IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Francis Herondale

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Francis
Stróżujący Pies Rady
avatar

Liczba postów : 2
Join date : 05/04/2012

PisanieTemat: Francis Herondale   Pią Kwi 06, 2012 12:03 am

Godność: Długo można by się rozpisywać na temat pochodzenia imienia i nazwiska Francisa Herondale, jednak czy jest to na tyle istotne, by poświęcać mu sporo miejsca? Imię nadała mu matka. Miało ono nawiązywać do jej pochodzenia, które tak wyraźnie było widać w rysach twarzy i niekiedy również w akcencie młodzieńca, który od czasu do czasu wkradał się nieproszony w wypowiadane zdanie. Swoje walijskie nazwisko odziedziczył po pradziadku. Tak się trafiło, że w kolejnych pokoleniach pojawiali się mężczyźni, którzy mogli przekazać je dalej. Pradziad Francisa był w stu procentach Walijczykiem mieszkającym w Walii i niemyślącym nawet o przeprowadzce do innego miejsca, zaś jego syn w późniejszych latach swojego życia przeniósł się do Londynu gdzie założył rodzinę wraz z piękną Brytyjką i doczekał się syna. Tym też sposobem ojciec Herondale’a mimo walijskiej krwi przewijającej się gdzieś w jego żyłach i walijskiego temperamentu czół się i zachowywał jak prawdziwy Brytyjczyk urodzony i wychowany na ziemiach Angielskich.

Wiek: Mimo swojego młodego wyglądu dwudziesto-paro letniego mężczyzny Francis przeżył już 155 wiosen. Dla niego jednak jest to niewiele, zbyt mało, aby pozyskać potrzebne do życia doświadczenie.

Orientacja: Czy ktoś taki jak on miałby czas na zaloty i romanse? Może kiedyś nie mógł opędzić się od kobiet i ulegał ich wdziękom jednakże z biegiem czasu przestały robić na nim jakiekolwiek wrażenie. Nowoczesny świat jak i nowoczesne kobiety za bardzo ociekały wulgarnością i prowokacją.

Pochodzenie: Herondale z pochodzenia jest Francuzem, tam się urodził i stamtąd pochodziła jego matka, jednakże wychowany został w Londynie na dumnego i dobrze poukładanego Brytyjczyka arystokratę takiego samego jak i jest ojciec. Ojciec Herondale’a w poszukiwaniu zarobków wyższych od i tak wysokiej już pensji, która pozwalała mu wieść życie na naprawdę wysokim poziomie wedle własnego kaprysu wyjechał do Francji gdzie ożenił się i doczekał syna. Sześć lat po narodzinach dziecka wraz z żoną powrócił na wyspy Brytyjskie by tam wychować dziecko według wyznawanych przez siebie ideałów.

Rasa: Zmiennokształtny

Ranga: Stróżujący pies Rady* Tam gdzie pojawia się zagrożenie i łamane są zasady Rada wysyła jego. To jego zadaniem jest pilnowanie porządku w Kolebce jak i poza jej murami, bo w końcu ci, którzy znajdują się poza nimi chyba nie myśleli, że porozumienia ich nie dotyczą i mogą bezkarnie używać swoich zdolności?

Moc:
• Jak wszyscy przedstawiciele jego rasy jest on istotą dwojakiej natury. Ludzie urzeczeni jego ludzką formą nawet nie zdają sobie sprawy, z jakim stworzeniem tak naprawdę mają do czynienia. Ci, którzy wiedzą, do jakiej rasy przynależy doszukują się w nim wielu istot jednakże nikt nie jest w stanie odkryć jego prawdziwej zwierzęcej formy do póki Francis sam mu się nie ujawni. Wtedy najczęściej z ust ludzi wyrywa się przeciągłe „Ach!” będące wyrazem ich niesamowitego zaskoczenia. Dlaczego? Bo któżby spodziewał się, że tak urodziwy i dobrze poukładany młodzieniec zmieni się w stworzenie dla wielu odrażające i odpychające, jakim jest… pająk.
• Radar – Herondale nie bez powodu znalazł się w szeregach pomocników Rady Dziesięciu. Jego zdolności okazały się niezwykle przydatne, jeżeli chodzi o doszukiwanie się ewentualnych prób złamania porozumień. Chodzi tu głównie o zdolność potocznie nazywana „radarem” bądź też „sonarem”. Gdziekolwiek nie pojawiłby się Fran zostawia tam po sobie pewien maleńki z pozoru niegroźny ślad - cieniutką pajęczynkę, zupełnie niewidoczną dla oka. Te niepozorne niteczki plączące się bez celu po ulicach całego miasta jak i Instytutu są niczym korzenie silnie połączone z rośliną, z której wychodzą i dostarczające jej wszystko, czego jej potrzeba. W tym wypadku tym, co potrzebne są impulsy, które wysyłają jedynie istoty o nadludzkich zdolnościach. Ich siła i intensywność zależy od aktywności danego osobnika i nasila się w momencie, kiedy jego zdolności są wykorzystywane nie ważne, w jakim celu. W postaci drgań informacje o położeniu i sile zdolności nieśmiertelnego docierają siecią do zmiennego by poinformować go o ewentualnym zagrożeniu i zachęcić do interwencji. Jest w stanie także wyczuć aurę zwykłych śmiertelników, dzięki czemu wie czy przypadkiem któryś z niewtajemniczonych nie jest zagrożony.
• Neutralizacja – Tam gdzie pojawia się wydział sprawiedliwości pewne jest, ze pojawią się także próby uniknięcia kary za swoje występki. Normalnie ludzie posługują się bronią, która ma swoje ograniczenia chociażby w postaci amunicji jednakże w przypadku nieśmiertelnego jest to bardziej niebezpieczne. Dla osób nieodpowiednio przygotowanych konfrontacja z mocami nieśmiertelnego nie byłaby niczym przyjemnym, jednak, jeśli można w pewien sposób zneutralizować ich działanie wszystko wydaje się prostsze. To właśnie potrafi Francis. Pierwszy atak nieśmiertelnego zawsze pozostawia jakiś uszczerbek na zdrowiu mężczyzny jednakże każdy kolejny staję się przez niego coraz słabej odczuwany. Dlaczego? Uodparnia się. Jego organizm przyzwyczaja się do danej zdolności i po pewnym czasie przestaje być przez nią raniony. Zdarzają się jednak moce, które potrafią ominąć ten „system obronny” a wtedy trzeba już zacząć bardziej na siebie uważać.
• Wpływ dwojakiej natury – Dzięki swoje pajęczej naturze Francis zyskał coś, co możliwe jak dotąd było jedynie w Marveloskich komiksach. Oprócz cienkich pajęczynek, jakie mężczyzna pozostawia po sobie na każdym kroku potrafi on tworzyć także grubsze, dłuższe i bardziej trwalsze, które wychodzą z opuszków jego palców kierowane jak tylko on zechce. Nie oznacza to jednak, że niczym jakiś rąbnięty super-bohater lata po wieżowcach. Te „lepkie” paluszki woli pozostawić dla siebie. Oprócz tego przez wpływy pajęczaka ma on nieco lepszy refleks niż normalny człowiek oraz jest od niego sprawniejszy. Cóż to byłby za pająk gdyby chłopak był kompletnym niezdara?

Umiejętności: Jednym z najlepszych przyjaciół Frana jest fortepian, którego gdyby chciał nie odstępowałby nawet na krok dnie i noce wygrywając najróżniejsze preludia. Jego zdolne dłonie sprawdzają się również w kuchni, jednakże nie zwykł on gotować z racji tego, że ludzie z jego sfery od takich prac mają odpowiednich służących. Jak większość arystokratów sprawdza się w szermierce oraz w jeździe konnej. Świetnie mówi po francusku, w końcu stamtąd pochodzi i nawet po przyjeździe do Anglii matka udzielała mu lekcji.

Broń: Jako że chłopak nie chce brudzić sobie rąk czy tez łamać prawa nie nosi przy sobie żadnej broni. Nosi przy sobie jedynie teleskopową pałkę, którą od czasu do czasu wykorzysta, aby pomóc sobie z unieszkodliwieniem narzucającego się nieśmiertelnego.

Wygląd: Herondale jest wysokim mierzącym 190m szczupłym mężczyzną. Jego blada cera niczym u wampira kontrastuje z kruczoczarnymi włoskami i gdyby nie jego zielone oczy sprawiałby wrażenie postaci wyjętej z czarno-białego filmu. Bo właśnie tak się prezentował. Niczym postać ze starych romansów, ideał arystokraty, młodzieńca, dookoła którego kręciło się wiele dam, jednakże w tej historii zabrakło równie pięknej jak on wybraki serca, której śnieżnobiały uśmiech wprawiałby tłumy w zachwyt. Zadbany, z włosami zaczesanymi lekko do tyłu i zatkniętymi na nos okularami o ciemnych oprawkach sprawiał wrażenie poukładanego urzędnika bądź człowieka biznesu fachowo wykonującego swoją pracę.
Zawsze elegancko ubrany maszerował przez miasto w świeżo upranym i perfekcyjnie dobranym czarnym garniturze od drogich firm, bo po co nosić byle co skoro tak ważna jest prezencja. Jego wypielęgnowane dłonie skryte były pod czarnymi rękawiczkami z miękkiej skóry. Jeśli chodzi o buty nosił jedynie te, które pasowały do garnituru nie tyle wyglądem, ale i ceną.
Herondale wyglądał na człowieka bardzo poważnego, aż za poważnego na swój wiek, oczywiście ten wizualny. Wielu twierdziło, że jego twarz wygląda jak maska i rozmyślało wielokrotnie czy pojawiają się na niej jakiekolwiek emocje poza obojętnością. Czy zdarzają się dni, kiedy to jego niewzruszenie znika ustępując miejsca czemuś więcej, czemuś bardziej ludzkiemu, normalnemu, aniżeli oblicze przypominające piękną twarz wykutą w twardym jasnym kamieniu przez wprawnego mistrza dłuta. Czy te sztywne proste plecy zginają się czasem pod ciężarem dnia codziennego? Czy węzeł krawata poluzowuje, chociaż na chwilę rozpinając przy tym guziki starannie uprasowanej śnieżnobiałej koszuli? Czy zdarza mu się wygalać nie fatalnie, ale chociażby nie tak dobrze jak zazwyczaj? W końcu nikt nie może być idealny… Nawet ktoś pokroju Francisa Herondale’a

Charakter: Tak jak większość ludzi z jego sfery Herondale był typem człowieka lekko zadzierającego nos. Dobrze poukładany i nonszalancki zawsze robił dobre wrażenie w towarzystwie. Wszystkich dookoła zachwycał swoją elokwencją i oczytaniem godnym studentów najwyższych uniwersytetów, które chłopak miał już dawno za sobą. Mimo faktu, że przebywał wśród istot przyziemnych nigdy nie zniżał się poniżej poziomu swego statusu i trzymał fason nawet w najtrudniejszych i najbardziej kompromitujących z jego punktu widzenia sytuacjach. Przez ostatnie lata swojego życia zawsze pozostawał poważny i zdyscyplinowany nie pozwalał sobie na chwile zapomnienia i spontanicznej zabawy będącej u wielu istot rzeczą normalną. Hańbą by było gdyby ktoś zobaczył go w kompromitującej sytuacji, która nigdy nie miała prawa się wydarzyć. Nie dopuszczał do siebie nawet myśli, że coś mogłoby pójść nie tak, ponieważ był perfekcjonistą we wszystkim, co robił. Wolał już niczego nie zaczynać aniżeli miałby robić coś na pół gwizdka. Wielu ludzi zadziwiało jego opanowanie. Nawet, jeśli ktoś wyprowadził go z równowagi on nie dawał tego po sobie poznać. Jego kamienne oblicze zawsze pozostawało niewzruszone, bez wyrazu, jedyne, co można było na nim zobaczyć to obojętność lub gniewne spojrzenia, którymi obdarowywał, co i rusz niezdyscyplinowanych i zachowujących się haniebnie w jego mniemaniu nieśmiertelnych. Nie wiadomo było czy to, co pokazuje to prawdziwy on czy jedynie poza wypracowana starannie przez wiele lat na potrzeby pełnionego stanowiska lub by przypodobać się komuś ważnemu, istotnemu w jego życiu, kto miał na nie bardzo duży wpływ. Francis nie pozwalał sobie na żadne miłosne uniesienia, które mogłyby sprawić, że zacząłby skupiać się na czymś innym niż praca. Przez to stale był samotny i mimo że wiele osób twierdziło, że przez to jest nieszczęśliwy a nieszczęście to jest przyczyną jego obojętności i zgorzkniałości niewiele miało to wspólnego z prawdą. Krążyły również plotki, że młody Herondale ma spisany plan na dosłownie całe życie, którego musi ściśle się trzymać by nie zrobić czegoś wbrew woli zmarłego już ojca figurującego jako ideał człowieka poukładanego i dobrze wychowanego wśród Londyńskiej arystokracji.

Historia:

Rok 1875. Londyn.

Londyńska arystokracja lubiła się pokazać. Nie chodziło tu bynajmniej od zwyczajne wyjścia, czy też przejażdżki wspaniałym powozem, który przykuwał uwagę przewijających się ulicami przechodniów, ale o wystawne przyjęcia bardzo często organizowane zupełnie bez okazji, jakiegoś szczególnego powodu… chociaż… powód zawsze się znalazł. Zawsze był bardzo oczywisty dla organizatora wystawnych imprez. Pokazać się z jak najlepszej strony, zaprezentować swoja potęgę, majątek, wpływy i znajomości. Tak… Ten cel zawsze przyświecał arystokracji a szczególnie dumnemu rodowi Herondale’ów.
Stary Herondale uwielbiał szczycić się swoim majątkiem. Jego przyjęcia i bale zawsze były bardzo wystawne i zapraszano na nie jedynie najwyższe głowy arystokratycznych rodów oraz osoby sławne w obecności, których warto było się pokazywać. Jednak od czasu do czasu pojawiały się na nich istoty, których obecność nie była na rękę właścicielowi posiadłości. Pewne organizacje lubiły mieć na oku tego typu przedsięwzięcia zwarzywszy na popularną ostatnimi czasy modę na pokazy praktyk okultystycznych i mieszanie się śmiertelnych w sprawy Świata Podziemi. Czarownicy o nieodgadnionych intencjach musieli być nieustannie kontrolowani. Wielu z wysoko postawionych arystokratów nie była tymi, za których byli powszechnie uważani. Należało ich pilnować by nie dopuścić do tragedii…chociaż drobne wypadki zawsze się zdarzały.
Nie wiem, dlaczego Inkwizycja Rady Dziesięciu w osobie Siriusa Maccona do towarzystwa wybrała dziś akurat mnie. Nigdy nie miałam okazji brać udziału w tak wystawnej uroczystości a tym bardziej w posiadłości Herondale’ów, ale nie ukrywam, że mój drogi przełożony sprawił mi tym ogromną przyjemność. Wszystkie moje nawet najwspanialsze wyobrażenia dotyczące tego miejsca i tejże uroczystości były niczym w porównaniu do majestatu otaczającej mnie rzeczywistości. Nawet w najśmielszych snach nie widziałam obrazu zapierającego dech w piersiach tak jak ten, który miałam teraz przed oczyma, którego byłam częścią. Wspaniałe damy w cudownych rozłożystych sukniach rozmawiały między sobą o najnowszych trendach w modzie, mężczyźni, eleganccy jak nigdy, rozprawiali o łowiectwie bądź flirtowali ukradkiem z urokliwymi młodymi panienkami licząc, że nikt z reszty towarzystwa tego nie dostrzeże. Przebiegałam wzrokiem po tym tłumie osobliwości aż w końcu mój wzrok dostrzegł coś, a raczej kogoś, kogo obecności nigdy bym się nie spodziewała.
Z daleka można było dostrzec podobieństwo w tych idealnych rysach twarzy ubarwionych dodatkowo francuskimi genami matki. Był tak samo olśniewający jak jego ojciec, biła od niego niesamowita pewność siebie, siła, i urok, jaki przyciągał z siłą, jaką ciężko było mi określić. Wpatrywałam się w niego jak oczarowana. Taki piękny i idealny, poruszał się z gracją tuż obok swego ojca przemierzając salę, aby poznać kolejnych ważnych gości. Wiedziałam, że muszę wyglądać jak idiotka wpatrując się tak przed siebie i prawdopodobnie gdyby nie nagłe pojawienie się Siriusa nie byłabym w stanie oprzeć się pokusie patrzenia jeszcze i jeszcze.
- Nie wiedziałam, że Herondale ma syna. – Kątem oka spojrzałam na swojego przełożonego, który z kieliszkiem wina powiódł wzrokiem w miejsce, w które patrzyłam jeszcze chwilę temu. Zanim się odezwał nieznaczny uśmiech zamajaczył na jego twarzy przydając jej dość dziwnego wyrazu.
- Chwali się nim niczym rasowym i dobrze wyszkolonym pieskiem na prestiżowej wystawie – odparł upijając łyk wytrawnego wina.
- Dlaczego tak o nim mówisz?
Jego słowa były, co najmniej dziwne, jak gdyby już od samego początku w chłopaku coś mu nie pasowało, jakby wiedział o czymś, czego ja jeszcze nie zdążyłam poznać.
- Trudno nie nazwać psem kogoś tak idealnie wytresowanego. Stary Herondale zadbał, by jego kochany synalek był chodzącym ideałem wzbudzającym w otoczeniu zachwyt. – Mówiąc to spojrzał na mnie znacząco a ja poczułam, że się czerwienię. – Tylko pozazdrościć. Dziwne tylko, że tak późno zdecydował się wprowadzić go do towarzystwa. Pewnie wcześniej nie był wystarczająco „odpowiedni”, albo nie radzili sobie z jego „wyjątkowością”.
Na ostatnie słowo położył szczególny akcent. Wiedziałam, że musi kryć się za nim o wiele więcej, niż tylko wyuczone maniery i uroda młodego Herondale’a. Nie wiedziałam tylko, czy to odpowiednie miejsce na kontynuację tej rozmowy. W tym przekonaniu utwierdziło mnie spojrzenie Pana Domu skierowane w naszą stronę. Tak lodowate i wyniosłe… ale ja jeszcze nie rozumiałam dlaczego…

- O co chodzi z tą „wyjątkowością” młodego Herondale’a? – Zapytałam nieco niepewnie, kiedy wraz z Siriusem przechadzaliśmy się po ogrodach by, chociaż przez chwilę odpocząć od gwaru i poruszenia wywołanego na sali pojawieniem się młodego panicza. Znów dziwnie się uśmiechnął, tak samo jak wtedy, kiedy pierwszy raz o niego zapytałam. Nie wiedziałam zupełnie, czego mam się spodziewać a wyraz jego twarzy sprawiał, że czułam się jeszcze bardziej niepewnie i nie wiedziałam, czy chcę wiedzieć więcej w tym temacie. Niestety, po chwili nie było już odwrotu. Maccon zaczął powoli rozglądając się dookoła, jakby chciał się upewnić, że nikogo prócz nas tu nie ma.
- Widziałaś, co jest w herbie rodowym Herondale’ów? – Skinęłam głową.
Ciężko było przeoczyć ich herb. Był on widoczny dosłownie w każdym miejscu. Haftowano go na wiszących na ścianach gobelinach, umieszczano na srebrnej zastawie, hrabia miał go wygrawerowanego na sygnecie. Był to dość specyficzny herb. Większość rodzin umieszczało w swoich herbach stworzenia czy też przedmioty, które ściśle związane były z ich rodem i nazwiskiem i nie trudno było domyślić się skąd dany symbol się wziął. W przypadku Herondale’ów od razu nasuwało się pytanie – "Co pająk ma wspólnego z tą rodziną?"
- Większość nie wie, dlaczego w ich herbie znajduje się akurat podobizna pająka. Wiele jest historyjek na ten temat, część z nich została wypuszczona do informacji publicznej przez sam ród, ale niewiele z nich, chociaż w najmniejszym stopniu ma coś wspólnego z prawdą. Z tego, co słyszałem ród Herondale’ów niegdyś był rodem istot zmiennokształtnych… chyba nie muszę mówić, jaka postać przybierali. – Zrobiłam wielkie oczy. Nigdy nie przypuszczałabym, że maja coś wspólnego z Podziemiem. Sirius kontynuował: - Widzisz… mówiono, że gen zmiennokształtności przepadł, kiedy w rodzinie zaczęły pojawiać się hybrydy zmiennych i ludzi. Chodzą jednak plotki, że co i rusz w którymś pokoleniu ujawniają się moce, niestety na krótko, gdyż niewielu wie o dawnych dziejach rodziny, prześledziło własne drzewo genealogiczne na tyle uważnie by wiedzieć, jak jest naprawdę. Nasz drogi gospodarz jednak wszystko dobrze wie i zna się na tym fachu jak nikt inny…
- Chcesz przez to powiedzieć, że młody Herondale jest…
- … Zmiennokształtnym? Tak. I nie będę ukrywał, że Rada od dłuższego czasu ma na niego i jego ojca oko. Szczeniak wiele potrafi a nieodpowiednio wykorzystane zdolności mogą zaszkodzić zarówno nam jak i śmiertelnym. Tyle, że stary nie dopuszcza nas do synalka. Pilnuje go jak oczka w głowie byśmy przypadkiem nie wyrzucili mu z głowy wielkich ojcowskich idei i narzucanej od dziecka dyscypliny.
Zupełnie nie wiedziałam, co mam o tym wszystkim myśleć. Nie wątpiłam w ani jedno słowo zasłyszane od Inkwizytora… w końcu miał dostęp do akt, znał przebieg zebrań Rady, niekiedy nawet sam w nich uczestniczył. Nigdy nie słyszałam o tym, by gen nieśmiertelności objawiał się w niektórych pokoleniach. Zazwyczaj jak zanikał, to na zawsze bądź pojawiał się wtedy, kiedy do rodziny znów wkraczał jakiś nieśmiertelny. Ale żeby od tak?

***

3 lata później znów spotkał mnie zaszczyt uczestnictwa w organizowanym przez Herondale’ów przyjęciu. Tym razem okoliczności jednak nie należały do najprzyjemniejszych. Czarne suknie, żałobne treny i woalki, smutne oczy wdowy przysłonięte półprzeźroczystą siateczką opadającą spod wymyślnego kapelusza.
- Doprawdy to wielka strata – powiedział ktoś z tłumu podchodząc do pozornie pogrążonego w żałobie Francisa Herondale’a.
Wyglądał dziwnie. Na jego twarzy nie dostrzegałam smutku, ani gniewu, nie było na niej zupełnie nic. Stał u boku swej matki przyjmując kolejno kondolencje i nawet nie spoglądał w kierunku trumny powoli przenoszonej do rodzinnego grobowca.
„Opanowany i zdystansowany – pomyślałam – Zupełnie jak jego ojciec”.

***

Normalnie, jako powiernik większość czasu spędzałam poza murami Instytutu siedząc w papierach i co i rusz wysłuchując zażaleń nieśmiertelnych, którym starałam się na miarę swoich możliwości pomóc. Zdziwiłam się, kiedy Maccon wpadł do mojego gabinetu twierdząc, że musze koniecznie iść z nim wykonać pewne proste zadanie. Nie wiem, dlaczego wybrał akurat mnie zamiast zabrać ze sobą paru strażników bądź kogoś z głównych przedstawicieli, nie odmówiłam jednak, to była jedyna okazja, aby chociaż na chwilę oderwać się od codziennych spraw, jakimi nieustannie byłam obarczana.
Po niedługim czasie powóz dowiózł nas na miejsce. Było już całkiem ciemno a okolicę oświetlały jedynie słabe światła migoczących ulicznych latarni. Wszędzie czuć było specyficzny odór tego miejsca… „Whitechapel”. Nieco niechętnie i z ociąganiem opuściłam powóz i stanęłam naprzeciwko drzwi, zza których czuć było duszący zapach dymu.
- Gdzie my właściwie idziemy? – Zapytałam stojącego obok Siriusa.
- Do palarni opium.
Podszedł do drzwi chwytając ostrożnie za klamkę. Były otwarte… to się raczej nie zdarzało w takich miejscach. Zawsze ktoś pilnował wejścia, wpuszczał jedynie sprawdzone osoby, aby uniknąć interwencji władz, które mogłyby zamknąć cały biznes a jego właścicieli zabrać do miejsca nienależącego do najprzyjemniejszych. Wszedł do środka, wewnątrz było jeszcze ciemniej niż na zewnątrz. Ruszyłam za nim. Napotkaliśmy kolejne drzwi kończące przedsionek. Te również były otwarte i prowadziły do dużego pomieszczenia. Duszący dym był dosłownie wszędzie. W już w przedsionku śmierdziało i wolałam nie myśleć, co zastaniemy po drugiej stronie drzwi. Przycisnęłam chusteczkę do nosa a Sirius pchnął kolejne drzwi.
Pokój na pierwszy rzut oka był kompletnie pusty. Pogrążony w półmroku, oświetlony jedynie niewielką lampą jarzącą się na samym środku. Dopiero, gdy moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności dostrzegłam wszystko to, co skrywała ciemność. Wszędzie dookoła wisiały siatki utkane z czegoś w rodzaju pajęczyny, gdzieniegdzie ubarwionej szkarłatem…tym odcieniem szkarłatu, którego nie można pomylić z żadnym innym… Krew… Za specyficznymi kotarami leżały w dziwny sposób powykręcane ludzkie ciała. Otaczająca je posoka jeszcze nie zakrzepła. Widok był przerażający, a jeszcze bardziej przerażające było to, co dostrzegłam na środku pokoju…
Ta twarz… Ta piękna, idealna twarz. Delikatna, jasna skóra widoczna pod rozpiętą, poplamioną koszulą. Sposób, w jaki siedział na ciemnym szezlongu niewiele miał wspólnego z ta cudowną prezencją, jaką raczył gości w czasie balu, w którym uczestniczyłam. Siedział cały okryty dymem palcami delikatnie przeczesując włosy prostytutki leżącej na jego kolanach… martwej prostytutki.
- Dawno się nie widzieliśmy… Francisie. Ładnie się tu urządziłeś… tylko widzę, że ofiary ci się kończą.
Nie wiem, jakim cudem Maccon był w stanie uśmiechać się w takiej sytuacji. Ja patrzyłam na to wszystko przerażona, nie wiedząc czy mam stać czy uciekać. Cały czas zadawałam sobie pytanie, dlaczego on mnie tu zabrał? Prawdopodobnie, dlatego, że wiedziałam, wiedziałam o sekretach tej rodziny, wiedziałam o tym, kim może być ten chłopak. Może moje zdolności mogę się tu jakoś przydać?
- Ojciec zszedł i w końcu spuścił swojego wiernego pieska ze smyczy… ale chyba nie powiedział ci o ewentualnych skutkach twoich czynów. Wiesz, co grozi ci za masakrę, którą tu urządziłeś?
- Nie obchodzą mnie konsekwencje – odparł z uśmiechem pociągając kolejną otumaniającą porcję opium. – Poza tym nikt nie powiedział, że dam się tak łatwo.
- Nie przyszedłem tu żeby cię zabić – powiedział spokojnym tonem Sirius – Gdybym chciał to zrobić nie zabiegałbym ze sobą damy. Przyszedłem z propozycją.
Młodzieniec spojrzał na niego z zaciekawieniem. Widać po nim było, że nie chce konfliktów. Nie chce walki ani większej liczby problemów. Ale skoro nie chce problemów to dlaczego to zrobił? Czyżby stalowa dyscyplina ojca aż tak dała mu się we znaki, że kiedy tylko karcąca ręka zniknęła z pola widzenia postanowił robić wszystko to, czego zabraniano mu przez te wszystkie lata? Włóczyć się po spelunach, zakosztować rozkoszy od prostytutek, oszołomić się opium i wymordować pół East End’u przy użyciu posiadanych zdolności? To było chore…
- Ojciec zapewne mówił ci o Radzie Dziesięciu i Instytucie, ale wątpię by powiedział ci, ze od dawna mamy na ciebie oko. Prawdę powiedziawszy twój talent, wszystko to, co potrafisz bardzo by się nam przydało. Jeżeli zechcesz się do nas przyłączyć zapomnimy o tej sytuacji. Puścimy to w niepamięć, jeśli przyłączysz się do nas i będziesz skłonny wykonywać wszystkie nasze polecenia.
- A jeśli nie zechcę? – Zapytał, ale prawdopodobnie tylko po to, żeby wprowadzić pozorną niepewność.
- Wtedy potraktuję cię jak każdego innego śmiecia, który dopuścił się nadużycia… - Inkwizytor cały czas spoglądając na Francisa wyczekiwał jakiejkolwiek odpowiedzi. Cisza była bardzo niezręczna. - Jesteś młody, wiele jeszcze przed tobą, a my możemy zapewnić ci normalne życie nawet po tym, co się tu wydarzyło.
Chłopak jedynie skinął głową i dźwignął się z miejsca, kiedy Sirius podszedł do niego by upewnić się, że nie postanowi wykręcić jakiegoś niepożądanego numeru. Nie kłócił się, nie protestował, jedynie ze stoickim spokojem przyjął proponowane warunki i poddał się.

Kiedy byliśmy w Instytucie Maccon powiedział do mnie tylko jedną rzecz. Ona tłumaczyła wszystko, każdy gest i zachowanie chłopaka, jakiego dopiero, co zdążył odeskortować przed oblicze Rady.
- Ludzie, którzy szkoleni są od małego niczym myśliwskie pieski muszą zawsze mieć kogoś nad sobą, bo inaczej zaczną szaleć. Potrzebują karcącej ręki, która utrzyma ich w ryzach i będzie wydawać polecenia, bez których ich życie nie ma sensu…



Inne:
* Francis należy do Rady prawie od samego początku jej istnienia, przez co ma dostęp do wszystkich informacji, do których dostęp mają przedstawiciele.
* Jest perfekcjonistą.
* Nie znosi niesubordynacji.
* Drażnią go wygłupiający się i nadmiernie uśmiechający się ludzie, typowe lekkoduchy, którym nikt nigdy nie wpoił do głowy żadnych zasad postępowania i dyscypliny.
* Zachowuje się jak pracoholik.


Inne konta: Nate, Ginger, Teegan


Ale zjebałam zakończenie T.T Chociaż dobrze, że morał jako tako mi wyszedł, ale... cholera zjebałam... Zawsze muszę zjebać bo weny pod koniec braknie T.T
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Francis Herondale
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Nieśmiertelni ~ Kolebka Upadłych Aniołów :: Informacje :: Karty postaci :: Karty akceptowane-
Skocz do: