IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Hotel

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Gość
Gość



PisanieTemat: Hotel    Sro Cze 05, 2013 4:45 pm

Jeden z tych wyższych, dumnie pnących się hoteli, lecz nie koniecznie drogich, choć cieszących się jednocześnie uznaniem odwiedzających.

* * *

Świat jest do dupy, tak strasznie do dupy, że wyciskał łzy spod powiek - wszystko wokół raniło i pozostawiało blizny, których nie dało się uleczyć w żaden sposób. Jednak Sahir nie płakał. Niee... Zapomniawszy czym są łzy obracał między palcami jakiś przedmiot o wartości bliżej nie znanej, łapał wiatr we włosy (lub może to wiatr łapał jego..?) balansując na krawędzi murowanego kolosa, z którego widok na Londyn (ten maleńki światek życia) był przepiękny, o ile ktoś potrafił takie widoki docenić. Wyglądał tak, jakby żadna siła nie mogła go zepchnąć z tego brzegu, wyglądał jakby został tutaj wyrzeźbiony, oświetlony chylącym się ku zachodowi słońcem - majestatycznie, powiedziałby ktoś, majestatyczny rycerz z bajki, mroczny rycerz, który jednak, mają schowane pod murami gołębie serce, postanowił wybawić potrzebujących - zawiodę was. Jeśli Nailahowi się zechce może was co najwyżej wyśmiać szyderczo - żadnego ratunku nie będzie. Popatrzy, jak jesteście mordowani, jeden po drugim, nawet nie mrugnie - nie miałby pewnie ochoty - tak to jest, kiedy oddala się od wszystkiego i wszystkich. Kiedy zabijamy w sobie sumienie, lub jest ono nam zabijane, kiedy zatraca się te śmieszne, ludzkie zasady, zwane moralnością - upadek człowieka, który przecież kiedyś był zupełnie inny... Który kiedyś przystawał nad najmniejszą krzywdą... Przystanął zbyt wiele razy. Ach, ale wiecie, on sam w swojej historii nie widzi nic melodramatycznego (bo nie ma uczuć, lol?) więc i nikt wokół nie powinien ją za taką uważać. Przecież każdy ma jakieś swoje demony, a jeśli ich nie ma to musi być jedną z tych nielicznych, najszczęśliwszych istot we wszechświecie.
Czarnowłosy spojrzał w dół - co widzisz? Powiesz nam, czy będziesz milczeć? Lodowate oczy pochłaniały, zamrażały wszystko, z czym się mogły zetknąć - wysunął dłoń - z opuszka skapnęła krew, lecąc w dół - może się rozbije na czyimś oknie, może spadnie komuś na czubek głowy, heh, kto to wie, nie ma co się zastanawiać nad takimi pierdołami - zaraz za kroplą w dół poleciała żyletka. Sięgnął do kieszeni i odwinął z kartoniku drugą, nową, błyszczącą, mamiącą wypolerowanym metalem - czymś takim można zabić szybko i niedostrzegalnie, szybciej, niż człowiek chciałby sobie to wyobrazić, że życie może być takie kruche i że tak szybko może się zakończyć. Spojrzał w swoje własne odbicie w tej maleńkiej tarczy, w swe własne oczy, ot tak sobie, w końcu był tutaj sam, mógł robić, co mu się tylko podoba...
Zeskoczył z murku, na którym stał i usiadł na nim, zwieszając nogi z wieżowca, sięgając po butelkę piwa - pijany? Nie, nie był pijany, nie zamierzał też się upijać - głupio by było spaść stąd zupełnie nieplanowo, prawda? Jak już umierać, to z własnej woli, nie dawajmy losu tej satysfakcji, że może nas skrzywdzić, inaczej jego ego za bardzo urośnie i jeszcze pomyśli, że jest naszym panem... Czy coś w tym guście... A w końcu sami mamy być panami własnej przyszłości. Brzmi to mocno nierealnie, absurdalnie wręcz, bo jak można panować nad czymś, czego nie da się poznać..?
Chłodne piwo, dobre piwo, orzeźwiało i jednocześnie tępiło zmysły, wprowadzało umysł w stan przyćmienia... Nic, tylko pić więcej i więcej, i więcej...
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Hotel    Sro Cze 12, 2013 12:32 pm

Własne sprawy – właśnie tak Yve zwykł nazywać swoje… hm… zlecenia. Tak się jakoś przypadkowo złożyło, że i jakieś w końcu wpadło do kieszeni i dało elfowi trochę grosza (może nawet więcej niż trochę, w końcu zabicie kogoś to ciężka praca i wcale tania usługa). Zaliczkę już otrzymał, to i wypadałoby się zająć wypełnieniem życzenia klienta. Prawdę mówiąc, elfa nużyły takie rutynowe zadania. Ot, zabić kochanka czyjeś żony bez żadnych śladów i udać włamanie. Ot, nic prostszego. Otrzymał informację z adresem, gdzie mężczyzna czekał na żonę klienta. No to poszedł.
Pokój miał na samej górze, to i Yve postanowił na początek ulokować się na dachu. Wiadomo, tak jest łatwiej i rozsądniej. Nikt się nie będzie czepiał, ani nic. A żeby nikt nie wiązał go z całą sprawą, postanowił wspiąć się na budynek, ot tak, sam. Lubił wysiłek fizyczny, a i tak w czasie wspinaczki wspomagał się magicznymi nitkami. Co jednak faktu nie zmieniło, że kiedy dotarł już na szczyt, to był nieźle zmęczony. Ale co jako pierwsze rzuciło mu się w oczy, gdy cicho niczym duch przystanął na krawędzi? Bardziej pasowałoby tam „kto”. Bo elf wcale nie był osamotniony na tym dachu. Bo na krawędzi od strony ulicy, ktoś już siedział i najzwyczajniej popijał sobie jakieś piwo czy inne coś, jakby czekał sobie na niego, o.
Zaczął powoli podchodzić, z ogromną uwagą kontrolując swoje ruchy, by przypadkiem nie spłoszyć tego, o, tutaj. Kto wie, może przyszedł tutaj skoczyć? Nie, żeby Yvego to jakoś obchodziło – w końcu to był ktoś obcy, kto nie miał wpływu na jego życie. Ale głupio trochę jest stracić taka dobrą okazję do wypełnienia zlecenia przez jakiegoś tam podrzędnego samobójcę. A żeby chociaż jakieś ładniejsze miejsce wybrał. Big Ben, albo co – a nie jakiś podrzędny hotel, którego nie kojarzył nikt.
Znalazł się już kilka metrów za nim, wciąż cicho jak kot – miał tylko nadzieję, że to zwykły człowiek, a nie nieumarty (czyt. nieśmiertelny), bo taki to by usłyszał nawet takie niemal bezszelestne kroki. Z ludźmi było łatwiej, bo nie mieli tak wyczulonych zmysłów ani nic, więc i silnie większa szansa na ich takie... omotanie albo podejście.
Wyciągnął powoli swoje długie ręce i szybko chwycił tego, jak się okazało chłopaka, za ramiona i odciągnął z iście elfią szybkością od krawędzi. Teraz to najwyżej postraszy go, że go zrzuci albo coś zrobi, żeby sobie poszedł i zacznie pracować, jak na normalnego człowieka tfu! elfa przystało.
- Nie skacz, toż to głupowate takie – stwierdził zamiast tego.
Bo Yve, co należałoby podkreślić, należał raczej do tych istot, które bywały bardziej prostolinijne. Nie umiałby kłamać, że coś mu zrobi. No bo kto to widział, żeby kłamczyć w godzinach pracy? Jeszcze by go wzięli za jakiegoś nieuczciwego albo co… A wtedy to klientów mógłby chyba ze świecą szukać. Bo nie dość, że płatny zbir, to i jeszcze oszukańczy taki, o. Kto by wziął takiego, no kto?
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Hotel    Sro Cze 12, 2013 1:18 pm

Nie wpadłby na pomysł, że ktoś tutaj może przyjść, bo i kogo, prócz ewentualnie obsługi, by tutaj przywiało? No i po co, po jakiego niby grzyba? Niczego tutaj, prócz ładnego widoku, nie było, zresztą nikt normalny nie siedział sobie na dachu i nie bawił żyletkami i nie pił piwa, które od nadmiaru procentów groziło w końcu tym, że można było stracić równowagę i runąć w dół. Nikt tak nie robił prócz samobójców, rzeczywiście, a do takich zresztą należał i pan Nailah. Do... byłych? Tak powiedzieć nie można, bo głupota tkwiąca w psychice tego typu nie mijała nigdy, jeśli już raz się to próbowało zrobić. I najbardziej bolały zawsze konsekwencje takich czynów, które potem miały mocne odbicie w charakterze. Świat był dla takich istot już zamknięty, nie potrafiły się przebić przez skorupę rzeczywistości, aby się w niej odnaleźć - tak więc uciekali, tacy opętańcy, do swych własnych światów... I coraz niżej upadali dla swej własnej zguby.
Nie słyszał niczyich kroków, siedział spokojnie, przyglądając się widokom, opatulonym wieżowcom przez słońce przebijające się właśnie przez chmury w pojedynczych miejscach - nie lubisz tego, prawda? Nie lubisz, jak ta wielka gwiazda pali żywcem skórą, lepiej, kiedy padał deszcz, wtedy było bardziej swojsko, bardziej... przytulnie. Głowa nie bolała, można się było spokojnie skupić na tym, co najistotniejsze, lub nie myśleć o niczym - zależy w końcu od tego, co za dzień dane było przeżyć na tym padole. O ile było dane. Więc niczego nie świadom rozkoszowałeś się (tak naprawdę to nie...) smakiem piwa, którego przecież nie lubiłeś -w zasadzie nie ważne, jaki smak miał alkohol, ważne, że był alkoholem, który znowu za mocno nie kopał, żeby nie można było trzymać pionu...
- Ja pierdole..! - Krzyknął tylko, kiedy czyjaś ręka pociągnęła go do tyłu - różaniec, bordowy, zatańczył w powietrzu, z szyi na szczęście się nie ześlizgując, rąbki płaszcza uniosły w pędzie powietrza, nim właściciel tych rzeczy nie wylądował na czterech literach, wcale nie zgrabnie, upadając na ciepły beton - kilka kropel piwa wylało się z butelki, którą Sahir odsunął od siebie na tyle daleko, aby nie ryzykować, że cały śmierdzieć będzie potem przerobionym na napój chmielem. Skrzywił się z niesmakiem, jedną ręką podpierając się z tyłu, za plecami, krew osiadła na powierzchni, na której się aktualnie znajdował - spojrzał na butelkę - świetnie po prostu, bracie, masz ufajdaną od trunku dłoń. Nie spodobało ci się to, prawda?
- Kurwa no... Ja pierdole... - Mruknął, zbierając się znów do pionu, oglądając się, czy czasem za bardzo się nie ubrudził. - Pojebało Cię? - Spojrzał w końcu na mężczyznę, który wziął się tutaj znikąd. - Kurwa, tylko sobie siedziałem, co, nie można..? - był rozeźlony i nie zamierzał się z tym kryć, oczy, przypominające zamarzniętą taflę jeziora, patrzyły na nowo przybyłego w te miejsce z wyraźnym wyrzutem.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Hotel    Sro Cze 12, 2013 1:41 pm

Alkohol szkodził zdrowiu – był niedobry, nieładnie pachniał i diabelnie mocno szkodził. A o zdrowie dbać należy, bo się ma jedno, o, i jak się zepsuje, to całkiem ciężko to ustrojstwo jakoś sensownie naprawić. A przynajmniej ciężej niż taki samochód i na pewno drożej. Przynajmniej tak uważał Yve, dlatego alkoholu nie dotykał nawet kijem czy ręką zawiniętą szmatami czy jeszcze coś. Nie i koniec – alkohol to zło, tak jak kłamczenie, co do tego nikt nie powinien mieć żadnych większych wątpliwości. Dlatego Yve z pewnym niesmakiem zmarszczył brwi, na widok tej okropnej butelki, powstrzymując się przed kopnięciem jej, by spadła za krawędź. Powstrzymał go przed tym fakt, że toto może spaść komuś na głowę, no i byłoby formą syfienia miasta. A nieporządku, tak jak i alkoholu, ten konkretny elf nie znosił.
Bo złością tego czarnowłosego chłopaka nijak się nie przejmował miewał gorsze horrory w domu, gdzie rzucano się na niego z pięściami w przypływach szału. A ten tutaj całkiem spokojnie do całej sprawy podszedł, tylko troszeczkę pobluźnił, a tak to nic więcej. Przejechał dłonią po czole, odgarniając z niego przydługie, brązowe – w tej chwili wielce rozczochrane – włosy. Przekleństwa też uważał za coś skrajnie głupiego – głównie dlatego, że ich znaczenia nie znał, ani w ogóle… przeklinać nie potrafił. Ale tak to jest, gdy zostaje się wychowanym w skrajnej izolacji w jakiejś amazońskiej puszczy, z dala od cywilizacji i normalnych ludzi.
A później baczny wzrok elfa padł na krew. Uniósł brwi, tym razem w geście zdziwienia i całkowicie bezceremonialnie, kompletnie ignorując złość i wrogą postawę tego dziwacznego samobójcy z paciorkami na szyi (a bo Yve różańce widział, ale pojęcia miał o nich takie, co o przeklinaniu, jeśli nawet nie mniejsze. Ot, to paciorki i nic więcej), pacnął go otwartą ręką w głowę. W sumie to bardziej tak kontrolnie, żeby wybić mu ze łba głupotawe skakanie z dachu, ot co.
- Na diabły siedzisz przy krawędzi, jak koczek* jakiś? – zapytał. Poprawił plecak na ramionach i zaraz zrzucił go na ziemię i przyklęknął, patrząc na chłopaka raczej tak, jak patrzy na się małe dziecko. – Skaleczyłeś się? – zadał kolejne pytanie, wskazując głową ślady po krwi.
Uważał, że przypadkiem to była jego wina, że rozwalił sobie rękę o ten beton. W końcu każdy skórę ma inną – nie wszyscy mieli ją przyzwyczajoną do bestialskiego chlastania gałęziami i liśćmi, jak Yve – ale byli i tacy, co ją mieli taka, jak papier. Ledwo tkniesz, już rozerwana. Może i ten tutaj, o, też taką miał? Bo wypadałoby mu to jakoś opatrzeć czy co, a później stąd wygonić. Bo ostatecznie i tak blokował mu możliwość wykonania swojej pracy porządnie.

- No i masz, nade mną to wisi kratowa** chmura – mruknął markotnie elf i znów łypnął na chłopaka, tym razem nie tylko jak na dziecko, ale wielce problematyczne dziecko, które nie zdzierży, jeśli czegoś na złość nie zrobi.




*chodziło mu o "skoczek" 
**a tutaj o "gradowa"
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Hotel    Sro Cze 12, 2013 2:18 pm

Koczek? Jaki koczek? W ogóle o co chodzi? I what the fuck to spojrzenie, jak na dziecko co najmniej, jakby był niepokornym bachorem, które właśnie nabroiło - Jezuu, dlaczego musisz ściągać do siebie same dziwadła? Nie normalnych ludzi, nie normalnych nieśmiertelnych, tylko takich dziwaków? Czy ty masz coś nie tak z aurą, albo... No nie wiem, może jesteś magnesem na nienormalnych? Bo ten elf chyba normalny nie był, przynajmniej nie wydawał się taki, przy tych spojrzeniach, przy tym wysławianiu się - może wśród swoich do zwyczajnych się zaliczał, ale nie tutaj. Pośród śmiertelnych. Ach, żebyś jeszcze był pewien, że to elf, ale w sumie z typowym elfem po raz pierwszy miał do czynienia i prócz tego, że po jego aurze widział, że nie należy do śmiertelników, to nie był pewien niczego, i, co może trochę dziwne, wcale go nie obchodziło to, że miał z kimś silniejszym od siebie do czynienia. Nigdy to niczego w jego życiu nie zmieniło to i teraz zmiana nie powinna być odczuwalna. A nawet jeśli to co..? Nic się przecież stać na tyle strasznego nie mogło, co by mu cokolwiek ważnego zabrało. Nie miał niczego ważnego. Kiedy nie miało się szacunku do życia, do kogokolwiek lub czegokolwiek i nie posiadało się nic cennego, to wszystko stawało się obojętne...
- Koczek..? - Mruknął, ześlizgując się lodem z sylwetki, która postanowiła mu w jego samotni potowarzyszyć, ponownie na widoki, w których jeszcze przed jego przybyciem się zatapiał. Schylił się, żeby postawić butelkę na murku i otrzepał ręce z obrzydzeniem - tu krew, tam piwo... Fu... - Masz chusteczki? - Zapytał, samemu takowych nie posiadając, a rozglądając się nie widział niczego, w co mógłby się wytrzeć. - Nie. - Taka lekka ironia, ponieważ rzecz jasna był ranny, sam się w końcu zranił, co przez zasłonięcie cięć rękawami widoczne nie było. - Jaka znowu kratowa chmura... - Westchnął ciężko i podszedł do murku z zamiarem ponownego oklapnięcia na nim, nie widząc ku temu przyczyn - no... najwyżej zostanie z niego zepchnięty i sobie umrze... Cóż...
Elf jeszcze chyba nie odkrył, że przez głupi dotyk jego zdolności zostały zablokowane.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Hotel    Czw Cze 13, 2013 1:15 pm

Hm. Yve nigdy nie był normalnym elfem. Nawet wśród swoich własnych pobratymców zdecydowanie grzeszył nienormalnością i wyróżniał się na ich tle, jak diabli. Po pierwsze wzrostem – o ile w swojej ojczyźnie, czyli Szmaragdowej Kolonii (położonej Bóg-Wie-Po-Co-I-l-Dlaczego-W-Samym-Sercu-Amazońskiej-Puszczy), należał do tych osobników raczej niskich, to o tyle w Londynie był przedstawicielem dryblasów. Należałoby do tego dodać również bardzo nietypowe, a czasami nawet niegustowne kolory ubrań, które zwykł na siebie zakładać. Ot, lubi je silnie mocno i nie zamierzał z nich rezygnować. A, właśnie – należałoby też dorzucić do tego miejscami dziwny slang i absolutne przekręcanie słów, co bardzo utrudniało komunikację z resztą świata, bo niekiedy to ludzie nawet nie wiedzieli, o co mu chodzi, więc ot co, zbywali, jakby on jakiś trędowaty był albo i głupi. A to prawdą ewidentnie nie było.
Elf pochylił się nad plecakiem i rozsunął go, by zaraz zacząć w nim grzebać z ogromnym wręcz zapałem.
- No, koczek – potwierdził, lecz zaraz spojrzał na całkiem ładny widok i się zamyślił. – Nie, czekaj, to inaczej szło. Od skakania. O, już wiem, skaczek, no – rozpromienił się i pstryknął palcami, by zaraz znowu wrócić do przetrząsania zawartości plecaka.
Zaraz wyjął ze środka bardzo ubogi zestaw do udzielania pierwszej pomocy. Prawdę mówiąc, to nawet prowizoryczny, bo w jego skład wchodziła woda utleniona, kawałek bandaża, plastry i ot, trochę gazy. Yvemu jakoś to nie było nigdy potrzebne, ale wiadomo BHP i tak dalej, do czegoś to jednak zobowiązywało. Jedną ręką odgarnął przydługie włosy na spiczaste uszy. Nie obchodziło go za bardzo, że ten chłopak przed jest człowiekiem. Jeśli był niewtajemniczony, to i tak nie zobaczyłby różnicy żadnej. A jeśli był wtajemniczony, to już nie Yvego problem, bo to nie on to zrobił, ani nic. Niech się inni tym martwią, jak chociażby mieszkańcy tego dziwnego tworu – Kolebki, gdzie podobno mieszkało wielu nieumartych. Ale tam, mniejsza z nimi.
- Daj mi tę rękę, to ci to zabambusuję* - stwierdził pogodnie. A później pokręcił głową. – No kratowa. Nigdy nie widziałeś? Jak spadają z niebo** kulki takie z lodu – powiedział tonem cierpliwego nauczyciela.
Trochę to dziwne mu się wydawało, żeby ktoś nie wiedział, co to jest krat***. A już zwłaszcza człowiek taki, co się wychował w tych okolicach i to normalnego dla niego było, bo taki Yve to nigdy nie widział u siebie i dopiero w Londynie zobaczył. Dziwne zjawisko, prawie jak śnieg.

I nawet nie zauważył, że jego moce są zablokowane. Nie korzystał z nich zbyt często, tylko wtedy, gdy musiał. Albo były potrzebne, bo sam uważał, że są silnie niebezpieczne i lepiej się z nimi nie afiszować ani nic. 


* "zabandażuję" 
** nie odmienia słowa "niebo"
*** "grad"
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Hotel    Czw Cze 13, 2013 2:11 pm

Trudno było nie zauważyć, jak wysoki jest, chociaż wśród swoich to może i niski był - tutaj wielkolud, do którego trzeba było zadzierać głowę, żeby spojrzeć mu w oczy podczas rozmowy, zupełnie nie planowanej, bo ani jeden, ani drugi nie spodziewali się, że na kogokolwiek mogliby się natknąć w takim miejscu, na dachu tak wysokiego budynku.Tak właśnie los lubi nam płatać figle, kiedy robimy coś przekonani, że tak będzie, a nie inaczej, a okazuje się, że prostej drogi, którą chcieliśmy iść, nie ma - jest jedynie ostry skręt w prawo. Dzięki temu trudno się nudzić; gdyby tak wiedzieć co będzie za każdą przeszkodą... Gdyby tak wiedzieć, co nas czeka po podjęciu danej decyzji, gdyby wiedzieć dokładnie, jak potoczy się nasze życie, to ciekawe, czy mielibyśmy jakikolwiek wpływ na jego zmianę... Może to jest tak, że nieuchronnie dążymy do zaplanowanej dla nas ścieżki i tylko napędzamy już raz poruszony kołowrotek, którego toru nie zmienimy. Nie mamy takiej mocy. Jesteśmy skazani na 'nieuniknione'. Komuś, komu trudno sobie nawet wyobrazić możliwość poznania zarysów przyszłości trudno nawet to pojąć - można tylko demagogizować, wypowiadać się na podstawie własnych... przeczuć. A te są przecież puste. I, niestety, bardzo mylne.
- Tak, skoczek... Nie koczek... - Mruknął, siadając na murku, podwijając jedną nogę, już ku wysokiemu elfowi nie zadzierając spojrzenia - przynajmniej nie na ten moment. Ciekawe swoją drogą, czy będzie padać..? Natura zdawała się chylić ku ziemi, błagając o choć maleńką kropelkę wody, której było tutaj nie mało - ciągle padało, padało i padało... Całe szczęście, całe szczęście... Sahir nie miał ambicji, by gdziekolwiek się stąd wyprowadzać. To miasto mu pasowało ze wszystkimi swoimi ciemnymi stronami.
Uniósł jedną brew i obejrzał się na ciemnowłosego z lekkim zdziwieniem, rejestrując od razu sprzęt w dłoniach trzymany. 
Apteczka, no pewnie... BHP bardzo ważna rzecz, zwłaszcza w takim... zawodzie. Zawód jak zawód, ale dbać o siebie oczywiście trzeba!
- Chyba "zabandażuje"... - Cóż, ton miał Sahir specyficzny, zapadał w pamięć, spokojny, flegmatyczny może wręcz, nie bardzo głośny, jakby mówił z konieczności, jakby wcale mu się mówić nie chciało. I nieco mrukliwy w swej melodyjności. - Chmura "gradowa", nie kratowa... - Poprawiał go, najwyraźniej nie mając nic przeciwko takiemu rozmówcy - a bo to nie gadało się już z dziwniejszymi? Zresztą żyjemy w świecie pełnym magii, trochę cierpliwości..!
Wyciągnął do mężczyzny lewą, pociętą rękę, odwracając spojrzenie na zarysy wielkich blokowisk i wież, nie mając nic w sumie przeciwko opatrzeniu przedramienia - tak naprawdę po prostu nie chciało mu się kłócić. Było mu obojętne, co się teraz stanie, czy jakieś kazania będą, czy nie...
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Hotel    Czw Cze 13, 2013 2:59 pm

Ano właśnie. Obaj byli przekonani, że będą mieli spokój w tym miejscu. Prawdę mówiąc, ze zgoła innych powodów, ale chyba liczy się też to, że skutek był taki sam. W końcu taki Yve nie mógł już wypełnić swojego zlecenia dzisiaj – już nawet zaczynał się zastanawiać, jak się z tego wytłumaczy – a i ten chłopak będzie musiał znosić towarzystwo tego wyjątkowo upierdliwego elfa, który towarzystwo innych naprawdę bardzo lubił. I nici z samotnego wpatrywania się w dal, o. Znaczy… wpatrywanie to swoją drogą, bo teraz to bardziej chodziło o to, że nie będzie to takie samotne gapienie się. No, a ja niesamotnie, to lepiej. Przynajmniej z perspektywy elfa, o.
A ten cały los… a bambusem go po tyłku, trudno było mu uwierzyć w takie siły wyższe. W sumie on sam dla siebie był siłą wyższą – a żeby taka siła wyższa mogła istnieć, to musiałaby być wyższa od Yvego, a to już takie proste nie było, bo musiałaby mieć ponad dwa metry i to z hakiem.
- Skoczek? – zapytał. – A no, nie skaczek, skoczek, masz rację.
Pokiwał zaciekle głową, jakby za każde kiwnięcie miał zostać obdarowany dużym, czekoladowym ciastkiem. Wprawdzie wiedział, że i tak nie uda mu się spamiętać tego słowa, tak jak i każdego innego i pewnie się będzie mylił dalej, ale teraz w czasie tej rozmowy da sobie radę z zapamiętaniem. Najprawdopodobniej.
Usiadł obok, również na krawędzi i zaczął podrzucać butelkę z wodą utlenioną. Zabandażować? No może, ca za różnica, najważniejsze, że chłopak zrozumiał o co chodzi. Znowu kiwnął głową. No i jeszcze chmura gradowa, nie kratowa. Przez cały czas, Yve był pewien, że chodziło o krat, a nie o grad. Dlaczego nikt do tej pory go nie poprawił, skoro mówił źle? No cóż, zdarza się czasami. Przecież nie mógł żywić do nikogo żalu, że wciąż nie mówi dość dobrze i płynnie, by nikt nie miał najmniejszych problemów ze zrozumieniem go. Musi się bardziej przyłożyć, ot co.
Yve i tak zawsze zapamiętywał swoich rozmówców, z wyszczególnieniem ich imion, głosu i twarzy, aż po blizny na łydkach. Zwłaszcza, że spokojny ton chłopaka bardzo kontrastował z dziwacznie beztroskim tonem elfa, nawet gdy mówił o bandażowaniu ran. Ot, wieczna beztroska pozwala mu się nie zadręczać problemami, tak było łatwiej i lepiej, ot co.
Spojrzał na pociętą rękę, ale przez chwilę niczego nie mówił. Ot, otworzył wodę utlenioną, obficie polał nią ranę i z iście elfią szybkością przyłożył do nań gazę i równie szybko bandażował, bo się jeszcze jakieś zakażenie by wdało, albo co… A wtedy to te migreny* całe i rękę by trzeba było uciąć.

- A tego to sobie żeś nie zrobił, gdy cię odciągnąłem od krawężnika – stwierdził, tym razem już poważniej. Może i nie bardzo rozumiał cały ten świat, to pochodzenie tych ran wydawało mu się oczywiste. Były zbyt… proste, żeby nie zadawać ich sobie z premedytacją. – Głupiś. 


* "gangrena"
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Hotel    Pią Cze 14, 2013 4:37 pm

Cóż, grunt to poczucie własnej wielkości - kiedy było się pewnym swego to rzeczywiście na znaczeniu traciły takie rzeczy jak przeznaczenie - gdy jest się najpotężniejszym, jednostką samonapędzającą się, to los staje się zbędny, albowiem z nim, czy bez niego, idziemy ciągle do przodu... To musi być przyjemne. Taka beztroska, która nie pozwalała przesiąknąć negatywom do wnętrza, naturalna tarcza pochodząca z wewnętrznej siły... I czy to powód tego, że dzieciństwo elfa było przyjemne, dlatego, że był otoczony miłością..? Sahir nie wiedział, jaki elf jest naprawdę, jaką miał przeszłość i dlaczego tutaj przyszedł - i nic nie wskazywało na to, że będzie się starał o tą wiedzę ubiegać. Jak dla niego jednak przyszłość i los istniały, a różnica w jego podejściu do tematu polegała na tym, że on miał... całkowicie wyjebane. Dwa konkretnie odmienne podejścia, prawda? Chociaż nie... Przeciwieństwo stworzyłby dla niego ktoś, kto całym sercem w los wierzy i mu się oddaje, więc może jednak, prócz wyraźnej różnicy pogody ducha, nie byli aż tak od siebie różni...
Grzecznie odwinął rękaw płaszcza, potem będzie oceniał, czy go pobrudzi, czy się jednak udało – powiedzmy, że miał w temacie doświadczenie, a zresztą płaszcz poplamiony piwem i tak był do prania, bo śmierdział – zapach piwska był okropny na dłuższą niż parę godzin metę, jeśli się pijanym nie było. Nie to, że nie chciał innym wadzić, skądże znowu... Nie chciał uprzykrzać życia samemu sobie, jak widać własny masochizm również ma swoje granice, hohoho... Niestety nie wyjdzie na to, że jest miłym, poczciwym obywatelem, patriotą i te sprawy... Jasne, lubił Londyn, nie odwołujemy tego, co powiedziane zostały, tylko że pojmowanie słowa „lubić” w jego słowniku było bardzo... specyficzne.
Proszę bardzo, jaki miły się elf trafił – Nailah nawet nie spojrzał zanadto specjalnie na te szpiczaste uszy, nie dziwiło go to, tak jak nie dziwił widok, no nie wiem, powiedzmy, skrzydeł dla nieśmiertelnych. Była to swoista norma, tak jak oddychanie, jak widok dziecka w wózku... Albo nie wiem, co jeszcze... Przecież nie jesteście debilami, wiecie, o co chodzi, więc daruje sobie rozwodzenie nad tematem... Nie ma co w nim tłumaczyć... Wracając do miłego elfa – wesołe to to, jakieś takie skoczne się zdawało pomimo tego wzrostu (jak małpka w zoo, hehe...), z dobrze patrzącymi oczami (nie wpadniesz na to, że jest płatnym mordercom, nie masz szans, brachu), pomogą bezpłatnie... A może pomaga, a zaraz wpierdol spuści, heh... Nie ma rzeczy niemożliwych – powtarzaj to sobie codziennie, świętą mantrę... Prawdziwą mantrę.
- Masochista. - Poprawił go, czy może raczej skomentował tego 'głupka', nie racząc się nawet wysilić na zaprzeczenie. Po cóż? Przecież to prawda, patrząc na sprawę z perspektywy osób trzecich. Ty się już nawet nad tym nie zastanawiasz z braku konieczności rozwodzenia nad samym sobą i przez kompletne zatarcie granic zła i dobra. Nie potrzebujesz ich w końcu. Nie potrzebujesz niczego i nikogo. - A Ty dobra wróżka, fajnie, że się znamy. - Mruknął, sięgając wolną ręką po piwo – dziwnym trafem nabrał ochoty na zeszmacenie się...
Na szczęście rany po żyletce nie były konieczne do szycia, ale ładnie to one nie wyglądały, zresztą doskonale było widać, że to nie pierwszy raz, kiedy krew spłynęła ze skóry... Sahir spiął się, prawie wypluwając piwo, kiedy elf obficie polał jego przedramię wodą utlenioną, ale i wtedy wszelakie komentarze zostawił dla siebie, poza cichym „kurwa jego mać...” rzuconym pod nosem, pozbawionym jakichkolwiek emocji. Skóra, delikatna mimo wszystko, Nailah należał do tych z grupy artystów o delikatnych dłoniach, pokryta była bliznami, starymi, świeższymi – jedne nakładały się na drugie – blizny po krótkich, głębszych bądź mniej głębokich, precyzyjnych wręcz cięciach. A i można było ułożyć z nich pojedyncze litery, które zaś układały się w słowa... Jednak to dopiero przy dokładniejszym przypatrzeniu się, w końcu czerwień wciąż wypływała, rozmazując, poza tym elf się nie cackał.
I dobrze, że nie.
Po co zastanawiać się nad żałosnymi, ludzkimi czynami.
Świeże rany układały się w napis „live”.
Taki mały, osobisty żarcik.
- Ja tu przyszedłem się ciąć, a Ty po co? - Zironizował, chociaż intonacyjnie tego wychwycić za bardzo nie można było, choć elf, na to wychodziło, był niezłym obserwatorem.,. Więc chyba tą ironię wyczuł. W końcu (znowu wróćmy do tych „normalnych”) NORMALNI nie wchodzą na dach po to, żeby się pociąć. Już chyba bardziej sensowne by było, gdyby powiedział, że przyszedł się tutaj piwa napić. W sumie troszkę tak. Przyszedł po prostu... Się przewietrzyć. Nie miał ochoty wybitnie wybierać się poza miasto, a tylko na takich wysokościach zapewniał samemu sobie samotność i odcięcie od innych istot.

Taaaaaaaak...
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Hotel    Sob Cze 15, 2013 12:48 pm

Grunt to poczucie własnej wartości-wielkości. Im większe było, tym łatwiej się tak, o, szło z wewnętrznym przekonaniem, że to właśnie ty jesteś osobą, która kieruje swoim życiem, a nie jakieś przeznaczenie, los, pneuma czy jeszcze jakaś inna siła wyższa, która twoje szczęście ma w bardzo głębokim poważaniu. Naturalna tarcza stworzona z bardzo beztroskiego podejścia do życia, wychowania w harmonii i w otoczeniu osób, które chciały tylko dobra i szczęścia – elfy ze Szmaragdowej Kolonii oddawały cześć tylko siłom natury. Wiatrowi, deszczowi, słońcu, ziemi, roślinom… Ale i tak w bardzo umiarkowany sposób. Prawdę mówiąc, to były ateistami. Więc żaden nie wierzył w takie siły wysokie.
Yve zawsze był wyjątkowo pogodny. Ot, takie jakieś towarzyszyło mu przekonanie, że jeśli będzie tak beztrosko wesoły przez większość czasu, to uda mu się jakoś pomóc ludziom, którzy nie mają w sobie tak ogromnej pogody ducha. Zawsze to jakieś chyba podniesione morale – w końcu łatwiej jest zapomnieć o swoich zmartwieniach, gdy gdzieś niedaleko jest taki ktoś. Czasami też prowokowało do zwierzania się , a wtedy to już całkiem łatwo było rozstrzygnąć problem, coby zniknął już na wieki-wieków. Jakby nie patrzeć – co dwie głowy, to nie jedna i tak dalej. Poza tym, nikt normalny (nienormalny też zresztą) nie podejrzewałby tego konkretnego elfa o zabijanie za pieniądze. Zresztą, nie tylko zabijanie. Do tego dochodziły rabunki, pobicia i wszystko w sumie, czego sobie klient zażyczy. Nasz klient, nasz pan – dopóki sensownie płaci, a z takimi to ostatnio było… ciężko. Bardzo nawet.
- Masochizm to już ta, choroba. Silnie ciężka ponoć – odpowiedział, tym razem już mniej beztroskim głosem niż wcześniej. W końcu to już sprawa była, jakby nie patrzeć, bardziej poważna. O, patrzcie go, zebrało mu się na prawienie morałów. – I niczego nie rozrysuje* takie ciachanie się po rękach. To takie tchórzowe**, jak diabli jaśnie – mówił dalej, ignorując ciche przekleństwo. Sam się pokaleczył, to teraz ma, lepiej niech nie jęczy. I nie, Yve nie zwracał uwagi na to, w jakie słowo układają się cięcia. Dla niego to były tylko cięcia i nic więcej. Bezsensowne zadawanie cierpienia samemu sobie. – Nie jestem dobrą wróżką, brak mi skrzydełków. I jestem Yvoone Dun. Ale możesz mówić Yve, bo to łatwiej jest zapamiętać i nawet wolę, jak inni tak do mnie mówią.
Tak, tak , elf obserwatorem był dobrym. Ale wyłapywanie ironii nigdy nie wychodziło mu za dobrze, nawet jeśli sam się nią posługiwał. W sumie rzadko, ale zawsze coś. Wrzucił wodę utlenioną do plecaka i wyjął z niego woreczek z ciastkami – takimi zbożowymi z okruchami czekolady i orzechami – i podsunął go pod sam nos chłopaka.
- A ja przyszedłem tutaj zabić takiego jednego – stwierdził z zamyśleniem. – Ale chyba już nie zdążę, bo pewnie przyszła do niego już ta kobieta, co miała znaleźć jego ciało… - westchnął ciężko. – I jak ja się z tego wykraczę***?

Wszystko było jak najbardziej zgodne z prawdą. W końcu może chyba powiedzieć coś takiego komuś, kto i tak tnie się w takim miejscu. Skoro nie ma szacunku dla swojego życia, to dlaczego miałby mieć dla istnienia jakieś całkowicie obcej mu osoby? 


* "rozwiązuje"
** "tchórzliwe"
*** "wykaraskam"
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Hotel    Nie Cze 16, 2013 5:32 am

Choroba, jak choroba, silna zależnie od tego, w jakimś stopniu się rozwinęła, to tak, jak z grypą - nie jest taka groźna w początkowych fazach, jeśli jest kontrolowana, lecz jeśli tylko spuścić ją z oczu, zaprzestać brać tabletek, wrócić bez odpowiedniej kuracji do normalnego trybu życia - mogła nawet zabić. Powinno się więc zastanowić, w jakiej fazie znajduje się ten oto czarnowłosy... Chociaż w jego wypadku to trudna sprawa, z tym określeniem poziomu zaawansowania choróbska. On już był raczej... ponad tym. Zaliczał się do nielicznej grupy straceńców, którzy, o nic nie dbając, przyparci do mury, zrobili wszystko, co mogli, by złapać dla siebie szczęście w swój pokrętny sposób, zaślepieni brakiem innych wyjść, nie mając ich po prostu... Zrobili, co mogli i okazało się, że całe starania, nieraz kilkukrotne, są na marne. Większość samobójców próbuje dalej, do skutku, aż im się nie uda, lub lądują w psychiatryku na prochach i nie widzą więcej za wiele światła wolności, a on... On stwierdził, że po co poddawać się raz za razem tak żałosnym próbom? Skoro ciągle go ktoś, coś ratowało, to musi coś oznaczać. To zapewne ma żyć, dopóki śmierć sama nie przyjdzie. Uznał, że może się temu poddać, bo takie umieranie do rzeczy najprzyjemniejszych w jego życiu nie należało. Jednak to nie sprawiło, że zaczął o siebie dbać. Wręcz przeciwnie. Korzystał z życia, niby zaakceptowany w społeczeństwie, chodząc na studia, pracując, utrzymując się, ba! nawet zbierając stypendia za wysokie wyniki. Nauka była ciekawa, pozwalała zapełnić mroki umysłu, akurat do niej chyba cień szacunku by się w jego wnętrzu znalazło...
- Ja tam sądzę, że rysuje bardzo wiele... Zwłaszcza, jak mocno pociągniesz ostrze. - Mruknął, pociągając łyk piwa z butelki - wspaniały atrybut w dłoni... alkohol! Wolał whiskey, zdecydowanie. Whiskey z colą i cytryną, o taak... Sądził, że to o rysowaniu znowu było wynikiem pomyłki, toteż zaraz dodał: - Chyba przekręciłeś słowo "rozrysuje". I nie "tchórzowe", a "tchórzliwe". 
W sumie jak na dzikiego, który sobie wpadł do miasta, mówił całkiem nieźle - ciekawe, ile czasu już się tak włóczył po wielkich zabytkach cywilizacji, ile czasu pracował w swym 'zawodzie', jak dobrze poznał już nas, ludzi, zwykłych, szarych, bezbarwnych, zdawałoby się, przy tych wszystkich magicznych istotach...
- Ta, wiem... to była ironia... - Aha, super, czyli on takich subtelnych komunikatów nie wyłapywał... Doobra, spokoo, z każdym się da dogadać. W końcu jesteś barmanem, powinieneś coś o tym wiedzieć, Sahirze. - Sahir Nailah...
Prawie się zakrztusił, słysząc o zabijaniu, kierując od razu na elfa wzrok z uniesionymi wysoko brwiami. 
Co?
CO on gada?
Widzicie, ten oto przedstawiciel naszego zacnego społeczeństwa, mało chluby, to prawda, ale lepszy rydz, niż nic, żył sobie w półświatku, gdzie temat morderców nie był tematem tabu i chętnie się po nich sięgało, ale osobiście jeszcze nie spotkał (chyba) żadnego. Pewnie pełno się ich przewijało przez knajpy, gdzie pracował, nieistotne - w każdym bądź razie na pewno nie było naturalnym gadanie, ot tak sobie, obcemu gościowi, że jest się płatnym zabójcom! No kurwa! Gdzie tu jakakolwiek logika, gdzie ostrożność.
- Staryyy... - Sahirowi dosłownie opadły ramiona, patrzył z miną specyficzną na Yve'go, wyrażającą chyba najwięcej... zdegustowania połączonego z pobłażliwością i gramem niedowierzania. - Ale żeś dojebał...
Jednocześnie miejsce miało ponowne staksowanie spojrzeniem, uważniejsze - łał, kopnął cię zaszczyt, bo Nailah zszedł z wyżyn swego własnego świata, obdarzył cię zainteresowaniem! Wyczyn! Nie wiedział bowiem, czy ma tego elfa potraktować poważnie, czy nie. Morderca, który mówi, że jest mordercą i leczy rany? Może to jakiś psychol i zaraz go zadźga łyżeczką? Albo naprawdę jest... hmm... miłym mordercą?
Lol?
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Hotel    Pon Cze 17, 2013 10:37 am

Ach, jak dobrze że żadnej z tych rzeczy nie powiedział Yvemu! Elf był wręcz uczulony na to, jak inni traktowali samych siebie. Zwłaszcza ci, których w jakiś sposób – mniejszy lub większy – zdołał już poznać. Każda choroba w końcu mogła doprowadzić do śmierci, to jasna. I wątpliwe jest, by istniał stan „ponad nią”, toż to niemożliwe, coby choróbsko oszukać czy się na nie uodpornić tak bardzo, że nie da się na nie zapaść. O nie, co to to nie. Ostatecznie niemal wszystko prowadziło do destrukcji, więc po co się zamartwiać na zapas, na jaką, u diabła, cholerę martwić się czymś, na co i tak nie mamy żadnego wpływu? I zawsze można zrobić więcej, tylko nie zawsze samemu. Zwykle chodzi właśnie o to, żeby poprosić kogoś o pomoc, by nie musieć zmagać się z tym wszystkim w samotności. Ach, samotność… najgorszejsza choroba tego świata. Yve nie mógł zrozumieć, jak to jest, że skoro na świecie jest tak wiele ludzi, to jakim prawem istnieją ludzie samotni? W jego ojczyźnie to było nie do pomyślenia. Każdy miał wszystkich, a wszyscy mieli każdego. A może to tylko sprawdzało się właśnie w takich niedużych społeczeństwach jak Szmaragdowa Kolonia?
Elf prychnął.
- Na czole sobie narysuj – stwierdził gorzko, trochę jak matka widząca, jak dziecko maluje markerem po ścianach. – Całkiem możliwe. Nie pamiętam wszystkich sów* i się mylą mi, gdy mówię więcej.
Ach, włóczył się, włóczył. Ale na początku było bardzo trudno… bo nie potrafił w ogóle mówić po ludzku, tylko tym dziwnym trelem, którym posługiwali się w jego ojczyźnie. Wtedy też po raz pierwszy w życiu był szczerze samotny. Sam jeden, nie mogąc z nikim się porozumieć, w świecie, którego działania nie znał i nie potrafił zrozumieć. Dlatego właśnie  tak bardzo nienawidził samotności. Ot, była trudna. Naprawdę ciężkie jest życie kogoś, kto jest skazany tylko na siebie. I to nieważne, czy sam tego chce, czy to przez coś innego.
- Sahir Nailah – Yve powtórzył to w zamyśleniu. Przekrzywił głowę w lewo, próbując sobie coś przypomnieć. Ach, tak, słyszał już to nazwisko. W czym jak w czym, ale Yve w półświatku czuł się jak w domu. Musiał. Na tym to wszystko polegało, że konkurencję znać należało. – Nie jesteś przypadkiem barmanem w „Upadłym Aniele”? – zapytał.
Hm. Yve często słyszał nazwiska osób, których nie znał. Co gorsza, równie często je zapamiętywał, a czasami nawet – żeby zaspokoić swoją wiecznie niezaspokojoną ciekawość, sprawdzał, kim jest dana osoba. Ot, bardziej w sumie dla kaprysu, niż czegokolwiek innego.
Kiedy Sahir się zakrztusił, elf chciał go najpierw, bardziej odruchowo w sumie, klepnąć w plecy. Ale chłopak sam sobie poradził i się obeszło bez tego. Elf wzruszył tylko ramionami, widząc jego zdziwione spojrzenie.
- Praca jak każda inna – odpowiedział, beztrosko machając nogami i uderzając piętami o ścianę. Roześmiał się zaraz po tym. – I tylko praca, która nie dyktanduje** mi, kim i jaki mam być. Poza tym… to ty się tutaj kaleczysz, ja tylko pracuję.
Tutaj odniósł się do tego, co właściwie obaj robią na tym dachu. I że w sumie żaden z nich, tak na dobrą sprawę, dobrego powodu do tego nie miał.
Wyczyn? Dla Yvego wyczynem byłoby napełnienie żołądka swojej podopiecznej szpinakiem. Dla niego była to po prostu rozmowa, kontakt z kimś, kogo miał w zasadzie ochotę trzasnąć po łbie i nim potrząsnąć, bo mimo że poznał go dopiero kilkanaście minut wcześniej, to już zdążył zobaczyć, że ten chłopak siedzący z piwem na dachu ma problemów bardzo wiele. 


* "słów"
** "dyktuje"
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Hotel    Pon Cze 17, 2013 3:02 pm

- Sam sobie rysuj na czole, jak masz ochotę... - Nie zamierzasz kryć swej natury, udawać kogoś, kim nie jesteś - czyli nie koniecznie miłym osobnikiem z paskudnym usposobieniem, który raczej nie pała sympatią do świata, ludzi i nieśmiertelnych również, co więcej nie okazuje osobnikom z rodzaju 'silniejszych' większego szacunku i raczej nie dba o to, co ktokolwiek sobie o nim pomyśli, tak jak na przykład na ten temat cięcia się. Ponadto nie istniało dlań coś takiego jak temat tabu. W sumie to nie był też szczególnie rozmowny i lubił odpowiedać półsłówkami (co wynikało, logcznie rzecz ujmując, z faktu, że nigdy mu się gadać w nadmiarze nie chciało). Czyli, cóż... Można go było w sumie nazwać porażką życiową i nie byłoby to określenie mylne, bo wokół niego różu nie było, raczej sama czerń, czy też brak jakichkolwiek barw. I jemu to jakoś nie przeszkadzało. Tak samo, jak nie uważał, by miał jakieś problemy - wręcz przeciwnie, jego życie było fajne. Bezproblemowe. Na studiach super, w pracy super, interesy i znajomości ciągle idą w przód... Jednak znajomości na poziomie pracy, rzecz jasna, samotność (choć on prawdopodobnie by własnej samotności zaprzeczył) ciągle się go trzymała. 
- Spoko, przecież cię za to nie zlinczuję... - Zabrał swoją rękę, kiedy została już opatrzona. - Dzięki. - Dorzucił, choć bezemocjonalny ton mógłby świadczyć o wątpliwym zadowoleniu z tej 'usługi'. Z kultury jednak, jakichś tam resztek, które w nim były, wypadało podziękować za pomoc.
Mógłbyś nim trząść ile zechcesz, siedział w maraźmie tak głęboko, że nic by to nie dało. Wątpliwym było, by chłopak ten był do uratowania, więc daruj sobie, szkoda twoich nerwów, naprawdę. Lepiej zająć się istotami, które pomocy naprawdę potrzebują, co najważniejsze - które tej pomocy CHCĄ i ją  przyjmą z wdzięcznością i ulgą, że ktokolwiek do nich dłoń wyciąga. On by zapewne nawet tego nie docenił, co więcej, jedynie by rzucał kurwami.
- Taaak... - Odpowiedział ostrożnie, znowuż zyskałeś jego uwagę, pogratulować... Taak, w sumie rzeczywiście nie ma czego niby gratulować. Tylko że chodzi o to, że czarnowłosy bardzo rzadko interesował się swymi rozmówcami, chociaż jeszcze nie był w tym etapie, kiedy wszystkich się ignoruje. To chyba w tą stronę po prostu została ukierunkowana jego choroba. W odseparowanie się od wszystkiego. - Dyktuje, nie dyktanduje. - Poprawianie było bardziej odruchem, niż celową rzeczą. - Rzeczywiście fajne dobranie się... - Mruknął. - Długo w fachu? - Odwrócił od elfa spojrzenie, by spojrzeć w dół, zastanawiając się, jaką szansę zabicia kogoś miałaby butelka zrzucona z tej wysokości. Wielką, naturalnie. Zwłaszcza, że była ta godzina, w której ulice były pełne, tak jak i chodniki. Mniejsze prawdopodobieństwo, że w kogoś by NIE trafiła.
Trochę nienaturalne wydawało mu się mimo wszystko siedzenie z płatnym mordercom na dachu i gadanie sobie, tak o po prostu. Tacy tylko podchodzili ewentualnie i prosili o skierowanie do szefa, a przecież nikt nie zwykł się przedstawiać: "siema, jestem płatnym mordercą, zaprowadź mnie do szefa". Nie kontrolował nigdy, co za typy do biura jego pracodawcy chodzą.A Zdecydowanie przez bar "pod upadłym" przewijało się wielu podejrzanych typów. 
- Więc pewnie wlazłeś tutaj, żeby jakiegoś typa sprzątnąć...
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Hotel    Pon Cze 17, 2013 4:30 pm

- Nie no, ja sobie nigdzie nie narysuję – odpowiedział beztrosko. – A jak ty już sobie rysuj, to rób tak, żeby wszyscy widzieli. Na czole byłoby dobrze widać, o – dodał jeszcze i bardzo bezczelnie dźgnął Sahira palcem w czoło. Ot, trochę tak, jakby celował w oko, ale jednak ręka mu się omsknęła i trafiła o, trochę wyżej i bardziej na środku. Co, tak swoją drogą byłoby skrajnie niemożliwe, bo wiadomo – elfy mają celność bardzo dobrze wyćwiczoną. Ha, wrodzoną wręcz, wiec Yve pod tym względem nie był żadnym wyjątkiem.
A wcale nie musiał kryć swojej prawdziwej natury. Nie przy kimś takim, jak ten konkretny elf, którego naprawdę zrazić do swojego towarzystwa było przynajmniej ciężko. Na jedno półsłówko on znajdzie dwa zdania – uroki gadatliwości, nawet osoby najmniej mówiące z czasem ulegały tej presji i zaczynały odzywać się więcej. Czasami też w ogóle przestawały mówić w jego obecności, bo bywała czasami aż przytłaczająca.
A problemy… huh, nikt nie mówił o takich z pracą, szkołą czy jeszcze czymś innym. To były problemy całkiem innego gatunku – takie, które siedziały w głowie i w sercu. Wyżerały wszystko od środka i pustoszyły. Tych robali nigdy nie było widać, bo często siedziały bardzo głęboko. A nikt, kto po prostu zadawał sobie świadomie ból i jeszcze próbował targnąć się na swoje życie, nie miał prawa być wolnym od tych pasożytów. Przynajmniej Yve tak sądził. Starsza Opiekunka Kolonii mówiła że to są termity serca. Możliwe, że coś w tym było. Ale z czasem przerzucały się na inne organy, gdy już nie miały czego pożerać. A koniec końców opuszczały ciało. Amen.
- Żaden problem. Byleby nikt nie próbował mnie wcisnąć w kit*, bo Cyśka ich nie lubi – odpowiedział beztrosko. I tak nigdy mu te bandaże się nie przydawały, bo niby po co? Rzadko się kaleczył, czy ranił, więc i tak tylko by się tam marnowały czy coś.
I znowu nie zwrócił uwagi na ten wyprany z emocji ton. Ot, jakoś nie zarejestrował tego nawet kawałkiem ucha.
Huh, Yve należał do tych osobników, którzy – jeśli już kogoś polubią – są gotowi nieść pomoc, nawet jeśli sama „ofiara” tego nie chce. Ot, zbawić i ocalić każdego, kto znaczy coś więcej z tej całej, szarej ciżby ludzi, których mija się na ulicach. A dzisiaj elf był naprawdę już coraz bardziej przekonany, że Sahirowi jest potrzebna pomoc. I, rzecz jasna, zamierzał mu tej pomocy udzielić, choćby ten się bronił przed tym rękoma, nogami i nawet tymi nieszczęsnymi prostytutkami. Ot, klamka zapadła i nie ma zmiłuj. Teraz niech się ten biedak zacznie psychicznie przygotowywać.
Yve wzruszył ramionami i skinął głową.
- Długo – przytaknął. W zasadzie odkąd tylko wyszedł ze Szmaragdowej Kolonii, czyli jakieś dwadzieścia lat temu. Jakby nie patrzeć, był i tak jeszcze całkiem młody, jak na nieśmiertelnego. – Dość długo, by mieć dosyć.
Zaśmiał się, słysząc tę końcową uwagę. Sprzątnąć. Aż mu się przypomniało hasło reklamowe na wizytówce. Sięgnął dłonią znowu do plecaka i rozsunął zamek. Przetrząsnął zawartość i z bocznej kieszonki wyjął śliczny, jasnozielony kartonik w niebiesko-żółte łatki. Napisane tam było: „Profesjonalne Usługi Sprzątające – Yvoone Dun”, a poniżej numer telefonu. Włożył wizytówkę za ucho Sahira i znów położył plecak obok, lecz tym razem już go nie zamykając.
- Sprzątnąć, dokładnie. Ale dzisiaj już nie zdążę, bo miałem na to dokładnie piętnaście minut. A tutaj bum, koniec czasu zaraz – westchnął i oparł się dwoma rękoma o beton. No cóż, było minęło. 


* "kitel"
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Hotel    Pon Cze 17, 2013 4:59 pm

Kit? Co on mówi? Jaki znowu kit? I jaka Cyśka? Jakaś jego narzeczona? Siostra? Żona? Przyjaciółka? No matter, co go niby miałoby to obchodzić, jakieś tam imię randomowe wypowiedział - fajnie, on nie zamierzał się wciskać, w przeciwieństwie do Ciebie, Yve, butami w cudze życie. "Pomoc" Sahir uważał za bezsensowne wpakowywanie się w jego świat, czuł się wtedy przygwożdżony do ściany, osaczony i przestawał być spokojny, znieczulony, a zaczynał być poirytowany. Zapewne jeśli już udałoby ci się go ruszyć w jakiś sposób, właśnie do tego by zostało doprowadzone - do czucia czegoś więcej, niż niczego i ewentualnych namiastek emocji jak zdziwienie, poirytowanie... Wtedy zacząłby się gniew, panika, że wilk, odosobniony od stada z braku poczucia przynależności do niego, został złapany w czyjeś sidła i nie może się z nich wydostać. Wilk, który ponad wszystko cenił sobie niezależność. Tylko że pomagać można w różne sposoby i wcale nie chodzi tutaj przecież zaraz o jakieś drastyczne sposoby, jak, no nie wiem, zamykanie w psychiatryku. Sahir czasami się zastanawiał, ile czasu zajęłoby mu wydostanie z takiego miejsca, albo czy w ogóle byłoby możliwe. Pewnie faszerowaliby go jakimś świństwem, przez które nie mógłby nawet ułożyć jednej, sensownej myśli w głowie, więc co tutaj dopiero mówić o planowaniu wydostania się z takiego ośrodka...
- Nie potrzeba mi robienia cyrku z tak żałosnej rzeczy. - Odparł po prostu, nawet bardziej wyraźnie się wysławiając. Drażnili go osobnicy, którzy 'cięli się' na pokaz. W zasadzie to bardziej się drapali, a mówili o wielkim cięciu. Obnosili się z tym tak, jakby z tego byli dumni co najmniej. - Moje blizny to moja historia, nikomu nic do tego... Kurwa, przestrzeń osobista..! - Żąchnął się nagle, kiedy palec elfa wylądował na jego czole, machając przed nosem ręką, jakby oganiał się od złośliwej muchy, która do oka chciała mu wpaść. Zerknął na niego kątem oka, skrzywiony. - Aha..? - Ni to pytanie, ni stwierdzenie w sumie, bo, właśnie, nie wiedział, kto to ta Cyśka, która pewnie nie lubiła szpinaku strasznie i jeszcze ten kit...
Sahir zamordował kiedyś parę osób. Swoich rówieśników. Uderzyła mu i jego przyjaciołom wizja do głowy, teoria o 'byciu Napoleonem'... I dlatego chyba rozumiał co to znaczy "mieć dość zabijania". Tamten moment, tamta krótka chwila... Czarnowłosy spojrzał na dno swej butelki. Zabawne, że pamięta to tak dokładnie, choć było to kilka dobrych lat temu... Była zima... Wokół śnieg... Krew tak strasznie na nim wyglądała... I do dziś nie wiedział, dlaczego akurat on musiał przeżyć.
Było minęło, dnia obecnego mógł to skwitować wzruszeniem ramion, nieprzejęty minionymi wydarzeniami. W końcu to przeszłość. Zaś nad rozlanym mlekiem płakać nie warto.
Sięgnął za swoje ucho po wizytówkę i uśmiechnął się ironicznie pod nosem, przeczytawszy jej treść.
- Może jednak? Klienci nie lubią czekać, zwłaszcza z tak delikatnymi sprawami... Ale co ja się znam... - Położył butelkę za murkiem, żeby czasem nie spadła. - I need more alcohol... - Mruknął, zbierając się na nogi.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Hotel    Pon Cze 17, 2013 5:22 pm

Ano właśnie, wilka odłączony od stada był bardzo łatwą zdobyczą. Poza tym, pomoc Yvego wcale nie miała wyglądać, ot tak „Porozmawiajmy o twoich problemach”, ale tak… tak absolutnie inaczej. Już samym wyborem miejsca, Sahir wiele  mu o sobie powiedział. A całą swoją postawą również dodał kilka ważnych rzeczy. Co jak co, ale elf wiedział, jak właściwie postępować z ludźmi. Przeważnie, bo i jemu zdarzały się głupie potknięcia i pomyłki, ale nie tym razem. Nie zamierzał się narzucać z tym swoim niesieniem pomocy. Plan właściwie był naprawdę prosty. Wręcz banalny, można by powiedzieć. Ale z całą pewnością przyniósłby najwięcej, jeśli tylko udałoby mu się wprowadzić go w życie. Bo Sahira nie zamierzał zostawić ot tak. Już teraz udało mu się go nawet polubić, a to niemal całkowicie przeciążało sprawę.
I nie, nie, taka radykalna pomoc byłaby zbyt radykalna. Chryste Panie, kto w o ogóle coś takiego robił? No fakt, ludziom, którzy nad sobą nie panowali i mieli już naprawdę wyprane mózgi – w porządku, ich trzeba chronić przed nimi samymi. Ale i tak łatwiej było myśleć, że tego chłopaka można uratować bez posuwania się do czegoś tak radykalnego. No i po co? Na pewno tylko jeszcze bardziej by go to złościło, zacząłby odrzucać całkowicie pomoc, bo byłby pewien, że przyniosłaby tylko zamknięcie w tym domu wariatów. A ostatecznie, jakby na to nie popatrzeć, zupełnie nie oto chodziło.
- Zabijam ludzi za pieniądze, mam w nosie przestrzeń osobistą – odpowiedział ze śmiechem Yve, ale rękę zabrał. – To i tak jest niezły cyrk. Życie samo w sobie jest brunatne* i daje w kość. Po co sam sobie dokładasz?
Wzruszył ramionami. Język miał za długi czasami. Niczego nie dało się zrobić z tym, że jak zaczynał już z kimś rozmawiać, to plótł wszystko, co mu tylko ślina na język przyniosła i to bez żadnego głębszego zastanawiania się nad konsekwencjami swoich słów. Prostolinijna szczerość i palnięcie swoich myśli to czasami było najlepsze wyjście, niż kręcenie i kłamczenie. Kłamczenie to już zupełna inna historia, ale mniejsza.
A Yve nigdy nie zapominał twarzy swojej ofiary. Wprawdzie to byli ludzie, którzy absolutnie go nie obchodzili, miał ich istnienie naprawdę bardzo głęboko gdzieś, ale i tak nigdy ich nie zapominał. Czasami przewijali się w snach i patrzyli na niego urażonym wzrokiem, czasami szarpali i zawodzili. Jakaś pamięć po nich zawsze jednak była.
- Nie lubią – potwierdził. – Ale czasami są do tego zmuszeni przez okoliczności. A ten człowiek sobie pożyje jeszcze kilka dni. Lepiej dla niego – stwierdził. 


* "brutalne"
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Hotel    Czw Cze 20, 2013 9:46 am

Heh, zabijanie za pieniądze... Tak po prostu, pociąganie za spust, wbijanie noża w gardziel, bez zmrużenia oka, bez wyrzutów sumienia... Trzeba być jednym z tych, którym ty nie potrafiłeś być. Jesteś zbyt delikatny. Zbyt wrażliwy i uczulony na bodźce zewnętrzne, a tym bardziej wewnętrzne, dlatego nastał pewien moment w życiu, kiedy podświadomie zacząłeś się od nich i od siebie samego odcinać. Tak o wiele łatwiej się żyło, tak, jak jest teraz, nie musisz się zastanawiać co jest dobre, a co złe, przestało cię to interesować - robisz to, na co masz ochotę, uważając się za istotę wolną, a fakt, że dopasowujesz się do pewnych reguł tego świata to już czysty rozsądek, nic poza tym. Wątpiłeś, by kradzeniem w celu wzbogacenia się gdziekolwiek dojdziesz. Zresztą, umówmy się - jesteś zbyt leniwy. Z pewnością nic dobrego byś dla siebie  nie uszczknął w wypadku takiego obrotu spraw... Ale ciekawe, czy teraz potrafiłbyś zabić. W czasie teraźniejszym, nie patrząc na to, jaki byłeś. Sądziłeś, że tak. Bezemocjonalna pustka wnętrza pozwalała na wiele kroków, których ongiś nigdy byś nie postawił, ale mimo wszystko we wnętrzu wciąż nie byłeś tego taki pewien. I po co ci to sprawdzać, tak na dobrą sprawę? Żyjesz tak, że nie masz wrogów, nie masz przyjaciół, żyjesz na uboczu, jak to na samotnika przystało, co pozwala na kolejne stopnie niezależności. Nie masz nawet kota. Ani psa. W ogóle nie masz zwierzątka domowego. Masz tylko kwiaty na balkonie z istot żywych... i nie liczymy jakiś cebul, czy pietruszek w lodówce. I jakoś jest dobrze. Według Ciebie. Bo żadna ze 'zdrowych' istot nie nazwałaby tego 'najlepszym porządkiem'. Jak Yve. Chociaż jego do normalnych nie można było w sumie zaliczyć, ale wiedział przynajmniej, jak wygląda rodzinne życie i zdrowe dorastanie pośród 'swoich'.
- Brutalne. - Poprawił automatycznie mruknięciem. Wszystko wskazywało na to, że rozmowa stała się na tyle wciągająca i w sumie interesująca, nie na co dzień się gadało z wesołymi mordercami (matko, jak to brzmi), że Sahir chwilowo darował sobie plany skoczenia (heheszki) po alkohol. Oczywiście skoczenia w sensie przenośnym. Wzruszył lekko, niemal niezauważalnie, ramionami, rozsiadając się na swoim stało bywalcowym miejscu, coby jeszcze widoczków nałapać w zamrożone tafle wód, a kto bogatemu zabroni, o!
- Moje życie jest całkiem spoko, niczego sobie w nim nie dokładam. - Ciekawe, czy to by coś zmieniło, gdybyś wiedział, że czarnowłosy planuje zawrzeć pakt z diabłem. Że ma zamiar stać się demonem. Ciekawe, czy zdążysz, elfie, go podratować do tego czasu na tyle, żeby od tych planów się odsunął... - Ja tam gościowi współczuje.
Lepiej być martwym, niż przedłużać swą marną egzystencję z przeświadczeniem, że pożyje się jeszcze wiele lat, a umiera w następnych dwóch dniach.  Zresztą, tak ogólnie - lepiej być martwym. Świat jest o tyle beznadziejny, że można sobie darować siedzenie w nim, naprawdę! Kiedy Nailah spotykał się z takimi Yvami nie mógł rzecz jasna nie dostrzec ich wewnętrznej radości, która nie była wcale fałszywa. Była naturalna. Mieli w sobie coś, jakąś magię, która kolorowała ten świat z szarości na całą gamę różnobarwnych farb. Nie jego bezpośrednio, bo z nikim kontaktu nie utrzymywał. Ale innych. I zawsze się zastanawiał, co ich napędza. Zaraz potem odpowiadał sam sobie na to pytanie, analizując wszystko, czego się dowiedział. Mieli kochaną rodzinę, fajnych przyjaciół, przeżyli trudne chwile, ale byli na tyle silni, by stanąć po nich jeszcze bardziej zahartowani... I zazwyczaj dochodził do tego samego wniosku, którego był pewny. Że był słaby. Nie mniej jednak kwitował to mentalnym wzruszeniem ramion, bo uważał, że już nie jest. Na swój pokręcony sposób.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Hotel    Czw Cze 20, 2013 9:37 pm

Brak tak zwanych „uczuć wyższych” miał być definicją wolności? Nie no, dobre sobie żarty. Ale fakt, niektórzy mogli ją uważać za coś takiego. Ale to była taka smutna wolność. Pusta – wyprana z barw i niemal wszystkich namiastek radości. Ostatecznie większość rzeczy, które sprawiały, że inni byli szczęśliwi, pochodziła właśnie od tych wszystkich emocji pozytywnych. A życie bez nich… czy nie stawało się po jakimś czasie monotonne, nudne? Odsuwało od takiego delikwenta innych, bo naprawdę ciężko jest przebywać z kimś, kto jest ich pozbawiony i nawet nie potrafi pokazać po sobie radości, którą niesie obcowanie z innymi ludźmi. Jedynie obojętność, czasami liche zainteresowanie, niekiedy nawet chłodną uprzejmość. Ale co komu po tym?
Nie, Yve nie potrafiłby tak żyć. Nie teraz, gdy naprawdę udało mu się przestać być samemu i znów zrozumieć, dlaczego towarzystwo innych jest takie wspaniałe. Jasne, zabijał za pieniądze. Ale właśnie tutaj tkwił sęk w tym, że ten elf bywał bardzo paradoksalny. Niby lubił innych, niósł im pomoc i w ogóle – niczym taki dobry wujek Stalin dla Amerykanów. Ale przecież jeśli ktoś mu za to zapłacił, zabijał. To jasne, że nie przyjmował zleceń na osoby, które polubił czy znał całkiem dobrze. Ale i tak ta filozofia (o ile można to tak nazwać) była sama w sobie sprzeczna. Dziwnie tak…
Huh, a kto mówił, że wrogowie są potrzebni, żeby zabijać? Yve nie miał wrogów, a dawniej zabijał na potęgę. Bardzo dbał o to, żeby nawet ci, którzy mieli go za „konkurencję” zaakceptowali go czy nawet polubili w pewnym stopniu. Wrogowie byli również bardzo sprzeczni ze stylem jego życia, dlatego nie miał żadnych. Przynajmniej o żadnych nie wiedział, tak też można to ująć. Bo wątpliwe, żeby ktoś ot tak był nastawiony wrogo do kolesia, który ma ponad dwa metry i wygląda tak, jak Yve. No cóż.
Kiwnął beztrosko głową, gdy Sahir znów go poprawił. Nie przeszkadzało mu to – należał do tych osób, które zamiast robić wielką aferę akceptują fakt o swojej pomyłce. Ha, nawet dziękują za wytknięcie takiego błędu. Ale to tez sprawiało, że życie było łatwiejsze.
- Racja, brutalne – powiedział i sięgnął dłonią do plecaka. Rozsunął go i ze środka wygrzebał woreczek z ciastkami: takimi z orzechami i kawałkami czekolady. Podsunął go niemal pod nos chłopaka, wciąż wesoło machając nogami i obijając pięty o ścianę. – Spokojnie, nie ma w nich szpinaku ani żadnej innej trociny* czy coś.
Elf zmarszczył brwi i pokręcił głową. Lepiej być żywym. A ten koleś – jaki by nie był – nie wiedział, że zginie. Mógł żyć i cieszyć się tym życiem trochę dłużej. Czy to nie było dobre? Życia samo w sobie powinno być dobre, szczęśliwe i piękne. Fakt faktem, nie zawsze takie było. Ale dla tego mężczyzny powinno. Miał dach nad głową, miał co jeść. Mało tego, stać go było na to, żeby zabierać kobietę do restauracji i do hoteli (nawet jeśli znowu takie drogie nie były). Miał to wszystko, mógł wiele rzeczy. Dlaczego nie miałby się tym cieszyć?
- Czy ja wiem… ja tam nawet się cieszę, że on pożyje trochę dłużej. Poza tym, nie wiem jak tobie, ale mi zwykle nie przeszywają** w pracy skoczkowie – zaakcentował wyraźniej to słowo, by pokazać, że zapamiętał je przynajmniej na razie.
Gdyby ktoś powiedział Yvemu, że jest silny, to ten wpakowałby temu komuś do ust garść szpinaku. Dlaczego? Otóż ten elf uważał, że cała jego siła pochodzi z tego, że generalnie bardzo często jadał i szczerze lubił wszystkie warzywa. A tym, które wysławiał najmocniej, od zawsze był szpinak. Prawdę mówiąc, to już teraz, gdy tak się przyglądał Sahirowi, miał ochotę go nakarmić. Dosłownie. Ale również wątpił, że jakakolwiek propozycja w typie „Chodź, zrobię ci obiad”, zostałaby odebrana raczej… dziwnie i nie na miejscu. W ogóle, ta sytuacja całkiem dziwna była. 


* "trucizny" 
** "przeszkadzają"
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Hotel    Pią Cze 21, 2013 9:20 am

Heh, wiązanie swojej siły ze szpinakiem, toż to śmieszne przecież, bo nie jest mowa o sile fizycznej - jaasne, ta mogłaby pochodzić od warzyw, dbania o zdrowie i tak dalej i tak dalej... Zresztą pozytywne podejście, no cóż, takie... nie zbierające laurów, ot co. Tak jakby w zasadzie Yve nie zrozumiał, że takim zdaniem zostałby pochwalony, że zostałaby mu wypowiedziana jego jedna z większym zalet. 
Patrząc na to wszystko obiektywnie Yve rzeczywiście był absurdem w kontekście zgodności swoich racji - z jednej strony takie pocieszne, ciągnące do innych istnienie, nawet chcące nieść pomoc zagubionym, a z drugiej ktoś, kto zabija i nie waha się nawet zabijać. A może ta osoba zabijana właśnie byłaby świetnym kompanem? Dziwne, bardzo dziwne, nie da się tego chyba rozwikłać idą tropem analizy psychiki... Więc może zwyczajnie spróbujmy samych siebie zapytać, czy to nie wina jakiejś choroby tak a nie inaczej kieruje tym elfem. Chorób jest dużo, jedne  bardziej, inne mniej zidentyfikowane, może więc ciemnowłosy jest w tych, których jeszcze nie udało się poznać? 
Zlokalizował źródło poczęstunku, przypatrując się mu z początku, zanim sięgnął dłonią po kostkę czekolady - wyglądała na zwykłą, mleczną, za gorzką nie przepadał, co to za przyjemność jedzenia słodyczy, skoro słodycz jest gorzki? Nie rozumiał tego za bardzo... Wtedy przecież nie jest słodki, tak? Teoretycznie demagogizował tak samo nad paluszkami - jak one mogą być słodyczami, skoro są słone? Podejrzane to, lecz jak dotąd uznał, że ludzkość zwyczajnie przyjęła to wszystko pod płaszcz jednej nazwy, aby nie trudzić się z wymyślaniem następnych, co nie zmieniało faktu, że było to nadal nader interesujące. Ach te problemy współczesnych studentów, czyż nie?
- Lubię szpinak, ale w ciastkach byłby on dziwny... Dzięki. - Uniósł czekoladkę w geście co najmniej mini salutu i ugryzł kawałek, coby sprawdzić, czy jadalna. Tutaj akurat nie zauważył tego omsknięcia, że chodziło o 'truciznę', nie 'trociny', bo równie dobrze, skoro Yve mówił mówił o szpinaku, to mógł też mówić o trocinach, te dwie opcje były tak samo dziwne i w sumie pod tym względem nawet do siebie pasowały.
- "Przeszkadzają". - Kolejna poprawka, jak to na kogoś zdobywające stypendia na studiach humanistycznych przystało. - Mi to raczej nikt nigdy nie przeszkadza w pracy... - Upadły Anioł był specyficzny... Niby do Sahira nikt miłością nie pałał, a jednak w pewnym sensie byli do niego przyzwyczajeni - do niego i jego sposobu bycia, a ponieważ zazwyczaj zlatywał się tam sam margines społeczeństwa... To do barmana nikt nie fikał, zostawiając go w świętym spokoju, jakiego sobie życzył. Zresztą czy źle wywiązywał się ze swych obowiązków? Jeśli chodzi o obsługę to lepszego tam nie było, a i pogadał, jeśli jakiś wypłakać się przyszedł, w swoim stylu, oczywiście, ale zawsze lepszy rydz, niż nic.
- Tylko że ja na szczęście nie muszę biegać po dachach, żeby ją wykonać. - Sięgnął po jeszcze jeden kawałek czekolady. 
A nawet szkoda, Sahir tam bardzo chętnie, chociaż do domu by elfa nie zaprosił w żadnym wypadku. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Jego mała klitka było jego  sakrum, nienaruszalnym, warto dodać, niczyja noga, prócz listonoszów, jakichś tam mechaników, w nim nie postanęła. Jeszcze by mu tego brakowało, żeby potem mu zloty jakieś randomy robiły, o nie, co to, to nie!
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Hotel    Sob Cze 22, 2013 5:58 pm

Ano właśnie! Może i śmieszne, ale tak to już bywało. Nawet gdyby w końcu ktoś mu wytłumaczył, że o tę siłę psychiczną chodzi, to i tak pewnie wzruszyłby potężnymi barkami i beztrosko stwierdził, że to i tak wszystko dzięki szpinakowi. I fizyczna siła, i wzrost, i siła psychiczna, i inteligencja… No wszystko, ot co. I nie uznałby tego pewnie nawet za żaden komplement, tylko znów skwitowałby to wielce obojętnym gestem, jakby tak naprawdę to nic nie znaczyło. No cóż, jak nie zwracasz na coś uwagi przez cały czas, to trochę  ciężko jest to doceniać. A w ogóle najtrudniej zrozumieć wartość takiego czegoś, gdy ma się to coś od zawsze i w twoim otoczeniu niemal wszyscy to samo mieli.
Huh… choroba? Kto wie, może nawet i tak. Tylko jedna z tych, której objawy są całkiem pozytywne. Rzecz jasna, o ile można to nazwać w taki sposób. Czy ktoś jeszcze zapadł kiedyś na takie choróbsko? Ciekawe, nawet bardzo. Podobno większa część osób chorych psychicznie nie zdaje sobie sprawy ze swojego złego stanu zdrowia dopóki ktoś im tego nie pokaże. Może i tak było z Yvem. Ale, prawdę mówiąc, nawet jeśli to były jakieś usterki na tle psychicznym, może lepiej byłoby, gdyby elf nigdy się o tym nie dowiedział. Możliwe, że całkowicie straciłby tę „dobrą część” objawów swojej choroby. Ale wmówiłby sobie, że musi przestać, bo to będzie lepsze dla wszystkich… nie wiadomo, jak sprawa by się potoczyła. Tak też było w porządku. Kto wie – nawet i najlepiej?
Yve również wziął jeden kawałek i wrzucił go sobie ust. Pokręcił zaraz szybko głową, jakby bardzo chciał zaprzeczyć.
- Ciastka ze szpinakiem to kaznodziejstwo* - oznajmił pogodnie i takim tonem, jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem. – Sam w sobie zresztą też jest.
Trociny, czy trucizny – te dwa słowa za bardzo do siebie były podobne i czasami ich znaczenie mu się nieznacznie myliło. Ot, czasami mówił, że ktoś ma „truciznę w głowie”, a innym razem, że w Gabinecie przechowuje trociny. Przy obu rzeczach ludzie przyglądali mu się, jakby nagle zwariował. No cóż, niekiedy próbowali poprawiać, ale tylko przy tym pierwszym, nieśmiało szepcząc „trociny”. Przy drugim w ogóle się gubili na amen i przyglądali jak ciele w gnat.
- No tak, w „Upadłym Aniele” to, jakby nie patrzeć, za dużo szumowin i trybów** spod ciemnej gwiazdy, żeby chcieć wszczynać awantury, o – stwierdził. W sumie rzadko bywał w takich miejscach, głównie z tego powodu, że najczęściej serwowanym tam trunkiem był alkohol, a Yve za nim zdecydowanie nie przepadał.
No i barman to poniekąd w takich miejscach tak zwana „Siła Wyższa”. On nalewa, on dyryguje dostawami tego cuchnącego napoju do żołądka takiego osobnika.
- Jeszcze – roześmiał się elf, wyobrażając sobie taki bar na dachu, gdzie trzeba po prostu wleźć po ścianach. No tak, z tym to jeszcze dałoby radę, ale ciekawe, jak wyglądałoby zejście na dół, gdyby taki skrajnie pijany klient miał lokal opuścić. Ciekawe, wielce wręcz ciekawe. Może byliby zrzucani beztrosko na dół? Albo może ktoś by się zlitował i zamontował windę, którą byliby spuszczani na dół?
Westchnął ciężko i zerknął na zegarek na lewym nadgarstku. Szybkimi ruchami zawiązał woreczek ze słodyczami i położył go na głowie Sahira. Wstał i się przeciągnął lekko.
- Nie siedź tutaj za długo, zaczyna się robić ciemno – powiedział i podniósł plecak, po czym zarzucił go na ramiona. Przykucnął jeszcze i klepnął chłopaka w ramię, znowu nieświadomie odbierając sobie moc. I tak nie zamierzał jej teraz używać, więc to było bez znaczenia. – Muszę iść, mam jeszcze jedną sprawę do załatwienia. Wpadnę kiedyś do „Upadłego” i wtedy może jeszcze pogadamy – z tymi słowami wstał i luźnym krokiem ruszył w kierunku drzwi na strych. Stamtąd wyjdzie po prostu do hotelu i go opuści. Nic wielkiego. Odwróciłsię przez ramię i pomachał jeszcze na pożegnanie.
- Do zobaczenia i nie skacz nigdzie, bo się połamiesz, kózko.
Zamknął za sobą drzwi i opuścił hotel. Pora wracać do domu – Cyśka jest pewnie głodna i zła. I Gabinet był otwarty, to zwiastowało kłopoty samo w sobie.
 
[zt]


* "dobrodziejstwo"
** "typów"
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Hotel    Nie Cze 23, 2013 6:21 pm

Kaznodziejstwo..? Hm... Dziwnie, chyba jednak nie o to słowo mu chodziło, ale Sahir, zastanawiając się, o co chodzić może, nie mógł na szybko niczego wymyślić, dopiero po chwili udało mu się pójść tropem słowo-podobnym i poprawił go:
- Chyba "dorodziejstwo". - Chyba, bo nie na pewno - to kaznodziejstwo tutaj nie pasowała, zwłaszcza biorąc pod uwagę zdanie drugie - stąd CHYBA. Zresztą, umówmy się, w życiu niczego nie możemy być pewni, bo wszystko jest jedną, wielką, opatrzoną znakiem zapytania zmienną. Zaś jeśli o szpinak chodzi - no to dobra rzecz, pewnie, ale żeby w słodyyczach? Bez przesady. - Drybów, nie trybów. 
Dokładnie tak - tam, gdzie się króluje, jest się bezpiecznym - poza - już inna sprawa, kiedy na obce, nie należące do Ciebie tereny się trafia, nie mniej jednak aż tak tragicznie być nie może, jeśli nie jesteś wplątany w wielkie wojny między królestwami.
- Spoko... Trzymaj się...- Nie było "do widzenia" - te słowa są jakieś ostatecznie, a świat jest mały - jeśli elf nie zginie, jeśli Sahir nie zginie, to na pewno się spotkają...
Kilka godzin jeszcze mu minęło w gapieniu się w przestrzeń, dopóki nie wstał i nie wrócił na pewniejsze grunt, czyli kilkanaście pięter niżej, tą samą drogą, co Yve. Tą samą, którą tuta wszedł. Zdecydował nie zastanawiać się nad słowami "jeszcze".
[z/t]
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Hotel    

Powrót do góry Go down
 
Hotel
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Empire State Building
» New York-New York Hotel & Casino
» Hotel La Plaza

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Nieśmiertelni ~ Kolebka Upadłych Aniołów :: Londyn :: Centrum miasta :: Ulice i uliczki-
Skocz do: