mogli. Ach, tak, tak. Belzebub już nawet nie pamiętał, kiedy właściwie odwiedził ziemię na dłużej – a nie tylko by sprawdzić jak toczyły się jego biznesy inwestycje. Bodajże w czasach II wojny… Tak, tak, to na pewno było wtedy.
 ~ * ~ 
Belzebub spokojnie przyglądał się tej kobiecie – żonie Antona Koriego, jego kontrahenta. Nawet nie wiedział, jak miała na imię. Zresztą, dlaczego miałoby go to obchodzić. Wyglądał jak normalny człowiek. Z tego co wiedział, Anton przedstawił go tylko jako zwykłego ochroniarza. N doprawdy, kogo by obchodziło jego dziecko? Nie licząc… demona. Ale on miał do tego prawo, nawet wielkie. Największe. Trzymała dziecko przy swojej piersi i je karmiła. Sielanka. Urodziła już miesiąc temu. Anton bardzo szybko postarał się o ochrzczenie swojego bękarta – a Belzebub nawet domyślał się dlaczego. Czyżby naprawdę obawiał się, że on – Władca Much – zechce w jakiś sposób zagrozić jego słodkiej rodzinie? Może nawet nie był taki głupi, za jakiego miał go demon. Ale… to ochrzczenie miało tylko taki skutek, że dusza dziecka stała się idealnie niewinna. Czysta. Nieskazitelna. Wspaniała. Aż ślina napływała do ust.
Belzebub spojrzał na drzwi. Słyszał zbliżające się kroki. Nadszedł czas na zapłatę. Uśmiechnął się, gdy przybrał swoją demoniczną formę. Kobieta i tak niczego nie zauważyła – była niewtajemniczona. W dłoniach demona pojawiła się włócznia. Nawet nie zauważyła, co się stało, gdy broń wbiła się w jej klatkę piersiową, prosto w serce, tuż nad dzieckiem. Spojrzała tylko nierozumiejąco na demona, a on uśmiechnął się do niej wspaniale. Przycisnęła do siebie słabo dziecko, jakby chciała je obronić. Belzebub, wciąż z tym samym naprawdę zadowolonym uśmiechem, przycisnął do jej ust butelką – butelką po coca-coli. Zaraz zapełniła się dziwną, jasną substancją. Ni to cieczą, ni to gazem. Duszą.
Belzebub szybko wrzucił ją do kieszeni, drugą ręką przygarniając do siebie dziecko. Wolną wyszarpał włócznię z ciała kobiety, które zdecydowanie się postarzało. Prychnął lekceważąco i zaczął delikatnie kołysać dziecko, które zaczęło płakać. Chciał tę duszę zabrać na oczach tego pajaca. Żeby zrozumiał, jaka miała być cena za spełnienie jego wszystkich zachcianek. Cena za pomiatanie i traktowanie jak byle jakiego sługi. Drzwi otworzyły się, a w drzwiach stanął Anton Kori. Zamarł na progu, patrząc na demona. Raz na niego, raz na martwą kobietę na łóżku. Chyba wciąż nie rozumiał, co właściwie się stało. I dlaczego. Może nie chciał dopuścić do siebie jeszcze tej myśli.
- Odbieram moją zapłatę – powiedział wesoło Belzebub, wymachując swoją zakrwawioną włócznią. Podrzucił ją do góry i jednocześnie otworzył wrota. Broń zniknęła – czy raczej została przerzucona na drugą stronę.
Belzebub nie zamierzał się cackać za bardzo. Śpieszył się. Ot, wbił dwa pazury w gardło bękarta na jego rękach. Rozkoszował się przez chwilę tymi wspaniałymi, mlaszczącymi odgłosami, płaczem, charczeniem, wibrowaniem niemal całego ciała, gdy dziecko próbowało złapać oddech. Wyrwał paznokcie z gardła, bezceremonialnie i szybko. Wolną dłoń wsunął do kieszeni i wyjął z niej drugą butelką po coca-coli – ale pustą. Przytknął ją do usta bękarta i znowu zapełniła się tą dziwną substancją. Uśmiechnął się  i rzucił ciało w człowieka, któremu służył.
- Nigdy nie powiedziałem, że dusza będzie twoja – odpowiedział radośnie, otwierając wrota. – Zrywam kontrakt – rzucił, znikając w czeluściach piekła.
 ~ * ~ 
Belzebub pojawił się w parku. Ot tak, otworzył sobie wrota i się tam przeniósł, jakby nigdy i nic. Odetchnął głęboko ,rozkoszując się wstrętnym zapachem miasta. Dawno nie był na ziemi na dłużej… Zwłaszcza w Londynie, w którym tak wiele się działo! Zwłaszcza teraz… w końcu pojawił się tam Belzebub. A już sam ten fakt, powinien zwiastować przynajmniej kłopoty. Albo wydarzenia, które zwiastować kłopoty będą i to całkiem poważne.
Demon poprawił kołnierz białej koszuli i zakręcił laską, którą beztrosko trzymał w dłoni. Oparł się o nią całym ciężarem ciała z uśmiechem godnym władcy świata.
- Gotuj się, Kolebko, Belzebub przybył.
 
Inne:
- zbiera dusze w butelki po coca-coli (kiedyś zbierał do słoików, ale wszystkie przeniósł do tychże butelek);
- szczerze nie cierpi dzieci… ale dusze za to mają smaczne;
- jest właścicielem kilku dużych koncernów;
- panicznie boi się dużych zbiorników wodnych (do basenów też ma pewien uraz, o ile są rozmiarów olimpijskich);
- uwielbia kolor różowy.
 

Inne konta: Król Babilonu: Jean-Jacques aka Gilgamesz. Najemny zbir i donosiciel Yve. Gadający z Bogiem inkwizytor Irys.

nieposkromiony
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Nate
Przeistoczony
avatar

Fabularnie : ... Zajęty... BARDZO zajęty xD
Liczba postów : 279
Join date : 26/05/2011
Age : 23

PisanieTemat: Re: Władca Much - Belzebub   Nie Cze 16, 2013 1:47 pm

Ograniczenia: 
Moc 1.: 3 posty użytkowania 3 posty przerwy. 
Moc 2.: Włócznię możesz przywołać na 5 postów, potem znika a użyć ponownie możesz jej dopiero po 4. 
Moc 3.: Mimo że ta moc jest ściśle związana z poprzednimi, to ograniczenia będą dotyczyły tylko i wyłącznie przemieszczania się samego Belzebuba. Możesz się przenieść raz na 2 posty. Przeskakujesz z jednego miejsca w drugie, a potem musisz odczekać te 2 posty, aby móc zrobić to ponownie. 

To tyle ode mnie...
Akcept

_________________
Rain makes everything better

Ever since this began,
I was blessed with a curse.
And for better or for worse
I was born into a hearse.
I know I said my heart beats for you.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://kanranate.deviantart.com/
 
Władca Much - Belzebub
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Nieśmiertelni ~ Kolebka Upadłych Aniołów :: Informacje :: Karty postaci :: Karty akceptowane-
Skocz do: