IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Tellister Sorin Blight

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Blight
Niszczyciel
avatar

Liczba postów : 1
Join date : 24/04/2014

PisanieTemat: Tellister Sorin Blight   Sro Maj 07, 2014 5:47 pm

– „Po co mam mówić ci jak się nazywam? Prowadzisz spis wszystkich swoich zabójców?” –
Bestia z piekła rodem, Trębacz Apokalipsy, Zwiastun Zagłady, Katastrofa. To tylko kilka spośród tytułów, którymi może się poszczycić. Osobiście najbardziej podoba mu się Katastrofa, ale większości osób, którym dane jest go poznać, przedstawia się jako Tellister Sorin Blight. Dlaczego tak? Sam tego już nie pamięta, prawdopodobnie otrzymał takie przy powstaniu. Jego pełne imię to pewien rodzaj zagadki, związanej z inicjałami. Nie, dla odkrywcy nie ma żadnej nagrody, chyba że w postaci rozruszonych neuronów, ale odbiegam od tematu…

– „Istniałem, zanim pojawił się człowiek, zanim splugawił swoją stopą Eden” –

Faktycznie, najmłodszy, to on nie jest. Nie lubi jednak określenia: „stary”. O wiele lepszym sposobem zwracania się do niego jest per: „Pradawny”. Ciężko jest policzyć wszystkie jego lata, więc powinien wystarczyć przybliżony czas powstania. A było to w nocy z trzeciego na czwarty dzień stworzenia świata. Kiedy już „ukazała się powierzchnia sucha”, a żadne ciała niebieskie jeszcze nie „panowały nad dniem i nocą”. Jako istota nadnaturalna nie starzeje się w sposób widoczny, co sprawia, że wygląda na dwadzieścia pięć lat.

– „Nudzisz mnie, śmiertelniku. Potrafisz myśleć tylko o jednym” –

Jak określić jego orientację? Może aseksualny? W końcu w ogóle się nie orientuje w tych sprawach, pomimo tylu lat na karku. Albo jednak… hetero? W końcu panowie… nie.  Jest przeklętym demonem, ale ta sfera kuszenia grzeszników, czy też zaspokajania własnych przyjemności nie pociąga go w sposób szczególny. Ostatecznie, niech będzie: „hetero, ale z nikim jeszcze mu się nie chciało” i lepiej nie poruszać już tego tematu.

– „Ósmy krąg piekieł. Coś ci to mówi, robaku?” –

Co tu dużo mówić. Pochodzi z najczarniejszej otchłani piekieł, z miejsca do którego zsyła się tylko największych grzeszników, ewentualnie jeszcze tych, którzy mają zasilać kotły z siarką, napędzające całą tę torturującą infrastrukturę z niższych pięter. Mroku jest tam tak dużo, że zaczyna się krystalizować na podłodze, tworząc nadnaturalne formy jaskiniowe takie jak stalaktyty i stalagmity. Rzeki płonącej magmy, dym gryzący oczy, karykaturalne odbicie Ziemi. Taki obraz można tam zobaczyć. Ten krąg jest przeznaczony głównie do hodowli potężniejszych demonów.

– „Jesteś naprawdę tak głupi, że musisz mnie o to pytać?” –

Blight, lub, jak kto woli, Katastrofa, jest demonem. Wielkim wrogiem Kościoła i Inkwizycji, która, nawiasem mówiąc, sama w sobie także nie była zbyt święta. Takim, godnym „najwyższej kary i potępienia”. Jak widać, nic sobie z tego potępienia nie robi, a wręcz przeciwnie, czerpie z niego profity.

– „Co za piękny świat… Byłoby szkoda, gdyby miał wkrótce umrzeć …” –

    Drżyjcie śmiertelnicy, przed wami Zwiastun Zagłady! Nie jest to jednak jego funkcja, a przynajmniej, nie do końca. Strasznie musiałby się nudzić przez wieczność, jeśli zostałby stworzony tylko do zwiastowania końca świata. Tak naprawdę, Katastrofa to bardzo potężny Niszczyciel, jak sama nazwa wskazuje. Ten demon przewijał się przez całą historię ludzkości, zjawiając się zawsze tam, gdzie wielu ludzi miało stracić życie. A może wielu ludzi traciło życie, bo on tam się zjawiał? To trochę tak, jak ze samospełniającą się przepowiednią. W każdym razie, w każdej większej wojnie brał udział, chociaż przez chwilę. Jego ulubionym okresem, były krucjaty i Wojny Światowe. Dlaczego krucjaty? Cóż jest przyjemniejszego, dla demona jego rangi, niż zastępy dusz ustawiających się w kolejce do piekła, które na dodatek uważają, że trafią do nieba. Katastrofa im pomagał, zabijając wszystkich, zanim mieli szansę się opamiętać. Jego ulubionym cytatem stały się słowa jakiegoś króla, ale nie zaprzątał sobie głowy zapamiętywaniem którego. Brzmiały one: „Zabijcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich.” Oczywistym jest przecież, że poganie, których nawraca się siłą, odpowiedzą dobrym słowem i modlitwą, zamiast mieczem. Tak więc, krzyżowcy oraz ich ofiary bardzo obficie zasilali szeregi przemienionych lub zwyczajnych potępieńców.
     Trzeba jednak uściślić, że nie jest on zwykłym, bezmyślnym siepaczem Piekła. Często był wykorzystywany do zadań wymagających więcej finezji niż zabicie połowy miasta. Chociażby to to by przechwycić posłańca inkwizycji, w gęstym mieście, pełnym krętych ulic. Zatrzeć ślady jego poprzednich wybryków, na przykład podkładając fałszywe dowody na ludzkich terrorystów. Włamać się gdzieś nie pozostawiając śladów tak, by nie dać inkwizycji powodów do węszenia demonicznego spisku. Wydostać ważne dokumenty z klasztoru.

– „Głupcze! Moja moc jest potężniejsza niż twoje modlitwy!” –

Blight jest najpotężniejszym spośród piekielnych Niszczycieli, a celem jego egzystencji zawsze była jest i będzie walka z siłami anielskich Zastępów i ich ziemskimi sługami. By dobrze spełniał swą posługę, jego nadnaturalne zdolności przybrały określoną formę, której zażyczył sobie Mroczny Pan. Na przestrzeni wieków stał się jego ulubioną zabawką, jednak do końca nigdy nie został oswojony. Jest niczym ogień, który został ujarzmiony i potulnie ogrzewa ludzkie domy, lecz, gdy nadejdzie czas, może wyrwać się spod kontroli i ogarnąć cały świat. Lucyfer wie o tym i bardzo jest z tego zadowolony. Katastrofa nie powinna być przewidywalna i łatwa do okiełznania. Nie byłoby z niej wtedy pożytku, przestałaby wywoływać panikę i chaos, straciłaby sens i rację bytu. Dlatego też Blight posiada wolną rękę we wszystkich zadaniach zleconych mu przez Piekło, o ile cele zostaną wykonane.
     Przeklęta krew: Katastrofa został naznaczony przez samego Lucyfera, jako jedyny demon potrafiący przełamać świętą barierę wokół kościołów. Jest wybrańcem, którego zadaniem jest sianie zamętu wśród sprawiedliwych nawet w miejscu, gdzie czują się bezpiecznie. Blight otrzymał moc, dzięki której może otworzyć przejście do świętych miejsc dla innych potępieńców. Aby trwale je zbezcześcić musi własną krwią namalować pentagram zamknięty w kole, otoczony często przez inne symbole piekieł. Ten rytuał wymaga wyjątkowego skupienia i dlatego trwa długo, a tym dłużej, im większa była moc poświęcenia. Jest w stanie rozproszyć się tylko na tyle ile wymaga uniknięcie zagrożenia. Stara się jednak nie przerywać rytuału, staje się przez to bardzo drażliwy. Podczas inkantacji ujawnia się jego prawdziwa natura, którą mogą zobaczyć tylko ludzie obdarzeni Wzrokiem a także każdy kapłan, czy zakonnik. Jeśli błogosławiący był wysoko postawiony w hierarchii kościoła, Blight podczas rytuału przybiera swą prawdziwą formę. Aby go przprowadzić musi jednak wejść, co nie jest najprzyjemniejszym doznaniem. Powoduje to ból, jak gdyby w rany po biczowaniu wcierano sól i zalewano spirytusem. Potrafi jednak wytrzymać go wystarczająco długo, by zacząć rytuał, a wtedy zaczyna go ignorować, skupiając się całkowicie na zadaniu. [wytrzymuje w świętym miejscu 5 postów + czas rytuału;  bezczeszczenie wody, krzyża lub terenu poświęconego przez księdza zabiera 1 post, biskupa – 2 posty – kardynała – 3 posty, arcybiskupa – 4 posty, papieża – 5 postów i zużywa odpowiednio dużo krwi]

„A siedmiu aniołów,
mających siedem trąb,
przygotowało się,
aby zatrąbić.

Pierwszy zatrąbił.
A powstały grad i ogień – pomieszane z krwią,
I spadły na ziemię.
A spłonęła trzecia część ziemi
I spłonęła trzecia część drzew,
I spłonęła wszystka trawa zielona.”
     Apokalipsa św. Jana zawiera kilka nieścisłości, a mianowicie, połowa aniołów-trębaczy, to piekielne demony, które także zechciały przyłączyć się do spustoszenia. Blight jest właśnie jednym z nich, a dokładnie, pierwszym i to do niego należy moc wywoływania ogni piekielnych, ale z ziemi, nie z nieba. W miejscu, które wyznaczy, pojawiają się pęknięcia, z których wytryskają kolumny ognia, niszczące wszystko, czego dosięgną. Nic nie jest w stanie go ugasić i nie pomaga odcięcie go od tlenu. Po pewnym czasie pęknięcia zrastają się, a płomienie gasną, gdy moc się wyczerpuje. Dawno temu, gdy świat był jeszcze młody, Blight był w stanie zniszczyć całe miasto za jednym zamachem, co też stało się w przypadku Sodomy i Gomory. Wszyscy mieszkańcy byli już doszczętnie zepsuci, więc nikogo więcej nie byliby w stanie sprowadzić na złą drogę. Lucyfer przychylił się do jego prośby i zezwolił na pacyfikację tej okolicy. Później, wraz ze starzeniem się świata, większa część mocy przechodziła w uśpienie, więc niszcząc Rzym, za panowania Nerona, nie spalił go całego. Teraz, ogień piekielny trochę się wyczerpał, ale wciąż może narobić wielkich szkód.  
     [do 5 metrów średnicy: ogień trwa 2 posty potem 3 posty przerwy, do 10 metrów: trwa 3 posty potem 5 postów przerwy; za każde dodatkowe 5 metrów średnicy + 3 posty przerwy].
     Eksplozje… Katastrofa uwielbia eksplozje. Wielkie kule ognia burzące ustalony przez człowieka ład. Są niczym apostołowie zniszczenia, które przyjdzie prędzej, czy później. A skoro zniszczenia, to również i Katastrofy, który przecież zawsze je poprzedza. Blight nauczył się wywoływać samoczynne eksplozje, które niestety mają tę wadę, że, dopóki nie zostaną podparte czymś łatwopalnym, nie osiągną oszałamiających rozmiarów. Bez źródła zasilania, zasięg w najlepszym wypadku może wynieść 5 metrów. Ta moc nie jest idealna i posiada również inne ograniczenia. Katastrofa nie może wywołać eksplozji, jeśli między nim, a centrum reakcji pojawi się więcej niż jedna ściana, bądź ta jedyna jest za gruba, jak w przypadku ścian zewnętrznych budynku. Nie jest perfekcyjna, ale uwielbia jej używać, szczególnie do zapędzania duszyczek do piekła. Preferuje te nie za brudne, bo doszczętnie zniszczone mogą się bardziej przydać szerząc zło na Ziemi i nie za czyste, bo po co tworzyć więcej męczenników? Zwykłe dusze są idealne, bo ludzie nie są świadomi, że to co robią wystarczy, by trafili do krainy wiecznego potępienia. By wywołać eksplozję nie musi używać żadnych gestów, ani wypowiadać słów. Wystarczy, że wzbudzi w sobie chęć i sformułuje myśl, jednocześnie patrząc w tamtym kierunku. [2 razy na 5 postów, potem 3 posty przerwy]
   Ponadto, jak każdy szanujący się demon potrafi latać, świetnie orientuje się w terenie oraz, co oczywiste, jest o wiele silniejszy niż zwykły człowiek.

– „A więc twierdzisz, że nie mogę użyć tutaj swoich mocy… Nie potrzebuję ich, by cię zabić.” –

Co potrafi Katastrofa? Niszczyć. To takie oczywiste... A teraz na poważnie. Dzięki wiekom wolnego czasu w sposób mistrzowski opanował władanie bronią sieczną, długą i krótką, spośród której preferuje pałasze. W przypadku noży uczył się również celnego rzucania. Z ciekawości, kiedy przebywał w Paryżu, uczęszczał na wykłady Marii Skłodowskiej-Curie, skąd wyniósł sporo wiedzy teoretycznej i praktycznej. Potrafi sporządzić ładunki wybuchowe, które w niczym nie będą ustępowały tym wykonanym przez fachowców w profesjonalnych laboratoriach.  To w końcu jedna z jego dziedzin ekspertyzy, katastrofalne ego nie zniosłoby faktu, że ktoś mógłby okazać się w niej lepszy. Poza tym, przydają się, gdy zapłon musi być opóźniony. Albo, kiedy musi zmylić inkwizycję. Ale by to nastąpiło, trzeba zaimplantować je gdzieś w ukryciu, dlatego nauczył się poruszać bardzo cicho i otwierać zamki wytrychami, nawet tymi zrobionymi ze spinki do włosów. Nie włamie się wszędzie, ale większość miejsc jest dla niego łatwo dostępna dzięki tym zdolnościom. Potrafi także w sposób płynny władać europejskimi językami, jako że na przestrzeni wieków było mu to potrzebne do kamuflażu. Jest przyzwyczajony do długotrwałej obserwacji i analizy zachowania dowolnej istoty humanoidalnej. W trudnych warunkach nauczył się opatrywać rany, ale bez chirurgicznej precyzji. Nie przeprowadzi skomplikowanej operacji, za to jest w stanie opanować krwotoki i złamania. Potrafi również tańczyć, choć to dziwna umiejętność, jak na niego.

– „Czyż on nie jest piękny? Wystarczy tylko jeden ruch, by skrócić cię o głowę.” –

Pałasz. Jego ukochany, ociekający posoką niewinnych pałasz. Wykuty w najgłębszych ogniach piekielnych przez demonicznych kowali, mistrzów w swoim fachu. Hartowany we krwi niewinnych dzieci i łzach czystych dziewic. Uwięziono w nim dusze całej kohorty potępieńców, by siał zniszczenie we wszystkich rogach Ziemi. To jego ostrze powaliło Karola Wielkiego i Rolanda, najzagorzalszych obrońców ziem chrześcijańskich. Tak przynajmniej głoszą legendy. W rzeczywistości pałasz ten jest zwyczajny i stosunkowo często wymieniany. Poza tym, że każdorazowo nowa broń powstaje ze specjalnej stali, sześciokrotnie przeklętej przez demoniczne książęta. Dlaczego sześciokrotnie? Zgadnijcie… Dlaczego przeklętej? To, w pewien sposób, piekielne błogosławieństwo. W teorii taka broń powinna mieć jakieś charakterystyczne właściwości, ale w praktyce po prostu dodaje tajemniczości i pasuje do mrocznej legendy. Wygląda zwyczajnie, ale wprawne oko może zauważyć, że został wykonany z niezwykłym kunsztem. Kosz osłaniający dłoń ma tylko barwę srebra, za to grzbiet klingi jest faktycznie srebrny. Dlaczego? Na wszelki wypadek, gdyby jakiś młody wampir postanowił się popisać albo Blight sam nadepnąłby tym starszym na odcisk. Niestety, nowoczesne prawo nie zezwala na noszenie broni. Przestrzeganie go jest niewygodne, ale ile kłopotów sprawiłby wysłannikom Piekła przez taką wpadkę. Dlatego na co dzień nosi przy sobie żelazny kastet i skalpel.

– „Jesteś ślepy i głupi. Nie wszystko na świecie można zaobserwować małymi ludzkimi oczyma.” –

Wreszcie Katastrofa zostanie przedstawiony wam tak, jak tego oczekiwaliście. Jest wysokim mężczyzną, o rozwiniętej muskulaturze, acz nie rzucającej się w oczy. Jego włosy o barwie przybrudzonej bieli, długie do ramion, częściowo przysłaniają jego czarne oczy, które wyglądają jak dwie otchłanie piekielne… To znaczy, jeśli ktoś ujrzy prawdziwe oblicze Katastrofy. Dla postronnych są one po prostu czarne i wesołe. Ręce ma silne, choć chude, zakończone dłoniami o długich palcach. Cała jego postać jest chuda, choć nie waży wcale tak mało. W przybliżeniu 70 kilogramów. Jego cera przywodzi na myśl kogoś przerażonego (lub martwego), gdyż wygląda, jakby krew w ogóle w nim nie krążyła. To często wprowadzało w błąd inkwizytorów, którzy, dla własnej zguby, próbowali zniewolić go za pomocą srebra, sądząc, że właśnie spotkali potężnego wampira. Na twarzy ma dwie symetryczne blizny, zaczynające się na kościach policzkowych i ciągnące się od połowy długości oka, aż do uszu. Jest to pamiątka po nieco lekkomyślnym potraktowaniu pewnego klasztoru i  hiszpańskich kardynałów-inkwizytorów, którym , dzięki jego nieostrożności, udało się uwięzić go na miesiąc w katakumbach pod klasztorem. Przed ucieczką powstrzymywały go łańcuchy z błogosławionego srebra, które odcisnęły swoje ślady na jego brzuchu aż do dziś. Na oczach miał wtedy opaskę obramowaną tym samym materiałem, z którego były wykonane pęta. Uciekł, dzięki pomocy przyjaciółki, ale blizny pozostały.  Kiedy się uśmiecha, można zobaczyć dwa rzędy ostrych białych zębów ułożonych w równym szeregu. Jego język jest dwukrotnie dłuższy od ludzkiego, czasami można go zobaczyć, kiedy Katastrofa zlizuje krew ze swojej broni.
Najczęściej nosi na sobie czarne bojówki z kieszeniami, czarne glany, czarną lub szarą koszulkę z krótkim rękawem oraz skórzaną kamizelkę.
Czarna bestia o dwumetrowym wzroście z mięśniami mocnymi twardymi jak stalowe liny. Zęby ostre i długie niczym sztylety, ukryte w ustach zdolnych rozciągnąć się od ucha do ucha, z których wysuwa się język dwukrotnie dłuższy od ludzkiego, tęskniący za smakiem ludzkiej krwi. Paznokcie zmienione w szpony zdolne rozszarpać człowieka. Czyste szaleństwo i zapiekła nienawiść bijące z jego czerwonych oczu. Okazałe rogi, dumnie prezentujące się znad czoła. Czarna, matowa plątanina włosów okalająca jego twarz, wykrzywioną w psychopatycznym uśmiechu. Perfekcyjnie wyrzeźbione ciało pozbawione zarostu, ponaznaczane wieloma bliznami. Gorąca w dotyku skóra i parząca krew. Wielkie, czarne, skórzaste skrzydła niczym u gigantycznego nietoperza rzucające cień na całą okolicę. Tak naprawdę wygląda ten, który tytułuje się Zwiastunem Zagłady.

– „Otchłań. Chciałeś wiedzieć co mam w środku. Pozwól, że teraz zmuszę cię do rewanżu…” –

Pomimo tego, czego można się spodziewać po usłyszeniu historii o nim, Blight potrafi być spokojny i opanowany aż do przesady, jeśli wymaga tego sytuacja. Nie jest zbyt wylewny, ale, jeśli ma dobry humor, potrafi się nawet uśmiechać. Z natury pełny jest pogardy dla ludzkich śmieci chodzących po ziemi z powodu ich głupoty, czasami musi jednak przyznać, że bywają przydatni. Często bywa okrutny dla tych, którzy w jakiś sposób narazili się na jego gniew. Często ma ochotę skrzywdzić tych, którzy nawet nie wiedzą o jego istnieniu. Powstrzymuje się jednak, gdyż wie, że w każdej chwili może być wezwany do kolejnego zadania, a jego mały wypad zostanie odnotowany. Gwałtowna żądza krwi, która nim targa, jest zaspokajana tylko wtedy, gdy Piekło wskaże mu kolejny cel, co często powoduje jego frustracje. Tłumi ją jednak dość dokładnie, lecz przez nią, pod maską obojętności skrywają się potężne emocje, gotowe w każdej chwili wybuchnąć. Nienawidzi Inkwizycji i za każdym razem, kiedy widzi jednego z jej sług, ma ochotę rozwlec jego ciało na obszarze całego miasta, z czystego sadyzmu i dla okrutnej przyjemności, którą odczuwa zadając komuś ból. Jednak prawie nikt nie wie, że Blight potrafi być trochę wrażliwszy niż pokazuje to na co dzień. Uwielbia poezję, muzykę i taniec. Bardzo przypadł mu do gustu walc wiedeński, zwłaszcza, kiedy po raz pierwszy został mu przedstawiony na kongresie wiedeńskim, gdzie przebywał jako doradca brytyjskiego premiera.

– „Nigdy nie będzie ci dane poznać mnie całkowicie.” –

Zwiastun Zagłady, tytuł, który otrzymał Blight nie przez przypadek, został mu nadany przez papieża Piusa V. Wcześniej oczywiście także działał, ale dopiero wtedy Inkwizycja zaczęła dostrzegać w jego działaniach coś więcej niż tylko dziwne zbiegi okoliczności. Najwcześniejsze oznaki istnienia Katastrofy można odnaleźć w Starym Testamencie, w momencie, gdy Sodoma i Gomora stanęły w płomieniach. Przemykał później chyłkiem przez karty księgi od czasu do czasu niszcząc i plądrując, aż wreszcie pojawił się znów w Apokalipsie. W zapisach historycznych również można odnaleźć wzmianki o Katastrofie, kiedy spalił wielką bibliotekę babilońską. Za czasów panowania Nerona był jego ulubionym doradcą, a w okresie upadku Rzymu, kiedy Wizygoci rabowali i łupili cały kraj, stanął po ich stronie. Brał udział także w krucjatach zmierzających do Jerozolimy i wyprawach konkwistadorskich Pizzara i Corteza. To on stał za zamachem na arcyksięcia Ferdynanda, podczas jego podróży do Sarajewa. Wywołał tym największą wojnę widzianą dotychczas i wreszcie mógł puścić wodze żądzy krwi. Jeszcze większą radość sprawiła mu II Wojna Światowa i żałował, że trwała tak krótko. Rozlew krwi, który stał się jego udziałem był ogromny. W ostatnim czasie ukrywał się w Europie, wykonując zlecenia dla Lucyfera.
Stanął na wzgórzu. Przed nim roztaczała się idylliczna dolina, niemal nietknięta działalnością człowieka. Krajobraz psuł jednak nieduży klasztor ogrodzony wysokim murem, który był jego celem. Wiedział, że infiltracja tego miejsca może gwałtownie zatrzymać mobilizację sił papieskich w tym sektorze. Poprawił torbę na ramieniu i zszedł w dół krętą ścieżką prowadzącą do bram klasztoru. Wiedział, że nie wytrzyma w przebraniu zbyt długo, to w końcu święte miejsce i przebywanie na nim sprawiało mu ból. Po kilku minutach zbliżył się do bramy i zapukał.
– Tak? – wizjer odsunął młody kleryk o jasnych włosach i brązowych oczach.
– Przyszedłem złożyć ofiarę za zdrowie mojego dziadka. Znajduje się w ciężkim stanie po operacji wątroby… – nie zdążył jeszcze rozwinąć historii, kiedy mnich mu przerwał.
– Oczywiście. Tak szlachetna intencja nie powinna zostać niewysłuchana… – wzrok młodzieńca spoczął na czarnej torbie którą Blight niósł za sobą. – A cóż niesiesz w tej torbie, bracie?
– Ofiarę. Ta sprawa jest dla mnie bardzo ważna. Czy mógłbym osobiście zanieść ją przed ołtarz? – przybrał wyraz twarzy kogoś głęboko zatroskanego, jednocześnie uważnie obserwował reakcje kleryka. – To rzeczywiście jest punkt poborowy. Dawno nie spotkałem kogoś tak młodego w ich szeregach. – przemknęło mu przez głowę.
Usłyszał szczęk zamka, gdy zakonnik otwierał bramę.
– Proszę tędy. – mnich ubrany w długi brązowy habit wskazał drogę i został przez chwilę z tyłu, aby zamknąć bramę. Następnie pospieszył, by dotrzymać mu towarzystwa i nie dopuścić go w pobliże sekretów. Weszli do niewielkiej kaplicy. Blight czuł jak jego ciało płonie, jednak zdawał sobie sprawę z wagi tej misji. Przemierzył jej długość w kilku krokach i ukląkł przed ołtarzem. Pochylił głowę, udając pogrążonego w modlitwie, a tak naprawdę zastanawiał się, jak wiele czasu ma, zanim bomba zmyślnie ukryta wśród ofiary wybuchnie i odwróci uwagę mnichów. Zdjął torbę z ramienia i położył ją przed sobą. Rozpiął klapę i wydobył stamtąd zwój tkaniny, woreczek z biżuterią i banknoty. Zostawił wszystko, wstał i odwrócił się. Nie żal było mu tego. Biżuteria była fałszywa a banknoty podrobione. Tkanina, choć wyglądała na jedwab, w istocie nim nie była.
Zobaczył, że młody kleryk przypatruje mu się ze zdziwieniem.
– Mówiłem, że ta sprawa jest dla nas ważna. – wyjaśnił z uśmiechem. Kiedy mnich podszedł, aby przyjrzeć się „darom”, Blight zaszedł go od tyłu, chwycił i skręcił mu kark, jednocześnie zatykając usta. Potem rzucił jego ciało na ołtarz. Teraz demon musiał działać szybko. Naciął sobie żyłę na nadgarstku przecinając ją wzdłuż. Gęsta, ciemna posoka popłynęła na posadzkę, gdzie posłusznie zajmowała swoje miejsce w symbolu kreślonym przez Katastrofę. Poczuł, jak jego koszula staje się za ciasna. Zdarł ją szybko z siebie i rzucił w suchy kąt. Wrócił do rytuału i wtedy zaczął się przeobrażać. Najpierw wyrosły mu skrzydła, następnie rogi, a potem ciało i włosy stały się czarne. Wiedział, że to co robi wkrótce ściągnie mu na kark inkwizytorów nie tak niedoświadczonych i łatwowiernych jak ten martwy idiota. Narysował już pentagram, gdy paznokcie zmieniły się w szpony skrobiące po posadzce. Zatoczył ręką koło, zamykając pieczęć i kończąc inkantację.
Usiadł obok znaku, ciężko dysząc. Wiedział, że zostało mu tylko kilka chwil do eksplozji. Skupił w sobie wolę i zaczął wracać do ludzkiej formy. Szło mu to opornie, był zmęczony podjętym przed chwilą wysiłkiem, ale gdy schował skrzydła, natychmiast sięgnął do kieszeni po bandaż. Opatrzył ranę najlepiej jak umiał w tych warunkach i podszedł do ciała zakonnika. Zabrał jego habit i nałożył na siebie. Przeczesał palcami włosy i uspokoił oddech. Nasunął kaptur na twarz i wyszedł na zewnątrz. Spokojnym krokiem dotarł do bramy i stanął przy niej, czekając na dalsze rozwinięcie zdarzeń. Elita z pewnością wyczuła jego aurę w tym miejscu.
Nagle, usłyszał stuk butów o bruk za sobą, więc odwrócił się w tamtym kierunku.
– Bracie, chodź na wieczerzę. – głos należał do rówieśnika zabitego i był odrobinę zachrypnięty, jakby jego właściciel przechodził właśnie przeziębienie. Blight przyjrzał mu się. Był wysoki i barczysty, co można było poznać nawet pod szatą. Widział sztywną postawę, a to oznaczało, że ten wojownik nie był jeszcze zbyt dobrze wyszkolony, nie w walce wręcz. Zauważył także przekrwione oczy o złotym zabarwieniu. Trochę… nienaturalne. Postanowił, że zastanowi się nad tym później, bo teraz nie ma ani danych, ani czasu.
– A co z bramą? – zapytał. Wartownik nie powinien opuszczać swojego posterunku.
– Brat Emanuel zastąpi cię wkrótce, a teraz chodź, bo się spóźnimy. – Blight mógł usłyszeć lekkie zirytowanie w głosie rozmówcy.
Weszli razem do głównego budynku, gdzie demon pozwolił barczystemu mnichowi iść przodem, a sam, korzystając z obecności przewodnika, rozglądał się dyskretnie i zapamiętywał drogę. Może się przydać, w przypadku, gdyby potrzebował szybko się stąd ewakuować. Minęli dwa skrzyżowania i weszli do refektarza, kiedy nastąpiła eksplozja. Korytarze natychmiast zapełniły się klerykami biegnącymi w kierunku eksplozji, aby odeprzeć spodziewany atak.
Blight wymknął się bocznym wyjściem, korzystając z zamieszania. Wiedział, że wszystko co istotne będzie się znajdowało pod ziemią. – Cały klasztor zbudowany jest przecież na planie krzyża. Przejście będzie znajdowało się w linii prostej od wejścia. – pomyślał i przypomniał sobie plan, który w myślach kreślił od wejścia. Zaczął przemykać pustymi korytarzami, uzupełniając myślową mapę i korygując swój kurs według niej. Po kilku minutach dotarł w miejsce, o którym sądził, że będzie przejściem, ale zobaczył tylko korytarz z figurą walecznego anioła po prawej stronie. Podszedł do niego i przyglądnął mu się dokładnie. Brał pod uwagę możliwość, że ten posąg był dźwignią, więc zaczął delikatnie wodzić po nim palcami. Wzniesiona ręka trzymająca miecz wydała mu się zbyt oczywista, ale i tak ją sprawdził. Nic… Żadnej poszlaki na aniele. Przyjrzał się podstawie i spróbował figurę przesunąć w lewo. Ani drgnie, a przecież widać, że przesunięcie jej jest możliwe. Prawo zadziałało z lepszym skutkiem. Bezgłośnie odsunął się fragment ściany, ukazując kabinę windy. Wszedł do środka i zjechał na dół. Wyjął z kieszeni spodni skalpel i schował go w ręce. Tak, na wszelki wypadek.
Wyszedł z windy ostrożnie stawiając kroki. Tutaj spodziewał się straży, a niespieszno mu było do śmierci. Rozglądnął się. Jaskrawe światło lamp raziło go po oczach. Z niewielkiego pomieszczenia odchodziły trzy szerokie korytarze. Skierował się w prawo, zgodnie z zasadą prawej ściany. Dotarł do zakrętu, zza którego wyłonił się ubrany na czarno mężczyzna ze złotymi oczami, trzymający w dłoni długi sztylet.
– Spodziewaliśmy się ciebie. – głos Inkwizytora był świszczący, jakby brakowało mu powietrza w płucach.
– Mnie? – zapytał drwiąco, a potem zaatakował z zawrotną prędkością, celując w ramię. Był gotów przyjąć na siebie każde uderzenie, bo on mógł się z tego wylizać, kapłan natomiast umrze i pozostanie martwy. Jego przeciwnik jednak wykazał się niebywałym refleksem i odsunął się, jednocześnie próbując trafić demona w nerkę. Blight wiedząc, że nie zdąży się odwrócić, padł na ziemię, rzucił się inkwizytorowi na nogę, wbił skalpel pod kolano z całej siły i szarpnął w dół. Poświęcony sztylet co prawda zranił go, lecz ześlizgnął się przy upadku i nakreślił tylko głęboką linie biegnącą w poprzek pleców. Kapłan krzyknął i przyklęknął, atakując demona w głowę z góry. Blight zablokował jego cios wolną ręką łapiąc go za nadgarstek, jednocześnie mierząc skalpelem w odsłonięty brzuch. Inkwizytor chwycił go za przedramię, lecz było już za późno. Ostrze zagłębiło się między trzewia kapłana, rozcinając wszystko, co było w nich do rozcięcia. Następnie demon uderzył z całej siły czołem w twarz przeciwnika, łamiąc mu nos i chwilowo oślepiając go. Wykorzystał tę chwilę, by uwolnić swoją uzbroją rękę i zadać ostateczny cios. Odsunął od siebie martwego inkwizytora i usłyszał tupot wielu kroków. Wstał natychmiast i zdał sobie sprawę z beznadziejności swojej sytuacji. W oba korytarze wchodzili uzbrojeni kapłani.
– Macie go dostarczyć żywego! – usłyszał donośny rozkazujący głos. Uśmiechnął się. Żywego..? Cóż, chyba nie mógł się teraz tak po prostu poddać. Podniósł nóż martwego inkwizytora przez rękaw habitu i skoczył w korytarz prowadzący w przeciwnym kierunku niż znajdowała się winda. Rzucił bronią w najbliższego przeciwnika i, kiedy tamten próbował się uchylić, z rozpędu wpadł na niego ze skalpelem gotowym do ciosu. Odrzucił za siebie martwe ciało i zaatakował kolejnego, który nie spodziewał się takiej nagłości ataku. Nie zważał na własne bezpieczeństwo, był teraz ogarnięty szałem bitewnym i chęcią mordu. Nie używał mocy, bo tak dawno nie czuł jęku mordowanych ludzi, że chciał to zrobić własnoręcznie. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego plan spalił na panewce i najlepszym sposobem będzie ucieczka. Biegł celowo w złym kierunku, gdyż w ten sposób ma szanse zmylić pościg.
W ciasnym korytarzu inkwizytorzy blokowani przez ciała swoich martwych towarzyszy nie mieli szans z rozwścieczonym Blight’em.
Jakim cudem udało im się go złapać, skoro nawet przewaga liczebna nie mogła go zmiażdżyć? Niechętnie o tym wspomina i dlatego niewielu zna prawdę. Nie jest ona ważna.
Ważne jest to, że udało im się trzymać go w kajdanach tylko przez miesiąc. Jakie tortury wymyślili dla niego, tego też nigdy nie wspomniał. Jak się stamtąd wydostał? Uratowała go przyjaciółka. O tym mówi bardzo niechętnie, nie dlatego, że jego duma została urażona, lecz po to, by chronić ją przed Inkwizycją.
Wysiadł z samolotu i rozejrzał się wokół. Mrowie ludzi krzątających się na lotnisku. Rodziny odbierające swoich członków, złodzieje, kieszonkowcy, małe dzieci i poważni biznesmeni. Uśmiechnął się. Chyba będzie mógł zniknąć tu na dłużej…

– „Co jeszcze chcesz wiedzieć? Nużą mnie twoje pytania…” –
Jest oburęczny.
Nienawidzi Inkwizycji.
Uwielbia eklerki.

Inne konta: Brak

nieposkromiony
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Nate
Przeistoczony
avatar

Fabularnie : ... Zajęty... BARDZO zajęty xD
Liczba postów : 279
Join date : 26/05/2011
Age : 23

PisanieTemat: Re: Tellister Sorin Blight   Pon Maj 19, 2014 5:09 pm

Akcept.

_________________
Rain makes everything better

Ever since this began,
I was blessed with a curse.
And for better or for worse
I was born into a hearse.
I know I said my heart beats for you.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://kanranate.deviantart.com/
 
Tellister Sorin Blight
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Nieśmiertelni ~ Kolebka Upadłych Aniołów :: Informacje :: Karty postaci :: Karty akceptowane-
Skocz do: