IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Pomost

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10
AutorWiadomość
Belzebub
Pożeracz dusz
avatar

Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Pomost   Pon Paź 07, 2013 4:05 pm

Och, na miłość piekielną, co za okropny dzień! Paskudny, zły, wszystko szło dokładnie tak, jak iść nie powinno. Wszystko zaczęło się od tego, że zdrowie pierdzielnął o stół w jakiejś ruderze prosto przed nosem Molocha, później brama zaczęła robić sobie żarty – bardzo nieśmieszne – a Lucjan to w ogóle, stał się nagle kawalarzem roku i rozkazał swojemu Pierwszemu Katu, by pilnował Belzebuba i mniej więcej chronił, czy tam coś. A kiedy w końcu udało mu się wydostać z tych kajdan, to wleciał prosto dokąd? Do jeziora, oczywiście!
Leżał na brzuchu, oddychając naprawdę szybko i przykładając sobie dłoń do czoła w bardzo teatralny sposób. Puścił walizkę w końcu, bo była poniekąd bezpieczna i leżała sobie na pomoście, trochę tylko mokra, ale zawartość była bezpieczna. I, co ważniejsze, nikt kto Belzebub nie był, nie miał prawa jej otwierać. Magia, wiadomo. Prąd może kopnąć, czy tam coś. Tego typu sztuczki.
I wtedy, kiedy to tak wspaniale rozkoszował się tym, że jego ciało spoczywa na powierzchni niemal lądowej, został… zepchnięty. Tak po prostu. Wrzasnął tylko, nim z głośnym pluskiem i całkiem sporawym rozbryzgiem wpadł do wody. Trochę jak taki pień albo kamień. Jeb i chlup, niemal na dno. Z tą drobną różnicą, że zaraz udało mu się wynurzyć – owszem, wciąż machał przy tym panicznie rękoma i nóżkami oraz, rzecz jasna, wydawał z siebie jakieś charczące głosy, ni to kaszel, ni to krzyk. W sumie najprawdopodobniej po prostu się biedaczysko zachłysnęło wodą z tego całego szoku i, spójrzmy prawdzie w oczy, strachu – i nawet uchwycić pomostu i wspiąć się na górę. Tym razem usiadł na deskach na klęczkach, opierając się nieco drżącymi rękoma o pomost i jednocześnie lustrował małą czarownicą idealnie zimnym i nieziemsko wręcz obojętnym wzrokiem tych swoich czerwonych, z deka świecących oczu. Jakby wcale tak naprawę dopiero co nie wrzeszczał panicznie i tak dalej. Odkaszlnął jeszcze kilka razy, wypluwając wodę.
Och, w tym miejscu należałoby zaznaczyć – Belzebub nie bał się bólu, chorób, owadów czy jeszcze czegoś innego. Bał się tylko jednej-jedynej rzeczy: dużych zbiorników wodnych. Jezior, basenów, mórz i oceanów. Odrzucały go i wydawały się przerażające. No i już. Dlatego w tej chwili miał tylko jeden plan: zabić tę małą wywłokę i wessać jej duszę za to, że ośmieliła się w ogóle go dotknąć. Noż do diabła, nikt nie ma prawa dotykać Wielkiego Belzebuba bez jego wyraźnego polecenia!
Już-już miał wstać… już przywołać swoją broń i roztrzaskać tej czarownicy kości… ale zamiast tego ponownie po prosto legł na deski, zasłaniając sobie twarz ręką.
- Cholera jasna – jęknął tylko, wolną dłonią zaciskając bardzo mocno na rączce walizki. Tak, dusze były cholernie ważne. Zlepione do siebie przezroczyste skrzydła opadły smętnie na lewy bok, a czarne włosy lepiły się i do twarzy i do rogów. Demon podniósł powoli głowę, łypiąc na to-to dziecko skrzącymi się oczami. – No co się tak na mnie gapisz? – prychnął, zapominając w tamtej chwili, że jest wiecznie ujmującym i uprzejmym Belzebubem, który do każdej sytuacji potrafi znaleźć odpowiednio zabawną anegdotkę czy właściwe słowa. No cóż, tym razem mu się nie udało. Zapewne miało to coś wspólnego z faktem, że po prostu nie lubił, jeśli takie zdarzenia dotyczyły właśnie jego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marcysia
Szamanka
avatar

Fabularnie : elegancik-panikarz na pomoście.
Liczba postów : 35
Join date : 24/02/2013
Age : 20
Skąd : nojachybaniefiędzie.

PisanieTemat: Re: Pomost   Pon Paź 07, 2013 7:16 pm

Dla kogo okropny, dla tego okropny. Mimo tego, że początkowo trochę głodowała, a na dodatek została wciągnięta do wody przez jakiegoś typa, nadal mogła z całym przekonaniem zaliczyć ten dzień do wyjątkowo udanych. Zwłaszcza, gdy wpatrywała się w leżącego na deskach niczym trup demona, który zaledwie chwilę później z krzykiem wpadł z powrotem do wody. Boże, ten obrazek był cudowny. Aż żałowała, że go w żaden sposób nie uwieczniła. Doprawdy, taka szkoda! Niemniej, cały czas miała ten widok przed oczyma. I za każdym razem kiedy go sobie wyobrażała miała ochotę wybuchnąć śmiechem. Z drugiej strony.. Hm. Równie dobrze mogłaby nie spychać go z pomostu tak od razu. Kiedy tak leżał na tych deskach też wyglądał... khm, ciekawie. Tak... całkiem przyjemnie, o. A ten jego wrzask? Najpiękniejsza istniejąca muzyka dla jej uszu. Zresztą, dobrze mu tak. Należało mu się. Trzeba było uważać, gdzie się spada, no i nie wciągać jej przy okazji do wody. Równie dobrze mógł przecież wylądować na pomoście. Był zaledwie kawałek dalej. Nie miała bladego pojęcia o tym, że cała sprawa wbrew pozorom wcale nie była taka prosta, a wszystko to przez jego nad wyraz kapryśną bramę. Szczerze mówiąc... pewnie nawet, gdyby wiedziała to niezbyt by się tym wszystkim przejęła. Już nie wspominając o tym, że na chwilę obecną raczej nie wyglądał na skłonnego do wyjaśnienia jej całego tego zajścia, a co dopiero na spowiadanie się z tego, jaka jest owa cenna zawartość walizek, które tak dzielnie tu ze sobą dotaszczył, pomimo niesprzyjających okoliczności.
Jego lodowate spojrzenie za cholerę jej natomiast nie ruszyło. Ani trochę. Stała tak, jak stała, zanim się odsunęła, żeby przypadkiem znowu nie zaciągnął jej do wody. Przy tym nadal szczerzyła się bezczelnie. A jej uśmiech poszerzał się z każdą chwilą, kiedy się tak w niego wpatrywała. Ba, miała ochotę wprost wybuchnąć śmiechem, widząc, jak nagle z paniki i wrzasków przeszedł do pełnego opanowania i spokoju. A i to, w jakim był obecnie stanie nieco psuło efekt. Sama wyglądała nieco lepiej od niego, mimo że również zaliczyła niechcianą kąpiel... Ale w jej przypadku miało to miejsce raz. Jeden, jedyny raz – nie więcej. A on miał tą (nie)przyjemność już po raz drugi, więc... nu.
Jakoś się powstrzymała.
Co za tragedia. Choć nieco zastanawiające, że skoro był taki wielki i w ogóle, nikt nie miał prawa go dotykać, jeśli nie uzyskał odeń takiego polecenia... A taka Cysia, chociaż nawet go nie znała, bezceremonialnie zrzuciła go z pomostu prosto do jeziora. Hm.
Wspominałam, że się powstrzymała, tak? W chwili, gdy podniósł się z desek, by zaraz z powrotem na nie paść - nie wytrzymała.
Zaniosła się cichym, stłumionym śmiechem, zasłaniając usta dłonią i aż musiała cofnąć się o krok, żeby nie stracić równowagi. Długą chwilę zajęło jej uspokojenie się, a kiedy już całkiem-całkiem jej się to udawało: znowu zaczęła, kiedy tylko jej spojrzenie na nim spoczęło. I dopiero, kiedy się opanowała można było stwierdzić, że całkowicie jej przeszło. Mimo to cały czas się uśmiechała.
Tak sobie. Bo mogę. – rzuciła beztrosko w odpowiedzi i wzruszyła ramionami, zupełnie nie przejmując się przy tym jego tonem. – Jesteś zabawny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz
avatar

Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Pomost   Pon Paź 07, 2013 8:14 pm

Ach, co za bezczelny uśmiech! Gdyby nie to, że Belzebub był w stanie takim, w jakim był… to zapewne już zdążyłby wybić tej dziewuszce takie bezczelne zachowanie. Albo, tak dla odmiany, jeszcze tylko by ją podjudzał do tego. Nieważne. To nie był normalny stan rzeczy, ani nawet zbyt bardzo normalna sytuacja. W końcu rzadko się jednak zdarza, żeby brama robiła mu aż takie numery, by wyrzucać go bezpośrednio nad wodą. Przy jeziorze, na pomoście, w szatni damskiej na basenie… owszem. Ale żeby tak bezpośrednio do wody? Nie, nigdy. Najwyraźniej te wszystkie problemy z nią nie były jakąś wyssaną z palca bajeczką, tylko najszczerszą prawdą. Och, co za szkoda.
Odchrząknął taktownie, kiedy tak beztrosko zanosiła się śmiechem i rozpoczął mozolny proces wznoszenia się. Rzecz jasna, najpierw przybrał swoją nieco bardziej ludzką formę – to jest skrzydełka mu wspaniale zniknęły, wchłonięte przez plecy czy coś (nawet sobie przy tym ubrań nie porwał, bo wszystkie były uszyte w ten sposób, by w odpowiednich miejscach miały otwory drobne), rogi również, szpiczaste zęby stały się idealnie prostokątne i proste, a czerwone oczy przestały z lekka świecić, tylko przybrały zwykłą, czerwonawą barwę, jakby nosił soczewki. W każdym razie – wyglądał o wiele bardziej ludzko. Wyprostował się dumnie i zgrabnie wykręcił włosy na pomost. Zdjął z siebie czarną marynarkę i ze zdegustowaniem rzucił ją na pomost. Do niczego się już nie nada. Rzecz jasna, walizka zgrabnie opierała się o jego nogę i ani myślał, by ją gdziekolwiek puszczać. Co to, to nie. Jedwab się łatwo niszczy pod wpływem zimnej wody… jaka szkoda, trzeba będzie wszystko wyrzucić. Westchnął ciężko, już całkowicie spokojny. Zerknął jeszcze pobieżnie na swoje paznokcie, czy się przypadkiem nie połamały i dopiero wtedy zerknął niedbale na małą czarownicę.
- Tak sądzisz? Ja uważam, że wolno mi dowolnie podróżować tam, gdzie tylko zechcę, ale zawsze znajdzie się cos, co jest w stanie utrzeć mi nosa i pokazać, że moje podróże tak naprawdę niewiele są warte i mogę wylądować nawet w jeziorze, jeśli moja zuchwałość będzie zbyt wielka – odpowiedział i również uśmiechnął się, lecz w jego wypadku był to przyjazny i odrobinę rozbawiony uśmiech. Jakby w tej chwili nawet jego bawiła ta przesadnie przerażona reakcja jego samego. – A ty, jak mniemam, jesteś zuchwała i bardzo lubisz się śmiać z innych, prawda, kotku? – zapytał i podniósł szybko swoją walizkę i przerzucił ją przez ramię. Druga dłoń wylądowała na jego biodrze, kiedy tak przyglądał się z góry tej dziewuszce. Miał teraz ogromną ochotę, żeby wskoczyć do wrót i prosto d piekła, by się przebrać i wysuszyć… ale kto wie, czy brama tym razem nie wyrzuci go w jakimś kościele czy kaplicy? Ach, gdzie jest ten cholerny Moloch…?
- I wybacz, proszę, moje nagłe wtargnięcie i przerwanie czasu twego wypoczynku, słonko. Zostało to spowodowane czynnikami absolutnie niezależnymi ode mnie i, wierz mi, nigdy w życiu nie chciałbym tak po prostu wpadać do jezior i wciągać niewinne duszyczki do wody, na zatracenie – dodał jeszcze, tym razem jego ton i mina wskazywały głębokie ubolewanie nad tym faktem. Westchnął ciężko i pokręcił powoli głową. Będzie musiał teraz wrócić do Londynu na piechotę? Jak właściwie daleko był? A może to było całkiem niedaleko, tylko na razie był zbyt zdezorientowany, żeby to zauważyć? Tak, najpewniej. Na pewno tak było, w końcu dziewuszka mówiła całkiem po angielsku z całkiem angielskim akcentem. Nie amerykańskim ,czy coś… angielskim. Nadzieja jeszcze istnieje!
- Jak masz na imię, kotku? – zapytał uprzejmym tonem i sam położył dłoń na swojej piersi w miejscu, gdzie powinno być serce i wykonał płytki ukłon. – Moje imię to Benjamin Sante – oznajmił spokojnie, bez najmniejszego zająknięcia. Nie miał czasu na wymyślanie czegoś kreatywnego. Wykorzystał to imię, którym ochrzcił (ha ha, ochrzcić demona) go Moloch i niecnie podkradł jego nazwisko. Na pewno nie będzie miał żadnego problemu z tym… na pewno.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marcysia
Szamanka
avatar

Fabularnie : elegancik-panikarz na pomoście.
Liczba postów : 35
Join date : 24/02/2013
Age : 20
Skąd : nojachybaniefiędzie.

PisanieTemat: Re: Pomost   Czw Paź 10, 2013 5:16 pm

Takie tam, marudzenie... Od razu, że bezczelny uśmiech. Może troszeczkę. Oj, to chyba dość naturalna sprawa, że po – dajmy na to – dobrze wykonanej robocie, jesteś zadowolony. A w jej przypadku ową dobrze wykonaną robotą było właśnie wrzucenie demona do jeziora. Natomiast swemu zadowoleniu dała upust przez uśmiech. Co tam, że ciut złośliwy, uśmiech to uśmiech, nie ma co się czepiać. No i przy tym wyśmiała go troszeczkę, kiedy tak w jednej chwili zwalił się na deski. A i tak naadal nie widziała w tym absolutnie niczego złego, niepoprawnego, ani w ogóle nic z tych rzeczy. W sumie, cały czas uprzykrzała innym życie i się przy tym tak wrednie szczerzyła, toteż poniekąd nie miała prawa widzieć w tym niczego złego, czy coś, więc... nie jej wina, nie jej wina! TO SPOŁECZEŃSTWO. Rodzice. Ich brak. To, że miała taki luz w domu, dopóki nie przychodziła, tudzież nie wpadała przez komin cała ubabrana sadzą, czy w ogóle brudna po prostu. Albo grzebała w Gabinecie i bawiła się ostrymi rzeczami.
Jej złośliwość nie była jej winą.
Absolutnie!
Całkiem już spokojna pochyliła się lekko ku niemu, z rękoma splecionymi na plecach. Nie śmiała się, nic. Teraz tylko dalej mu się przypatrywała, co go wcześniej tak irytowało, nadal się lekko uśmiechając. Nie tak szeroko jak wcześniej, nawet nie tak złośliwie, tylko ot tak, bo mogła. Z zaciekawieniem przyglądała mu się, kiedy jego skrzydła, rogi i cała reszta zła – zniknęły. Szkoda trochę, chociaż nie dało się ukryć, że wyglądał teraz bardziej... ludzko. Jak taki człowiek po przejściach. Khm. No dobrze, tak to ujmijmy. Wciąż jednak nie przestawało jej bawić to, jak się prezentował. Przemoczony, siedem nieszczęść, na dodatek wcześniej zdenerwowany, a teraz – stoi, dumnie wyprostowany i w ogóle, elegancja–Francja. Interesująca ta jego nagła zmiana. Przekrzywiła lekko główkę, nie odrywając od niego wzroku.
Łał, uśmiechnął się. Gdzie wyparowała cała ta jego złość, pytam?
Trochę to podejrzane było. Miała ochotę cofnąć się o kroczek, czy coś w tym stylu. To może być psychopata! Nie wiadomo, czego się po takim spodziewać, już nie wspominając o tym, że na pierwszy rzut oka widać, że to-to jakiś popapraniec nienormalny jest! No... teraz już może nie widać. Ale jarzące się ślepia, skrzydła i cała reszta to nie jest raczej arsenał, jakim może pochwalić się przeciętny człowiek...
Mhm – mruknęła niedbale w odpowiedzi na jego wywód. Nie, niezbyt ją to obchodziło. Takie coś z serii – ty sobie pogadaj, a ja postoję, posłucham, ale generalnie mam to w dupie. No, może i nawet nie było tak źle. Ale czemu miałaby się tym przejmować? Ba, czemu miałoby ją to w ogóle zainteresować? Nie znała go. Jego problemy, rozterki, czy inne zła w ogóle nie powinny jej ciekawić. – Czasem. Ale wiesz, niecodziennie mam okazję popatrzeć na panikującego elegancika, który spada prosto z nieba, by jebnąć o jezioro i zacząć wrzeszczeć, piszczeć, co tylko chcesz. – skwitowała, by uśmiechnąć się nieco szerzej na to wspomnienie. Tak, to było piękne. Nawet jego kotka zupełnie olała. Tak jakby go pominęła, nie zauważyła, czy coś.
Podniosła paczkę ciastek i wyprostowała się, przyciskając je do piersi. Wiadomo, ciastka rzecz najważniejsza. Nawet teraz ciamkała jedno z nich.
Wybaczam – oznajmiła, by wzruszyć ramionami obojętnie. Jak oficjalnie. Uroczo i w ogóle. Ale strasznie sztywno. Już chyba wolała, jak się irytował. – Marcysia - dodała po chwili. Bez żadnego "miło mi", czy tym podobnych. Na co to komu? Że niby tak kulturalnie? Ale przecież ona nie miała pojęcia, jakie miał intencje w stosunku do niej, nie wiedziała, że wcześniej planował połamać jej kości tą swoją włócznią, więc jak mogła ot tak stwierdzić, że jest jej miło? Przecież to bez sensu... No.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz
avatar

Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Pomost   Czw Paź 10, 2013 6:00 pm

Ach, no doprawdy… Belzebub był pewien, że ktoś w końcu wyświadczy światu przysługę i utemperuję tę małą szelmę. Ale, och nie, to nie miał być wcale on. Zdecydowanie nie. Z całą pewnością nie nadawał się do roli kogoś, kto nawraca. Był przecież demonem. I to jednym z tych, które spadły (a fakt, że wcale nie pamiętał upadku nie jest ani trochę istotny) prosto z Nieba na Jego rozkaz. Tak naprawdę guzik go obchodziła ta mała wiedźma, sytuacja czy cokolwiek. Jednak należałoby udawać, że jednak tak jest. Zwłaszcza że właśnie takie sposób bycia przybrał na przestrzeni… lat. Tysięcy lat. Poza tym, bycie beztroskim i podchodzącym do wszystkiego lekko Belzebubem było o wiele łatwiejsze i przynosiło znacznie większe profity. Ludzie lubią uprzejmość o wiele bardziej niż cynizm. Lubią też myśleć, że ci na nich zależy. Ciekawe, jak jest z tą małą… Mała Wiedźma. Ale jej postawa bezbłędnie wskazywała na to, że prędzej czy później wyrośnie na ludzi i może nawet będzie można spotkać ją maszerującą beztrosko po Piekle. Kto wie?
I kogo to obchodzi?
- Niecodziennie również masz okazję popatrzeć, jak ten sam elegancik-panikarz doznaje nagłej odmiany i przestaje być tak potulny i pozornie niegroźny, kocie – odpowiedział bardzo beztroskim tonem, wciąż wplatając w niego – jak zawsze zresztą – tę uprzejmościową nutkę. I nie, to jeszcze wcale nie była groźba. Władca Much wolał to nazywać delikatną perswazją do traktowania go z należytą powagą. Sęk tkwił w tym, że naprawdę mało kto pamiętał o tym – czy po prostu zdawał sobie sprawę z tego – że Belzebub wcale nie jest słaby czy bezużyteczny. Mimo wszystko, wizerunek potrafi zrobić naprawdę wiele.
Posłał małej wiedźmie swój najbardziej promienny uśmiech i przeniósł swoją dłoń z biodra na pierś i skłonił się jej lekko, jakby w ten dziwny sposób chciał okazać jej wdzięczność za ten… niewątpliwy akt łaski z je strony. Spojrzał bezpośrednio w jej ślepie – bo miała tylko jedno – a jego mina wciąż nie zmieniła się nawet o jotę. Najpierw zadawaj pytania, później atakuj. A może właśnie dzięki temu uda ci się otrzymać jakieś niezwykle cenne informacje, których nigdzie indziej nie uzyskasz? Może to będzie nawet coś, co będzie warte jej duszyczki? Taaak… bo, mimo wszystko, dusze miała całkiem śliczną. Jej przewinienia nie były zbyt wielkie, przynajmniej tak mu się wydawało. Mógłby ją zjeść. Ale po co, skoro może sią na razie pobawić?
- Jestem zobowiązany! – odparł i zaraz się wyprostował, znowu łypiąc na nią z wielkim zainteresowaniem. – Ach, Marcysia. Słonko, nie powinnaś być czasem gdzieś indziej? Na przykład w Kolebce? – zapytał wciąż bardzo lekkim i niby niezobowiązującym do niczego tonem. Chciał po prostu tym razem się dowiedzieć, czy jest daleko od Londynu. Zawsze dziewuszka mogła próbować kłamać, czy się wykręcać (ha ha, może nawet byłaby skłonna pomyśleć, że jest jednym z tych sztywniaków z Instytutu? No, całkiem możliwe), ale i tak by to rozgryzł. Ostatecznie sam był kłamcą i przewrotnym oszustem. A teraz to nawet podpowiadał mu niezawodny instynkt, że ma do czynienia z rosnącym talentem do przerabiania prawdy na swoją korzyść.
Ano właśnie – nie wiedziała. Póki co nie zanosiło się też na to, by próbował to zrobić. Była mała i wredną, zapewne również szalenie kłamliwa. Po co niszczyć kogoś, kto może okazać się… całkiem dobrą inwestycją?


Ostatnio zmieniony przez Belzebub dnia Pon Paź 14, 2013 11:42 am, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marcysia
Szamanka
avatar

Fabularnie : elegancik-panikarz na pomoście.
Liczba postów : 35
Join date : 24/02/2013
Age : 20
Skąd : nojachybaniefiędzie.

PisanieTemat: Re: Pomost   Nie Paź 13, 2013 10:47 pm

Ktokolwiek miałby podjąć się próby utemperowania czarownicy, niewątpliwie musiałby się przy tym wprost niebywale natrudzić. Nie, żeby to było niemożliwe. Skąd, było całkiem możliwe, a nawet prawdopodobne, że gdzieś, kiedyś znajdzie się w końcu ktoś, kto się za to zabierze i może nawet mu się uda. Tylko, że póki co – brak chętnych. A jeśli nawet jacyś są, to zupełnie im nie wychodzi. Cóż, takie życie, jej to zupełnie nie przeszkadzało i dalej sobie z szerokim uśmiechem na twarzy gnębiła innych i uprzykrzała im życie na wszelkie znane sobie sposoby. A jak robiło się nudno, to wymyślała inne, a co się będzie ograniczać! I tak długo, jak nikt jej w tym nie przeszkadzał – tudzież nieudolnie starał się to robić – nie zamierzała przestać. To była dla niej zbyt dobra zabawa. Istnieje jakaś lepsza rozrywka? Przecież ludzie – nieludzie zresztą też – tak cudownie się denerwowali. Taki Yve. Ogólnie był całkiem pogodny, uśmiechnięty, pełen optymizm no i wszystko pięknie. To, że było to co najmniej dość nietypowe zachowanie biorąc pod uwagę to, czym się parał... to już zupełnie inna sprawa. W każdym razie... Przy jego nastawieniu do świata i ludzi trudno było jako–tako wyprowadzić go z równowagi. A tu patrz, pojawia się takie Cysiadło i w sumie nie robi niczego takiego, ale i tak go denerwuje i męczy. Bawiło ją to nawet bardziej niż w przypadku, kiedy miała do czynienia z osobą, którą nadzwyczaj łatwo zirytować. Im więcej zachodu, tym większa satysfakcja z uzyskanych efektów.
Mhm, niecodziennie. Tak jakoś wyszło. Rzadko mam, niestety, do czynienia z takimi typami. Cóż – po tonie jej głosu sądzić  by można, że niezwykle nad tym faktem ubolewa. Inna sprawa, że wyraz jej twarzy, jak i jej postawa stanowczo temu zaprzeczały. Jego delikatna perswazja, o ile do niej dotarła, zupełnie nie wywarła na niej odpowiedniego wrażenia. Trudno traktować z należytą powagą kogoś takiego, kiedy cały czas ma się zakodowany w głowie ten moment, kiedy wrzeszczał, piszczał i taplał się w wodzie. Zwłaszcza nie mając pojęcia, że owy ktoś może być całkiem niebezpieczny.
Uśmiech zszedł z jej buźki. Nie lubiła się szczerzyć na dłuższą metę nie mając ku temu żadnych powodów, a przywoływane co chwila wspomnienie sceny, która miała miejsce moment temu przestało bawić ją tak bardzo, jak wcześniej. Stała, zerkała na niego odrobinę podejrzliwie, ciamkała – ot, nic więcej.
Zachowywał się strasznie uprzejmie, o ile można to tak nazwać. A ona nie była przyzwyczajona do czegoś takiego i z tego tytułu w jej oczach było to dość... dziwne. I to tak delikatnie rzecz ujmując. Bardzo delikatnie.
Nie. Nie powinnam – odparła sucho, zupełnie nie wdając się w szczegóły. Nawet nie skłamała, patrzcie państwo! Nowość. Może i powinna, w końcu stamtąd zbiegła, ona jednak miała na ten temat zupełnie inne zdanie i w ten sposób taka, a nie inna odpowiedź była dla niej całkowicie szczera. Mimo, że nie zamierzała bardziej się rozwodzić. Na litość, trafiła na jakiegoś dziwacznego panikarza, który spadł do jeziora prosto z nieba, a jeszcze przed chwilą miał skrzydła, rogi i cały ten bajzel. Nie bawimy się w telefon zaufania. Przecież nawet nie znała jego imienia!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Pożeracz dusz
avatar

Fabularnie : Szlaja się razem ze swoim kochanym Cieniem ♥
Liczba postów : 136
Join date : 14/06/2013

PisanieTemat: Re: Pomost   Czw Sty 16, 2014 4:43 pm

No, ale jak to mówią: każdy klucz swój zamek ma. Nawet taką Cyśkę dało się utemperować i postawić do pionu, by była przykładem dobrej i godnej postawy czysto społeczno-obywatelskiej. Ale tutaj pojawiało się takie pytanie: po co? Mości pan Belzebub naprawdę widział – już teraz – w tych jej złośliwościach i aroganckim tonem potencjał. Potencjał do siania chaosu. Nie jakiegoś tam… wysublimowanego i subtelnego (jak on sam miał to w zwyczaju), ale takiego absolutnie pełną parą, kompletnie jawnie. Gdyby tylko jeszcze udało się pozbawić ją sumienia, to ta malutka dziewczynka byłaby takim ślicznym potworem, że aż miłym sercu. Ale wciąż była tylko dzieckiem, a Władca Much nie miałby cierpliwości (i zapewne czasu), by bawić się w wychowywanie nowego pokolenia łajdaków i im podobnych. Przecież był zapracowanym jak diabli – ha ha – demonem!
Belzebub uśmiechnął się tylko uprzejmie, dokładnie tak samo jak wcześniej. Trudno. Pierwsze wrażenie robi się tylko raz, a tym razem absolutnie mu to nie wyszło. Mógłby ją zastraszyć – co zapewne przyniosłoby najlepsze i najszybsze efekty – albo próbować przekonać słowami – co, przynajmniej na razie, nie przyniosłoby niczego – lub czynami. Ale z drugiej strony… kim niby miałaby być taka mała dziewczynka, by starać się pokazać jej swoją potęgę i moc? Dla kogoś takiego mógł być  i panikarzem czy idiotą, a to nie miałoby większego znaczenia.
- Tym lepiej. Rutyna zabija równie skutecznie co seria karabinowa – odpowiedział lekko. – Tym bardziej, że tak naprawdę nigdy nie masz pojęcia, na co trafiłaś, skarbie.
Ohoho, przestała się uśmiechać. W przeciwieństwie do Belzebuba, który przez cały czas teraz uśmiechał się na przemian uprzejmie i z delikatnym zainteresowaniem, kiedy coś mówiła. Ot, przywykł do pokazywania się ludziom i nie-ludziom z jak najlepszej i jak najmniej pozornej strony. Zgrywanie uprzejmego idioty było o wiele łatwiejsze, pozwalało działać spokojnie i zza kulis. Mało kto brał Władcę Much poważnie, tak całkowicie i taka Cysia wcale nie była wyjątkiem, nawet jeśli było to spowodowane faktem, że spotkali się w takich, a nie innych okolicznościach. Przecież to był Belzebub – piekielny piesek salonowy, który nigdy nie brudzi sobie rączek brudną robotą, bo jeszcze złamałby mu się paznokieć czy skórka na paluszku zdarła. Utarty wizerunek, nie ma co.
- Aaaach tak? – zapytał już z deka prześmiewczo, przekrzywiając głowę w lewo. Przyłożył przy tym wskazujący palec do dolnej wargi i zmarszczył brwi, jakby głęboko się nad tym zastanawiał. – Widzisz, skarbie, wydaje mi się, że każdy nieśmiertelny powinien przebywać w obrębie Kolebki, nie licząc drobnych wyjątków, takich jak jej Zarząd chociażby. Nie wydaje mi się, byś była jego członkiem. Co więc robisz tak daleko od swojego schronienia, hm? Uciekłaś, wymknęłaś się niepostrzeżenie z nadzieją, że nikt tego nie zauważy? – dopytywał i westchnął ciężko, kręcąc powoli głową. Był ciekaw, czy nabierze się na tę sztuczkę. Ot, chciał po prostu wiedzieć, czy naprawdę stamtąd uciekła – co by znaczyło, że Instytut nie radzi sobie najlepiej z pilnowaniem swoich najdroższych podopiecznych – czy może wybrała się na spacer, powiadamiając o tym kogo trzeba i tak dalej. Przecież nie miał pewności, nigdy. A skoro brama i tak wyrzuciła go właśnie w takim miejscu, a nie w innym… wypadałoby jakoś się tym pobawić. Lecz nie takim kosztem, on nie pozwoli sobie, żeby jakaś byle gówniara go obrażała.
Zmienił zdanie. To trzeba było Belzebubowi przyznać - był zmienny jak kobieta. W jednej chwili przyjazny, a w następnej rzucał się z pazurami do gardła. Teraz nie było inaczej, prawdę mówiąc, to demon nawet nie wysilił się, by wymyślić jakąś wyrafinowaną śmierć dla małej wiedźmy. Jakby robił to każdego innego, złapał ją za gardło, przymykając z rozkoszą oczy, gdy palce zacisnęły się na jasnej skórze. Bez większego problemu uniósł dziewczynkę w górę, nie zwracając uwagi na jej wierzganie i to, że wbijała paznokcie w jego śliczne, jasne dłonie. wzmacniał tylko uścisk na jej gardle, czując, jak panicznie próbuje złapać powietrze do płuc. Przyglądał się z lekkim uśmiechem na posiniałą już z braku powietrza buźkę i dopiero kiedy znieruchomiała, bez zainteresowania rzucił zwłoki na pomost. Sięgnął do swojej walizki i wyciągnął z niej pustą butelkę, którą zaraz przytknął do ust małej wiedźmy. Jaka szkoda, nigdy nie trafi do nieba. Ani do piekła. Tylko do żołądka Belzebuba, biedactwo.
Wziął ciało na ręce i zarzucił sobie na ramię, po czym otworzył wrota do piekła i w nich zniknął.

zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Pomost   

Powrót do góry Go down
 
Pomost
Powrót do góry 
Strona 10 z 10Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Nieśmiertelni ~ Kolebka Upadłych Aniołów :: Reszta Anglii i nie tylko :: Jeziora-
Skocz do: