IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Apteka "Zielnik"

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Sai
Chochlik


Fabularnie : Irysviel
Liczba postów : 37
Join date : 26/07/2012

PisanieTemat: Apteka "Zielnik"   Pią Kwi 18, 2014 7:19 pm

Apteka 'Zielnik':
 
Czy kiedykolwiek lubiliście stać w kolejce, aby zrealizować receptę? Czy chętnie wydajecie mnóstwo pieniędzy na drogie, markowe leki? Jeśli tak, to nie jest miejsce dla Was.
A dla pozostałych powstała innowacyjna apteka mieszcząca się w trzech automatach na napoje. Dosłownie - przez małe okienko podaje się receptę, która skanuje kod kreskowy i wyświetla cenę oryginalnych leków, a także proponuje tańsze o ponad połowę zamienniki. Petent sam decyduje czy wybiera to co nałożone jest marżą za samą nazwę czy korzysta z substytutów robionych w magazynie tuż za automatami. Po dokonaniu wyboru płaci albo kartą, albo gotówką. Przy opcji gotówki wyłania się tacka, na którą wykłada się przygotowane bilony i miedziaki, a w razie braku mniejszych nominałów - tędy także wydawana jest reszta. Po kilku sekundach automat sam podaje leki (będące ciągle w temperaturze poniżej zera) do specjalnej kieszeni maszyny, z której klient pobiera zamówione medykamenty. W razie potrzeby, tuż obok klawiatury numeracyjnej znajduje się przycisk "Naciśnij i mów", by móc skonsultować pewne nieścisłości z jedynym pracownikiem apteki. Chociaż i tak najbardziej cieszy się maszyna numer trzy, która oferuje ziółka własnoręcznej roboty, a tam nie ma możliwości porozmawiania na temat zakupionego towaru.
Trzy automaty opierają się o małą budkę, z malutkim oknem po drugiej stronie, do której prowadzą także jedyne oficjalne drzwi. Wydają się być nigdy nie otwierane, może ma to związek z innym przejściem istniejącym wewnątrz budynku.

----

Szmer w maszynach o szóstej rano wskazywał na to, iż jego wnętrzności były uzupełniane przez kolejne paczuszki lekarstw. Najszybciej znikały zioła, stąd taka procedura zdarzała się około trzy razy dziennie, od 6:00 do 24:00. Najwięcej usług toczyło się po dwudziestej. Minął dopiero tydzień działalności nietypowej firmy jednoosobowej, a już zżyła się z krajobrazem szarej uliczki. A propo, szara dłoń układała specyfiki w szufladkach, by potem z nich łatwo dało się pobrać zamówienie. To nie był jedyny zakres pracy Błękitnookiego, gdyż za ścianą nie grubszą od ścian otaczających budynków prowadził księgi i sprawdzał ilość danych ekstraktów. Kiedy panował najmniejszy ruch (czyli od rana do popołudnia) młodzieniec schodził po drabince do piwnicy, gdzie miał swoją małą pracownię. I tam też tworzył zamienniki do leków, które miały największe wzięcie, i narkotyki. Nikt nie posiadał tam prawa wstępu, nikt też nie wiedział o dodatkowym metrażu. Musiałby płacić ekstra fundusze za lokum, dlatego klapa do piwnicy znajdowała się tuż pod biurkiem. A dlaczego urzędnicy przeoczyli coś takiego jak zysk? Można powiedzieć, że to była sprawka chochlika, który teraz skończył wypakowywać z pudełka do automatu podróbkę Cerutinu i wrócił do zapisków. Co jakiś czas przyłapywał się na tym, że gwiżdże coś melodyjnego pod nosem. Trochę brakowało mu muzyki, kiedy powziął myśl na taki interes nie miał czasu na przyjemności. No trudno, najpierw obowiązki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Irys
Verbum Novum/Inkwizytor


Fabularnie : Sai
Liczba postów : 57
Join date : 11/03/2013

PisanieTemat: Re: Apteka "Zielnik"   Pią Kwi 18, 2014 10:07 pm

Nietypowa apteka.
Właśnie w ten sposób określił to dziwaczne miejsce pełnomocnik kanonika w londyńskim oddziale zakonu Verbum Novum. Nie wspomniał ani słowem o tym, że mogą maczać w tym palce jacykolwiek nieśmiertelni, lecz wysłał tam jednego z inkwizytorów. Według Irysa, to nie miało większego sensu, skoro nie odnotowano tam niczego... niezwykłego. Nie licząc nielegalnych lekarstw, lecz to przecież była sprawa dla policji, a nie dla sług bożych, którzy mieli doprowadzić dusze wszystkich żyjących istot przed oblicze Boga. Też coś!
Inkwizytor prychnął ze złością. Jego zdaniem, dostał najbardziej bezsensowne zadanie. Marnował czas. Od trzech godzin kręcił się wokół i nie spuszczał automatów z oka. Nic się nie działo. Nikt nie wchodził, nikt nie wychodził. Ludzie przychodzili, kupowali lekarstwa i znikali, rozglądając się chyłkiem. A Teertown był tylko coraz bardziej wzburzony. Ciche szepty w głowie podsycały tylko tę złość i nakłaniały go od działania. Że powinien tam pobiec, wyważyć drzwi i sprawdzić, co się tam dzieje. A później, gdyby okazało się, że to jednak zwykli ludzie, zasłonić się szczelnie immunitetem zakonu i z przepraszającym uśmiechem obiecać rekompensatę i sprowadzić jednego z tych braci, który oszacowałby szkodę i wypisał czek. Irys nawet wolałby nie myśleć, co stałoby się z jego głową, gdyby faktycznie byli tam tylko ludzie i nikt więcej.
Był wściekły i zmęczony. Głosy, wywołane coraz głębiej zachodzącą schizofrenią, jedynie to pogłębiały. Lecz wciąż nie zrobił niczego, bo dostał ROZKAZ. Do czasu. Inkwizytor uważał, że słyszy głos Boga. Samego Boga, który przemawia do marnego człowieka i wydaje mu polecenia. I nie, Irysviel nie zdawał sobie sprawy ze swojej choroby - uważał ją za coś naturalnego, w jego mniemaniu był swojego rodzaju wybrańcem, który miał zbawić całą ludzkość. Taaaak.
Niemniej TEN głos, który Irys uważał za głos Boga, kazał mu działać. W jakikolwiek sposób. I co miał zrobić biedny człowiek, skoro przemawiał do niego sam Pan?
Nie czekał, oczywiście, że nie, podszedł do jednej maszyny, wcześniej czekając, aż okolica nieco się wyludni. Podszedł do środkowej maszyny i nacisnął guzik, za pomocą którego miał skonsultować się z "aptekarzem". O ile ów ktoś był aptekarzem.
- George Watson, przedstawiciel NCA. Proszę otworzyć drzwi -
skłamał zimno i gładko, jak z nut. Nie interesowało go nawet za bardzo, czy wyda się to komuś prawdopodobne czy nie. Lepsze to, niż "Hansson Mueller, inkwizytor Verbum Novum". Kto potraktowałby coś takiego poważnie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sai
Chochlik


Fabularnie : Irysviel
Liczba postów : 37
Join date : 26/07/2012

PisanieTemat: Re: Apteka "Zielnik"   Sob Kwi 19, 2014 10:16 am

Od notatek przeszedł do konkretnej lektury jaką była przepasna księga dostępnych leków oraz ich skład chemiczny. Podparł ręką ociężałą głowę i wodził palcem od lewej do prawej wertując w ten sposób czy byłby w stanie znaleźć tańsze, naturalne zamienniki w swoim magazynie, czy będzie musiał po pracy udać się na mokradła lub dziewicze góry w poszukiwaniu odpowiednich ziół i kwiatów. Najbardziej lubił eksperymentować z pochodnymi amfetaminy i ekstazy, aczkolwiek tych zrobił zeszłego dnia tak dużo, iż przydałoby się obecnie uzupełnić zapasy normalnych medykamentów. Jak skończy wymyślanie zastępczych receptur trudniejszych leków, z miłą chęcią wróci do mieszanek zielnych o mocnym kopie. Właśnie miał takową tutkę wetkniętą w usta, która lekko dymiąc błękitnym kłębkiem pobudzała umysł młodzieńca do bardziej wnikliwych badań czysto teoretycznych, by mieć zapał do praktycznej części zajęć.
Już zapisał kilka roślin, które miały stanowić bazę do Cholinex'u w syropie, gdy przerwał mu głos klienta przy maszynie numer dwa. Oderwał się z lekkim grymasem niezadowolenia i rzucił okiem na śmiałka, który oznajmił swoje dane osobowe, profesję oraz cel wizyty. Oho, konkurencja nie spała i wysłała kogoś ze sanepidu, albo jakiegoś detektywa z "Uwagi" TVN'u. Nie wierzył, by któryś z klientów "apteki" życzył sobie rychłego zamknięcia takiego przedsięwzięcia. Nie miał pojęcia co oznaczał skrót NCA, równie dobrze mogło to być skrót od rozwinięcia "Nakopię Ci Albinosie". Cóż, tak czy inaczej przydałoby się sprawdzić co to za gość, żeby nie sterczał przy automatach i nie straszył przyszłych petentów. W tym momencie przybliżył do siebie główkę mikrofonu i po naciśnięciu przycisku obok oka kamery rozległ się w głośniku czysty, trącający nutą profesjonalizmu głos młodzieńca. Tak jakby ćwiczył już niejednokrotnie taką odpowiedź:
-Bardzo mi przykro, lecz bez nakazu wstępu nie mogę z Panem dyskutować w cztery oczy w godzinach pracy. Takie są przepisy. Miłego dnia.
Puścił guzik i odłożył mikrofon na bok przyglądając się baczniej ekranowi z monitoringu. Niestety obraz był czarno-biały (nie stać go było na bardziej specjalistyczną kamerę), przez to nie mógł precyzyjnie określić wyglądu przedstawiciela NCA. Szczerze wątpił, aby Długowłosy jegomość przeczekał od szóstej rano do dwudziestej czwartej, aby tylko wziąć Sai'a na języki. Żaden urzędnik nie pracuje do tak późna, a jako osoba prywatna na pewno nie zajmie się sprawą po godzinach urzędowych. Gorzej, jeśli ten ktoś był ze spec policji, to wtedy mogło być nie za kolorowo. I tak czy siak ma prawie całą dobę do zwinięcia interesu, gdyby pan Watson zdecydował się ponownie odwiedzić aptekarza jeszcze tej nocy. Zanim skołuje nakaz to trochę minie. Nie będzie teraz wykonywać gwałtownych ruchów, poczeka aż Długowłosy odejdzie, wtedy weźmie się za pakowanie towaru. Gdyby od tej chwili rzucił się po zioła i lekarstwa wystawione od wewnętrznej strony maszyn, mogłoby to wzbudzać podejrzenia. Musiał poczekać na ruch przybysza, lecz nie okazywał nerwów. Wrócił do książki nad blatem biurka i analizował składniki wypisane przy jednym z medykamentów. Tak bardzo był swego pewien, że nie przemyślał najprostszej metody dotarcia do jego zaplecza, i zanurzył się na nowo w lekturze myśląc, że odfajkował pana Watsona na dobre.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Irys
Verbum Novum/Inkwizytor


Fabularnie : Sai
Liczba postów : 57
Join date : 11/03/2013

PisanieTemat: Re: Apteka "Zielnik"   Sob Kwi 19, 2014 5:21 pm

Zapewne gdyby Irys był zwyczajnym urzędnikiem, po prostu wzruszyłby ramionami i odszedł, żeby poinformować przełożonego o niepowodzeniu. Ale to był inkwizytor - osoba przygotowana do bezwzględnego wykonywania rozkazów. Jego zadaniem było wyciągnięcie informacji na temat właściciela tego przybytku oraz metod, których używał do produkcji lekarstw - czy były na pewno "ludzkie", ot, i wszystko. Miał po prostu sprawdzić, czy ta apteka nie jest kolejnym siedliskiem nieśmiertelnych i, jeśli właśnie to by się okazało, posłać dusze tej istoty do Boga. Dlatego Irysviel ani myślał poddawać się po pierwszej próbie. Skoro mu odmawiano, to sam sobie wejdzie.
Znów rozejrzał się powoli dookoła. Wejdzie do środka. Z nakazem, czy bez nakazu - co za różnica? Działał w imieniu bożym, nie swoim, a Bóg kazał mu działać. A w razie problemów zakon wyjaśni i zatuszuje całą sprawę. Jak zawsze.
Blondyn mruknął coś do siebie i obszedł budynek, by znaleźć wejście. Wprawdzie drzwi po drugiej stronie budynku bynajmniej nie wyglądały na często otwierane, to i tak wolał je sprawdzić. Ten cały aptekarz musiał tam jakoś wchodzić. A jeśli przez drzwi się nie da, to zawsze zostaje to małe okienko. Mógłby bez problemu wybić szybę i ponownie poprosić o otwarcie drzwi, lecz tym razem już z bronią w ręku.
Zapukał do drzwi, a później nacisnął klamkę, choć i tak wątpił, aby drzwi były otwarte. Naparł na nie mocniej, lecz gdy nawet to nie przyniosło efektu, bezceremonialnie wyjął z kabury przy pasie broń, a z wewnętrznej kieszeni kurtki tłumik. Zamontował go na szybko i wycelował. Nacisnął spust. Celował w zamek, bo nie miał wytrychów. A brutalne metody zawsze są o niebo lepsze od tych "po dobroci". Metoda "kij i więcej kija" zawsze się sprawdzały.
Odchrząknął, wciąż trzymając broń w gotowości. Tak na wszelki wypadek.
- Bardzo proszę, aby jednak pan nagiął przepisy i otworzył - powiedział głośno i uderzył kolbą w drzwi. Zamek i tak był rozwalony, ale inkwizytor nie zamierzał pchać się do nieznanego miejsca, gdzie mógł zostać z łatwością zaskoczony.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sai
Chochlik


Fabularnie : Irysviel
Liczba postów : 37
Join date : 26/07/2012

PisanieTemat: Re: Apteka "Zielnik"   Sob Kwi 19, 2014 6:19 pm

I po spokojnym dniu.
Wystarczyło tylko pół minuty, by zamiast szczelnego bunkra mieć postrzelone drzwi do klatki, z której nie było ucieczki. Tak teoretycznie, w praktyce było zawsze zejście na dół. Tak czy inaczej, nie skorzysta z niego, żeby nie zdradzić kryjówki. Mógł to inaczej rozegrać, ale skąd miał wiedzieć, że będzie mieć do czynienia z takim narwańcem? Ani trochę nie był uszczęśliwiony takim zwrotem akcji, w dodatku rosły obawy co do intencji oprawcy rzeczy martwych, a być może - jego przyszłego oprawcy.
I co teraz?
Przyszło mu do głowy, że mógł to być jakiś napalony ćpun, który dawno nie zażywał czegoś na ukojenie rozdartych nerwów. Stąd ta broń i zniszczenie zamka. E nie, który ćpun zachowywałby się tak profesjonalnie? Cholerna policja, że też nie dadzą nijak zarobić chochlikowi, tylko zwalają się na głowę jakby nigdy nic. Odłożył przepasłą księgę na półkę i mimo pobudzenia wystrzałem nie za bardzo kwapił się do podejścia do drzwi. Poruszając się tuż przy ścianie zbliżył się do krawędzi drzwi i ostrożnie skierował rękę na klamkę po swojej stronie. Przygotował się do ewentualnej obrony przed panem Watsonem, który nie do końca miał po kolei w głowie, skoro w biały dzień - no dobra poranek - od tak strzela do drzwi. Mimo, że miał założony tłumik, wcale nie czuł się z tego powodu bezpieczniej. Wręcz przeciwnie.
-Wniosek przyjęty.
Powiedział nieco ciszej, prawie jak do siebie, kiedy dłoń przekręciła gałkę w prawo i przeniosła się na skraj drzwi. Nie mógł stanąć frontem do wyjścia, ponieważ promienie słoneczne mogłyby mu przeszkodzić. Od paru dni nie widział słońca siedząc w ciemnościach jak te, które ukazały się przed oczyma Długowłosego. Sam młodzieniec stał tuż przy drzwiach przyparty do ściany zastanawiając się, jaki następny krok uczynić. Miał zupełnie zawężone pole manewru. Mógłby rzec jasna skurczyć się i skryć, aczkolwiek dał o sobie znać, dlatego musiał zmierzyć się z uzbrojonym nieznajomym.
Czego on tu szukał? Jeszcze naruszył własność Białowłosego z taką łatwością. Kiedyś pewność siebie chłopaka musiała zaprowadzić go do zguby, i proszę bardzo. Liczył na to, że przy zachowaniu spokoju nie dojdzie do większych zniszczeń apteki. A jeśli to był rabunek narko... leków, to i tak mniejsza strata niż zdewastowanie maszyn. Lecz na haracz sobie nie pozwoli, co to to nie. Jemu były potrzebne pieniądze na dom, na godniejsze życie niż zabunkrowanie się w pracowni na twardej ławie. Zaciągnął się ostatni raz skrętem i rzucił dogaszonego peta do kosza w kącie. Co ma być, to będzie.
Sięgnął ręką do kieszeni białego fartucha po czarne okulary, które nałożył na ślepia, by chociaż odrobinę ograniczyć kontakt ze słabym, ale jednak, światłem słonecznym i upewniając się, że lufa broni nie jest skierowana wgłąb pomieszczenia, zrobił krok w tył zwrot i wrócił swojego biurka z papierami, by zrobić trochę miejsca dla nieproszonego gościa. Nie było tu żadnego oświetlenia prócz tego rzucanego z ekranu monitoringu. Mimo wszystko Sai nie zdejmował okularów, nie panowały już takie egipskie ciemności jak przedtem. Dzień wstawał szybciej niż się spodziewał.
-Proszę zamknąć drzwi za sobą -od razu rzekł młodzieniec niezmiennie krystalicznym głosem, po czym dodał tuż po chwili- Może napije się Pan czegoś? Polecam herbatę z melisy na uspokojenie.
Mimo życzliwych słów ciągle miał się na baczności. Jeszcze ten ktoś byłby gotów użyć siły bądź tej broni w ręku do niecnych zamiarów, a wtedy każda sekunda się liczy. Nawet poszedł w kąt zagotować wodę w czajniku dla pana Watsona. Jeśli nie będzie chcieć się napić, to i tak przyda się wrzątek na zaś. Zupełnie nie miał pojęcia z kim miał do czynienia, i to go gryzło. Starał się tego po sobie nie pokazywać, aczkolwiek musiało paść w końcu to pytanie:
-Słucham więc, w jakiej sprawie Pan przyszedł?
Poprawił jednym palcem okulary na nosie i nie odrywał wzroku od... całkiem przystojnego, na pewno również natarczywego mężczyzny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Irys
Verbum Novum/Inkwizytor


Fabularnie : Sai
Liczba postów : 57
Join date : 11/03/2013

PisanieTemat: Re: Apteka "Zielnik"   Wto Kwi 22, 2014 8:35 pm

Irys i tak zamierzał cały czas mieć się na baczności - miał sprawdzić, w ostateczności eliminować. Wprawdzie nie wnikał - bo pewnie było mu wolno nawet - dlaczego zakon interesował się nie do końca legalną apteką, w której ktoś dodatkowo rozprowadzał prochy, ale rozkaz wykonać musiał. Bez względu na to, jakimi środkami miałby się posłużyć. Cel uświęca środki, prawda? A to w końcu była służba Bogu, nawet jeśli wydawała się dosyć nietypowa. Wprawdzie podejrzewał, że Verbum Novum ma jakieś konszachty z takimi... biznesami, ale pewności nie miał.
Kąciki ust delikatnie powędrowały w górę. Wniosek przyjęty? Czyli tajemniczy aptekarz miał niezłe poczucie humoru, skoro nawet w takiej sytuacji się go trzymało. Wprawdzie inkwyztor nie wiedział, czy te słowa były skierowane do niego, lecz i tak udało mu się je usłyszeć. Niemniej docenił ten dystans do całej sytuacji.
Wciąż trzymał broń na wysokości swoich bioder, by w razie potrzeby móc beztrosko postrzelić sprzedawcę prochów w kolano. Gdyby spróbował go zaatakować, rzecz jasna. W końcu nie chciał go zabijać, niepotrzebna przemoc nie jest miła Bogu, lecz niektóre wydarzenia po prostu muszą wiązać się z bólem. A przecież sługa boży nie mógł pozwolić, aby na służbie jakaś zbłąkana owieczka mu uciekła i naraziła Irysa na gniew jego Boga, który bardzo nie lubił porażek swojego "wybrańca". A ta wściekłość... była niszcząca. Miażdżyła niewinnego człowieka od środka.
Zmrużył oczy, gdy zobaczył ciemność panującą w pomieszczeniu. Działał jak automat - dzięki wyuczonej w zakonie kontroli nad własnym ciałem, wyostrzył zmysł wzroku kosztem innych, przez to mógł zobaczyć wyraźniej pokój, w której znajdowała się cała ta apetka. Powoli wszedł do środka, wciąż trzymając broń w jednej ręce, w ramach bezpieczeństwa oczywiście, i rozejrzał się bacznie dookoła. Biurko, monitor, sterta papierów i masa innych, nieistotnych rzeczy. Irys szukał potencjalnej broni, której mógłby użyć osobnik w przeciwsłonecznych okularach. Swoją drogą, czy to nie było dziwne, że używał ich w tak zaciemnionym pomieszczeniu?
Skinął głową i bardzo niedelikatnie kopnął drzwi, by się zatrzasnęły z powrotem. I uśmiechnął się dobrotliwie.
- Nie ma takiej potrzeby, jestem bardzo spokojny -
odpowiedział łagodnym i niemal wesołym tonem. W końcu Irys kochał i ludzi, i nieśmiertelnych, zawsze chciał tylko i wyłącznie ich dobra. Nawet jeśli to "dobro" trzeba było sprowadzać bolesną śmiercią, która miała prowadzić do zbawienia.
Inkwizytor poczekał, aż pan aptekarz - czy kimkolwiek tam był - nastawi wodę i dopiero wtedy odchrząknął taktownie. Musiał skłamać na początku - i niech Bóg mu wybaczy to zagięcie rzeczywistości, lecz przecież to wszystko musiał zrobić z powodu rozkazu, nie własnych zachcianek - ale teraz zamierzał mówić prawdę. Częściową, oczywiście. Jeśli jego gospodarz był nieśmiertelnym, to zapewne zareagowałby alergicznie na słowa "Verbum Novum", a przecież Irysowi nie zależało na walce. Nie miał pozwolenia, ot co.
- Dostałem rozkaz, żeby dokładnie przeanalizować pana działalność, panie...? -
tutaj chciał, aby aptekarz dokończył za niego i taktownie się przedstawił. Nawet jeśli to miało być przesłuchanie w iście inkwizytorskim stylu, to należy je zaczynać z uprzejmością. Prawda?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sai
Chochlik


Fabularnie : Irysviel
Liczba postów : 37
Join date : 26/07/2012

PisanieTemat: Re: Apteka "Zielnik"   Wto Kwi 22, 2014 9:49 pm

Porównanie z zabłąkaną owcą miałoby tylko sens, gdyby była szara jak skóra młodzieńca. Inna sprawa, że chochlik nie wierzył w Najwyższego. Owszem, widywał Anioły, Demony, innych przedstawicieli ras, lecz nie pokładał wiary w istnienie kogoś tak mocarnego, a zarazem tak gniewnego i miłosiernego w jednym. Być może miało to związek z tym, iż w chwili największej traumy chłopaka, teoretycznie agonii, nie przybył mu z pomocą. Dopiero Thunundus, bóstwo wielbione przez nieistniejący już klan czarowników, był na tyle łaskawy, iż poświęcając swoją boskość dał nowe życie Białowłosemu. I to dosłownie. Podczas medytacji starał się z nim nawiązać kontakt, ale najczęściej urywał mu się film po takich sesjach. Wielce prawdopodobne, że wraz z wyznawcami - przepadł. Ale nie o tym mowa.
Gość nie wydawał się być strasznie przejęty ciemnością, tak jakby tylko na to czekał. Oho, mógłby się doczepić do braku zachowania zasad BHP, z tym że wróżek doskonale widział w mroku. A że nikt dotąd nie ośmielił mu się przerywać pracy w aptece, nikt też nie zwracał mu na to uwagi. Nawet pan Watson nie specjalnie wyraził swoją chęć dojrzenia czegokolwiek. Misja jego była następująca - przeanalizować działalność apteki. No to zaczynają się schody pod górkę.
-...Pitt, Sai Pitt.
Ponieważ miał nadal przyciemniane okulary na nosie, to ta kwestia zabrzmiała bardzo podobnie do tytułowego James'a Bond'a. Właściwie celowo podrzucił taki ton, bo mimo braku uśmiechu miał całkiem dobre nastawienie. Trochę go uleciało podczas strzału w zamek, ale nadrobił ubytek jednym skrętem. Dodatkowo zyskał spokój wewnętrzny, chociaż myśli cały czas kalkulowały obecność przystojnego przedstawiciela NCA. Dlatego nie będzie utrudniać na siłę zadania panu Watsonowi.
-Ciężko przeanalizować tak młody twór, jaką jest ów apteka. Liczy zaledwie tydzień działalności. Ale nie chcę być przyczyną Pańskiego zwolnienia z pracy.
Wstał z lekką flegmą z fotela i wyminąwszy siedzącego na przeciwko biurka pana Watsona podszedł do regału i przeglądał księgi, żeby znaleźć tą jedną, która można by rzec była kroniką. Posiadała podsumowanie wydatków, kosztów, wydanych leków/medykamentów/ziół oraz zaniżoną wartość o jedną cyfrę narkotyków ujętych w literaturze jako "wspomagacze", jak również saldo dzienne. Według papierów wychodziło, że zysk przewyższył koszty, ale opłaty za media są zawsze podawane pod koniec miesiąca. Tak czy inaczej położył elegancko ten dokument przed nosem na blacie biurka, aby "inspektor" zapoznał się z materiałami osobiście. Póki co grał w otwarte karty, gorzej będzie z przedstawieniem wszystkich leków, gdyż większość mieści się w magazynie, pod klapą pod biurkiem. Od tego będzie się wymigiwać, przygotowywał się na takie i inne scenariusze, ale zupełnie nie na taki, iż nie chodziło o miejsce pracy, co o pracownika. Nie przypuszczał, że ma do czynienia z człowiekiem powołanym przez Verbum Novum, który doskonale potrafił rozróżniać Nieśmiertelnych z otoczenia londyńskich istot. Jak i ich gładził za grzechy.
-Na pewno nie chciałby się Pan czegoś napić? Sądząc po "tytule rozkazu", może Panu upłynąć trochę czasu...
...niestety. I za ten czas musiał podejść do panela i wcisnąć odpowiednią kombinację do odcięcia zasilania od mikrofonu, żeby nikt z zewnątrz nie przeszkodził w konfrontacji z urzędnikiem. Czyli w razie problemów petent zmuszony będzie poradzić sobie sam, ewentualnie będzie dobijać się do drzwiczek, a na pewno zauważy dziurę wielkości piłki do tenisa po pistolecie jego gościa. Taka mała antyreklama. Właśnie do tego otworu podszedł, by wetknąć zwiniętą szmatkę, gdyż przez tą dziurę wpadało także sporo światła. Jako-tako tolerował sztuczne żarówki, toteż pokwapił się, by oświecić Blondwłosego z dokumentami, żeby nie popsuł sobie wzroku. Chochlik trochę nie wiedział co z sobą zrobić, dlatego porwał pierwszą-lepszą z brzegu książkę o związkach w lekach, aby nie przeszkadzać inspektorowi. Odsunął się tylko z fotelem od biurka z zaświeconą lampką i udając, że czyta wnikliwie, co jakiś czas zerkał na pana Watsona. Oby tylko nie był tak cwany na jakiego wygląda, gdyż z pewnością znajdzie na niego nie jeden haczyk, a wtedy będzie musiał interweniować w sposób radykalny. Tylko w ostateczności, może wręczy mu łapówkę i zapomni o niedociągnięciach? A jak będzie się naprzykrzać, ma wiele miejscówek w Londynie, do których urzędnicy nie przychodzą tak chętnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Irys
Verbum Novum/Inkwizytor


Fabularnie : Sai
Liczba postów : 57
Join date : 11/03/2013

PisanieTemat: Re: Apteka "Zielnik"   Pon Kwi 28, 2014 8:49 pm

Porównanie do zbłąkanej owieczki zawsze miało sens - według Irysa - dla niego każda nieśmiertelna istota nią była, po prostu jej dusza zawędrowała zbyt daleko i musiała doznać zbawienia. Przez ból i szczerą skruchę, by później zginąć w łasce Boga. Czy to nie było piękne? Wspaniałe? Taka śmierć, po której miało się pewność, że grzechy zostaną odpuszczone. Nawet jeśli pierwszym i jedynym grzechem było samo istnienie takich wynaturzeń. Ich życie na ziemi nie było miłe jedynemu Bogu.
Przez chwilę chciał prosić o włączenie światła, na samym początku, ale sprawdzenie czy przestrzegane są podstawowe zasady etyki pracy i BHP nie obejmowało jego zadania. Niech tym zajmą się odpowiedni inspektorzy, jego to ani trochę nie interesowało. O wiele bardziej był ciekaw, czemu skóra młodzieńca, który ostatecznie udzielił mu tej uprzejmości i wpuścił do środka, ma taką barwę. Był niesmiertelnym? Cóż, to było pewne, potrafił ich rozpoznawać bez najmniejszego problemu. A jeśli istniał nawet cień szansy, że takie podejrzenie może być prawdziwe, Irysviel miał obowiązek to sprawdzić - z czystej, inkwizytorskiej powinności.
- Bardzo mi miło, panie Pitt - oznajmił przyjaznym tonem i wyciągnął do niego prawą dłoń w klasycznym geście powitania. Z uśmiechem. Teertown często uśmiechał się do istot, nawet wtedy, kiedy je zabijał. Z czystej uprzejmości i by mogły zginąć z przekonaniem, że to wszystko jest z miłości - krystalicznej i cudnej miłości, która kazała Irysowi prowadzić ich dusze do wieczności. I to z bożym błogosławieństwem na każdym kroku.
- Może być pan pewien, że nawet niepowodzenie nie spowoduje mojego zwolnienia -
stwierdził wciąż tym uprzejmym i przesadnie aż łagodnym tonem, co pewnie zamiast zamierzonego skutku mogło powodować odwrotny. Bo kto to widział, żeby przez cały-calutki czas przyglądać się komuś całkowicie obcemu z zainteresowaniem oraz uśmiechem. I nie spuszczać z niego oka, nawet na sekundę. - I właśnie dlatego tutaj jestem. Pańskie działania nieco zaniepokoiły moich przełożonych, nie są pewni, czy są całkowicie legalne oraz czy im odpowiadają.
Sama apteka pewnie nigdy nie interesowałby zakon - a nawet jeśli, to posłaliby jednego z tych braci, którzy na co dzień zajmowali się podobnymi sprawami - lecz właśnie osoba, która ośmieliła się bez wyraźnej zgody i wiedzy Kościoła otworzyć coś takiego. I to w miejscu, gdzie znajdowała się jedna z siedzib Verbum Novum. Pan Watson przyszedł tutaj nie aby sprawdzać rozliczenia czy ściągać podatki. Przyszedł, by rozliczyć pana Pitta.
Rzucił okiem na księgę, lecz jednocześnie wciąż śledząc uważnie każdy ruch gospodarza. Znał lepiej to miejsce, wiedział, gdzie co jest, a Irys miał ledwie chwilę, żeby móc rozejrzeć się po pomieszczeniu, a to zdecydowanie nie dawało dostatecznie dużej ilości czasu, aby zapamiętać wszystkie szczegóły.
- Naprawdę bardzo dziękuję za pańską uprzejmość - odpowiedział dobrodusznie i otworzył kronikę. Dopiero teraz schował broń z powrotem do kabury, lecz nawet jej nie zapinał, aby mieć lepszy dostęp do niej w razie potrzeby. Prawdę mówiąc, o wiele bardziej interesował go fakt, dlaczego Sai nie pytał, skąd teoretycznie zwykły urzędnik mógłby mieć broń. I na dodatek pozwolenie na bezkarne jej używanie.
Przez chwilę udawał, że uważnie studiuje pierwszą stronę, lecz po kilku minutach, podczas których o wiele bardziej skupiał całą swoją uwagę na Saim, odciągnął wzrok i przyjrzał mu się już całkowicie poważnie. A jego dłoń powolutku, ledwo zauważalnymi ruchami znów znalazła się na kolbie.
- Panie Pitt, czy wierzy pan w Boga? - zapytał, tak prosto z mostu. - Oraz to, że zawsze udaje mu się pokierować dłonią w stronę tych, którzy się od niego odwrócili?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sai
Chochlik


Fabularnie : Irysviel
Liczba postów : 37
Join date : 26/07/2012

PisanieTemat: Re: Apteka "Zielnik"   Czw Maj 01, 2014 9:53 am

Z odrobiną powolności w gestach wyciągnął swoją dłoń i lekko zacisnął na ręce inspektora. Nie chciał utrzymywać dłuższego kontaktu ręki, ponieważ nawet normalni ludzie wyczuliby chłód bijący z jego ciała. To zabawne poniekąd - konał w płomieniach, a teraz jego organizm jest zimny jak jesienny, deszczowy dzień. Od Blondwłosego biła taka pewność siebie, że nawet dał temu wyraz mówiąc, że tak łatwo nie zostanie zwolniony z pracy. Zazdrościł mu w pewnym sensie. Dla Sai'a jedno potknięcie w medycynie może skazać go na więzienie, jeśli dowiedzie mu się, że jego produkty farmaceutyczne spowodowały uszczerbek na zdrowiu lub śmierć.
Przygotowując herbatę czuł wzrok na sobie, ale to dosyć oczywiste. Jego białe włosy wyróżniały się w ciemnościach, w których wszystko topi się i ginie. Podał w końcu filiżankę z gorącym trunkiem i znalazł się tak we swoim fotelu nie odpowiadając już na żadne słowo inspektora. Być może dlatego, że zamyślił się ile może mieć problemów, jeśli dokopie się do dokumentów z błędami. Obiecał sobie, że jak dorobi się trochę pieniędzy, to sprostuje sfałszowane fragmenty zaświadczeń i zdecyduje się na nauczanie wieczorowe na terenie Kolebki, ale nie mając funduszy musiał podrobić 1/3 wszystkich plików. Tak, tak, to nielegalne, jednak około 80% błędów wynikały z fachowych nazewnictw, na samej robocie się znał. Te 20% to braki w wiedzy, które uzupełniłby po odbyciu odpowiednich kursów. Czytając księgę na kolanach zdawał się być doszczętnie pochłonięty lekturą, ale jak tak kątem oka zerkał na inspektora, widział w nim egzekutora wszelkich nieścisłości, toteż przydałoby się go udobruchać jak najlepiej. Z tego miejsca był przekonany, iż udało mu się chociaż trochę pozyskać sympatii urzędnika, ale nie wolno spoczywać na laurach. Znał niejednego, bezwzględnego pracownika administracji, który starał się zawsze takim małym działalnością jak chochlika utrudnić przetrwanie. Już sam nie wiedział co powinien zrobić, aż usłyszał dwa, naprawdę wzięte z choinki pytania, na które zamarł w bezruchu ze stronicami w szczupłych dłoniach.
To były dosyć osobiste pytania, na które ostrożnie podniósł głowę znad lektury i utkwił wzrok schowany za okularami przeciwsłonecznymi w pana Watsona. Mina nie wyrażała większego zdumienia, aczkolwiek lekko rozchylił dolną wargę pokazując tym samym nieco zaciśnięte zęby. Nie, nie denerwował się, po prostu to pytanie na pewno nie dotyczyło apteki. Nie przepadał mówić o sobie, zwłaszcza osobie, którą zna od kilkudziesięciu minut. Właściwie siedzą tu już półtorej godziny. Nie zmienia to faktu, iż dzielenie się takiego typu informacjami nie były specjalizacją młodzieńca. Wybór stał się jednak prosty widząc poczynania towarzysza. Nie dał mu innej propozycji jak odpowiedź na pytania.
Zamknął książkę mocniejszym gestem spłaszczenia jej obu okładek i odłożył na bok. Nie zbierał myśli długo, jakby miał je na wierzchu od samego poruszenia drażliwej kwestii pobożności.
-Jego idea do mnie nie przemawia -podniósł się z fotela i przeciągnął kręgosłup od ciągłego siedzenia, a przy okazji nie odrywał oczu od... religijnego rozmówcy- Kiedyś w Niego wierzyłem, ale to było zanim nie odkryłem, iż na nic Mu się przydała moja wiara. Wszak jaki jest Bóg? Silny, ale i Miłosierny. Srogi, ale i Kochający. Samolubny, ale i Pomocny. Taka kulminacja sprzeczności, a mimo wszystko poznałem tylko Jego gniewne oblicze. A skoro tak... nie jest to ten Sam Bóg, którego wielbią tłumy wiernych, dla którego wznoszą kościoły i tworzą wspólnoty opiewające Jego nadludzkie dzieła. A jeśli to ten Sam, cóż - najwyraźniej mam pecha, skoro w moich oczach Jego dłoń zawsze dzierży broń, nawet jak przychodzi w odwiedziny.
Wymownie spojrzał na dłoń Długowłosego, który trzymał za kolbę swój oręż. Punkt widzenia na całe te rozmowy odwróciły się o sto osiemdziesiąt stopni. Zapomniał nawet o aptece, w której się znajdowali. Cały świat zwęził się do tej dwójki osobników - tak różnych zarówno w wyglądzie, jak i w poglądach. A jednak coś ich łączyło - zimna krew i życzliwość, nader zbyt sztuczna. Przecież atmosfera dookoła zrobiła się przytłaczająca, prawda? Chochlik da ostatnią szansę swojemu rozmówcy na pokojowe rozwiązanie sytuacji. Już wiedział, że miał do czynienia z oszustem, ale nie wiedział jakiego kalibru. A nie cierpiał dwulicowych osobników, nawet jeśli sam miewa przebłyski w tą stronę. Chociaż musiał przyznać z ręką na sercu, iż sprytnie formułował zdania, które mogły dotyczyć jego działalności w sferze pracy w aptece, ale i tej duchowej. Szkoda, że tak późno zorientował się w sytuacji. Zaoszczędziliby sobie obaj czas, nie mniej jednak rozumiał ostrożność działań gościa. Kto od razu wypaliłby z religijnymi odczuciami? Jak na Świadka Jehowy był wprawiony w boju. I to dosłownie. Ale na serio - jaki odłam religijny skusiłby się na sprezentowanie porządnej broni palnej swoim kapłanom? Już sporo rzeczy widział, także każda opcja była możliwa.
-Jeśli to już wszystko, dziękuję za spotkanie, Panie Watson. Mogę sprezentować Panu najnowszy specyfik na pamiątkę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Irys
Verbum Novum/Inkwizytor


Fabularnie : Sai
Liczba postów : 57
Join date : 11/03/2013

PisanieTemat: Re: Apteka "Zielnik"   Nie Maj 04, 2014 4:53 pm

Wiedział, że Sai jest nieśmiertelnym. Wiedział też, że powinien go zbawić, że jego dusza również zasługuje na spokój i ciszę u boku Pana. Jak każda inna istota, która w ogóle posiadała dusze i możliwość zbawienia, nawet jeśli poprzez cierpienie zadawane przez inkwizytorów. Tacy jak on byli tylko narzędziem i niczym więcej, oni po prostu wypełniali polecenia. Została im przydzielona misja, którą zazwyczaj spełniali co do joty, do samej śmierci, bo bardzo rzadko zdarzało się, by jeden z zakonnych braci porzucił ścieżkę duchowości. Verbum Novum mistrzowsko potrafiło wyprać mózgi swoim małym wyznawcom, by nigdy nie pomyśleli nawet o porzuceniu zakonu. Irysviel był idealnym przykładem tego, jak bardzo Kościół potrafił spaczyć pozornie normalnego człowieka.
Odsunął się od książki i wbił spojrzenie w nieśmiertelnego. Wciąż z tym przyjaznym uśmiechem, który z czasem wyglądał na coraz bardziej wymuszony, bo inkwizytor przygotowywał się mozolnie do ataku i nie miał już głowy, by w ogóle pamiętać o takich drobnostkach jak zachowywanie pozorów. Delikatnie spiął mięśnie, gotów poderwać się w każdej chwili, gdy Sai wstał ze swojego miejsca i odłożył książkę na bok. Irys nie wiedział, czy może aptekarz domyślił się, z kim ma do czynienia, czy po prostu chciał rozprostować kości po długim trwaniu w jednej pozycji. To było mało istotne.
- Bóg, panie Pitt, ma wielkie tendencje do karania tych dusz, których istnienia nie toleruje -
odparł powoli, wciąż przesadnie uprzejmie. I powoli również podniósł się ze swojego miejsca. Czas na finał, bo te idiotyczne podchody musiały w końcu do czegoś zmierzać. Uniósł nieco wyżej broń i położył ją na swojej dłoni, jednocześnie wciąż trzymając ją, jakby był gotów w każdej chwili oddać strzał. - Broń to często wybawienie. Jedyna droga do zbawienia, które jest możliwe tylko poprzez ból. Przynajmniej dla istot takich, jak pan.
Odsunął się mimowolnie dwa kroki, robiąc samemu sobie wolną przestrzeń i jednocześnie tym razem wycelował prosto w nieśmiertelnego. To nie były żadne osobiste porachunki, to była tylko praca. Wprawdzie nie wiedział, że Sai domyślił się, iż ma przed sobą oszusta, a nie prawdziwego urzędnika, który miał sprawdzić, czy ta instytucja jest całkowicie legalna. Zresztą, czemu miałoby go to obchodzić? Jako inkwizytor miał prawo kłamać i posuwać się do naprawdę złych rzeczy, jeśli w grę wchodziła możliwość zbawienia jakiejś duszy. Wszystkie grzechy odpuszczone, po trupach do celu. Wyższe dobro było ważniejsze niż jakieś tam życie materialne, na marnej ziemi.
Niemniej czuł się zobowiązany do tego, by wyjaśnić panu Pittowi, dlaczego musi umrzeć właśnie teraz i takich okolicznościach. Sądził, że tą jedną rzecz jest mu winien, nic więcej.
- Nie wszystko, obawiam się. Mam nadzieję, że pan zrozumie. To nie są żadne osobiste porachunki, tylko praca. Pan każe, sługa musi, a inkwizytorzy są przecież tylko narzędziem, których używa Bóg, by zbawić. Nie sądzi pan? - znów uśmiechnął się łagodnie, lecz tym razem w tym uśmiechu pojawiło się to szaleństwo, które beztrosko drzemało w umyśle Irysa. Cóż, był szalony. Verbum Novum zniszczyło jego stabilność psychiczną już dawno temu, teraz nie było w nim niczego, prócz całkowicie chorej miłości do nieśmiertelnych i ludzi. Nic.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sai
Chochlik


Fabularnie : Irysviel
Liczba postów : 37
Join date : 26/07/2012

PisanieTemat: Re: Apteka "Zielnik"   Sob Maj 10, 2014 6:28 pm

Miał Saia na muszce, jak kaczkę do odstrzału w czasie łowów. Chłód bił z jego oblicza, aż zanadto dawała o sobie znać zimna krew. Powinien bardziej panikować, by nie prowokować pana Watsona, który najwyraźniej świetnie bawił się tuż przy końcu spotkania, będącą egzekucją dla młodzieńca. Rzucał słowa o tym, że to obowiązek posyłać do piachu podobnych do Błękitnookiego, aby przysłużyć się Bogu. Śmiech na sali - tak nie można było zaskarbić jego miłosierdzia, coś jeszcze pamiętał z teologii. Jak nic miał do czynienia z fanatykiem, który interpretował słowa Najwyższego na swoją korzyść, do tego porównując siebie do narzędzia Boga. Na tym polu dyskusji nie miał nic do dodania, nic do zmienienia. Koncentrował swoje myśli zupełnie na czymś innym.
Na swojej mocy.
Nie, nie użyje jej bezpośrednio na panie Watsonie, ale mógłby to zrobić, i kto wie - mogłoby to przynieść lepszy skutek niż ten, który zaplanował w spontanicznej myśli. Powinien skupić się też na tym, by swoim zachowaniem nie zdradzać sposobu na wymiganie się od Przeznaczenia Bożego. Zbyt długie milczenie ze strony dotąd życzliwego Białowłosego rzucało podejrzenia, dlatego trzeba było chociaż odnieść się do ostatniego zdania herezji Inkwizytora.
Na samym końcu języka miał zupełnie inne słowa, bardziej wulgarne, aczkolwiek Sai nie przeklinał. Wulgaryzm byłby więc ostatnią rzeczą, o jaką mogliby oskarżyć chochlika. No, chyba że śpiewał czyjeś piosenki, to wtedy cytował. Tak czy inaczej powiedział niezmiennie czystym, krystalicznym głosem:
-Nie sądzę.
I nagle przed obliczem chochlika wyrosła betonowa ściana szybko odcinająca drogę między prześladowcą a ofiarą. Przy okazji lekko się schylił, żeby ten wariat nie zaczął strzelać do ściany, która mogła nie wytrzymać całej serii pocisków. Zrzucił z siebie fartuch i okulary, żeby nie mieć skrępowanych ruchów, kiedy wspinał się do okna za swoimi plecami i wyszedł przez nie uciekając z "apteki". Oby tylko pan Watson nie zorientował się prędko, iż Białowłosy już znajdował się na zewnątrz. Cholerne słońce drażniło jego czułe oczy, dlatego czym prędzej wbiegł do zaułka tak ciasnego, żeby mógł "otworzyć" jakąś ścianę kamienicy i przeniknąć do niej bez klucza. Przebiegł przez całe mieszkanie, ażeby znów "przebić się" na drugą stronę kamienicy, znajdując się już tym samym trzy przecznice od swojego dorobku życia. Był strasznie wściekły na siebie za to, iż wpuścił mordercę do siebie. Jeśli jest łowcą doskonałym, i tak wytropi Saia, tym razem bez wstępnych pogadanek. Biegł co tchu przed siebie wpadając niekiedy na ludzi, aż wreszcie zwolnił krok i starając się wmieszać w tłum szedł w jednym kierunku za facetem ze słuchawkami na uszach. Strasznie się zmęczył, poważnie drażniło go słońce, toteż zdecydował się zejść do metra, w którym miał nadzieję jakoś zgubić swoje istnienie dla Wtajemniczonych. Wiedział, że nie może w tej chwili wrócić do Kolebki, ponieważ mógłby być śledzony.

Ooc: Zastosowanie Inokinezy
Przepraszam, że tak krótko - nie mam weny...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Irys
Verbum Novum/Inkwizytor


Fabularnie : Sai
Liczba postów : 57
Join date : 11/03/2013

PisanieTemat: Re: Apteka "Zielnik"   Czw Maj 15, 2014 10:17 am

Nie sądzę? Inkwizytor zaraz po tym - wciąż z rozbrajającym uśmiechem na twarzy - nacisnął spust, żeby oddać zbawienny strzał, lecz pocisk trafił prosto w ścianę. Irys warknął i momentalnie obrócił się na pięcie, żeby zaraz wypaść na ulicę. Pamiętał aurę pana Pitta, w końcu nie bez powodu siedział tam tyle czasu. Zapamiętał ją, zapisał sobie w głowie niczym modlitwę. Pistolet znowu wylądował w kaburze, a blondyn związał długie włosy i ruszył szybkim krokiem przed siebie. Niemal nie zauważał innych ludzi na swojej drodze, bo cały czas wytężał ten "wewnętrzny wzrok", byleby odnaleźć tę jedną i konkretną osobę. Przyśpieszył w pewnym momencie, ba, zaraz po tym zaczął biec, jakby to on właśnie przed kimś uciekał i chciał właśnie w ten sposób ratować własne życie. Bo wydawało mu się, że gdzieś w oddali mu mignęła. W ogóle... to było takie zabawne, że każda istota miała swoją indywidualną aurę. Jeśli ktoś wiedział jak, to mógł ją zapamiętać i śledzić innych bez końca, do utraty życia.
Jak teraz Irys, który niemal całkowicie bezwiednie poruszał się za jej słabym śladem. Cóż, inkwizytorzy byli szkoleni w sposób dostatecznie skuteczny, by zwykły człowiek - który w siedzibie zakonu nieco... się zmieniał - potrafił dokonywać rzeczy niemal niemożliwych: jak choćby zabijanie nieśmiertelnych. Mimo ich mocy, nabytego latami sprytu czy zwiększonej siły i szybkości. Łowcy, zdecydowanie tak.
Ślad urywał się na chwilkę przy wejściu do metra. Sprytnie. Irysviel wahał się tylko przez chwilę, bo przecież to mogła być równocześnie pułapka. Ukrył jedną dłoń pod płaszczem i zacisnął dłoń na kolbie pistoletu. Tak na wszelki wypadek. I zszedł do metra pewien, że zaraz gdzieś wyczuje wyuczoną aurę i będzie mógł pomóc. Bo tylko o zbawienie tutaj chodziło i naprawdę nic więcej!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sai
Chochlik


Fabularnie : Irysviel
Liczba postów : 37
Join date : 26/07/2012

PisanieTemat: Re: Apteka "Zielnik"   Sob Lip 05, 2014 9:39 am

Cholerne metro miało kilka minut opóźnienia spowodowane jakąś usterką w panelu sterowania. Zanim poślą zastępczy model musiał zdać się na swój instynkt, zbliżony do gnębionego szczura, i przetrwać pogoń kota. Ile razy jeszcze będzie musiał ucieczką ratować swoje życie? Gdyby takich oprawców jak pan Watson dało się ściągnąć ze świata żywych bez narażenia się na jeszcze gorsze konsekwencje, ułatwiłby sobie życie. Tak to trzeba kombinować, jak teraz, aby odnaleźć sposób na przedłużenie egzystencji. Już raz był blisko śmierci, poczuł jej metaliczny smak na ustach. Nie pozwoli na podobne odczucia, gdy Blondyn strzeli w niego pocisk.
Był dość spory tłok, ludzie szemrali i co po niektórzy denerwowali się o spóźniony środek transportu. A bo spóźnią się do pracy, a bo umówili się z dziewczyną, a to znów mieli ważną przesyłkę do odbioru. Nikomu poza chochlikowi nie przyszło do głowy, że mogą być lepsze powody o pomstę do nieba. Białowłosy zaryzykował i kucnął między nogami niedoszłych pasażerów imitując wiązanie buta, ale po chwili skurczył się do rozmiarów dużego palca u ręki i wspinając się po nogawce losowego człowieka skrył się w jego kieszeni. Musiał być dyskretny, żeby nie zdradzić swojego położenia. Dopiero po fakcie dokonanym uświadomił sobie, że ów położenie jest dość kiepskie. Ten szaleniec mógłby wymordować każdego po drodze, by tylko dorwać Błękitnookiego. Lepszej alternatywy nie posiadał, był potwornie zmęczony gonitwą i rozdrażniony wcześniejszymi promieniami słonecznymi.
Wyczuł ruch. Właściciel kieszeni, w której przebywał, zrobił kilka kroków przed siebie. Nie wychylał się, towarzysząc cukierkowi siedział cicho i nasłuchiwał czegokolwiek, co mogłoby go skłonić do dalszego planowania. Nie sądził, by inkwizytor odpuścił. Fanatyk Boga najwyraźniej obrał za punkt honoru dostarczenie swemu Stwórcy ofiary z Błękitnokrwistego. Może i był inny, może i nie powinno go być wśród ludzi, ale to wcale nie oznaczało, iż ma obowiązek wąchać kwiatki od spodu. W ogóle idea uśmiercania Nieśmiertelnych w imię oczyszczania z grzechów przez samo ich istnienie wcale nie przypadała mu do gustu. Nie zdziwiłby się, gdyby w roli Boga siedział emerytowany dziadzio z laseczką będącym guru mafii, a swoim ciętym językiem i pomysłowością zaskarbił rzeszę istot podobnych do pana Watsona.
Przyszła mu zabawna refleksja do głowy. To nie Saia trzeba było nawracać, a biednego Długowłosego. Nie miał jednak ochoty ujrzenia go na oczy, bo to byłby zapewne ostatni człowiek jakiego by zobaczył w świecie żywych.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Irys
Verbum Novum/Inkwizytor


Fabularnie : Sai
Liczba postów : 57
Join date : 11/03/2013

PisanieTemat: Re: Apteka "Zielnik"   Pon Lip 07, 2014 7:41 pm

Nie czuł się pewnie w tak zatłoczonych miejscach. Już gdy schodził w dół po schodach do podziemi – metra, pardon – zmrużył oczy, przytępiając machinalnie słuch, by móc zaraz po tym wyostrzyć wzrok. To nie był dobry pomysł. Nie w stanie gorączkowego podniecenia, w który wpadł już podczas pościgu. Przytłumione dźwięki i niezrozumiałe głosy rozbrzmiewały dookoła, a dołączyły do tego jeszcze szepty w jego własnej głowie.
Zabij, zabij… ścigaj… zostawić ślady! Ofiara dla… wyższość rasowa… niegodni. Nie! Idź… nienienienie… wystarczy, żebyś… pójść dalej… zbawić… Sai… musisz… nie, stop… przecież! Sai… aura… wyraźniej! SAI PITT!
Oddech inkwizytora przyśpieszył, stał się płytki i przerywany. Wiedział, że niedługo zacznie się bać. On sam. Sam siebie i wszystkiego dookoła, ale póki mógł i miał siły, zamierzał kontynuować pościg. W końcu Bóg był zbawieniem, Bób był absolutnie wszystkim, co kiedykolwiek miał, do czego mógł zawsze wrócić… a pranie mózgu, które zafundował mu Kościół ramieniem szkoleniem Verbum Novum, tylko utwierdziło go w tym wszystkim. Ślepa wiara potęgowana zaawansowanymi zaburzeniami psychicznymi i stanami lękowymi, bo w czasie napadów bał się absolutnie tylko jednej rzeczy: Boga. Swojego własnego Boga, który przecież niby od niego mówił – schizofrenicznymi szeptami – dla którego zabijał i sam był gotów oddać życie za Niego bez względu na to, jak bardzo przyszłoby mu cierpieć przed śmiercią. Liczył się Bóg, tylko Bóg i nic więcej.
Irys omijał ludzi, cały czas szukając tej aury. Była blisko, wyczuwał ją bardzo wyraźnie, zwłaszcza że wyłączył się na wszystkie inne. Nie widział ich, wyczuwał tylko tego konkretnego nieśmiertelnego, który miał dostąpić niebawem wielkiej łaski zbawienia. Ale nie tutaj. Najpierw będzie musiał wyciągnąć go na zewnątrz, przecież nie chciał straszyć ludzi, nie chciał nikogo krzywdzić, a Sai miał otrzymać tylko zapewne długo wyczekiwaną pomoc dla jego biednej i zagubionej duszy. Ot, zbawienie. Bez nadmiernej przemocy, wszystko miało przebiec zgodnie z procedurą ustaloną przez Zakon wieki temu. Nic więcej.
- Gdzie się schowałeś? – zamruczał sam do siebie, przebijając się przez cały ten zgiełk na zewnątrz i wewnątrz jego własnego ciała. Był blisko celu, cholernie blisko, doskonale o tym wiedział! Zmarszczył brwi, nerwowo poruszając palcami na kolbie swojej broni, cały czas ściskał ją kurczowo, jakby miała uspokoić rozkołatane serce i zwolnić oddech, bo do tego nie potrafił się w tej chwili zmusić, za nic. Stawał się gościem własnego pobudzonego organizmu.
Stanął dokładnie za plecami mężczyzny, w którego kieszeni schował się Sai. Wyostrzony wzrok do granic możliwości ludzkiego ciała po prostu wyłapywał poruszenia tuż za materiałem. Czuł aurę. I, co gorsza, nie był głupi, a wyszkolenie przygotowały go nawet na takie sytuacje. Pochylił się, by również udać, że zawiązuje buta, a gdy się podnosił, a jego twarz znalazła się na wysokości ukrytego nieśmiertelnego, szepnął cicho:
- Mam cię.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sai
Chochlik


Fabularnie : Irysviel
Liczba postów : 37
Join date : 26/07/2012

PisanieTemat: Re: Apteka "Zielnik"   Sro Lip 09, 2014 9:09 pm

Jak mógł przechytrzyć kogoś, kto niemal na wylot znał zachowanie Nieśmiertelnych, wiedział jak ich tropić i przy tym nie okazywał żadnych skrupułów? Musiał wpaść prędzej czy później, aczkolwiek nie wierzył w to co usłyszał. I do kogo należał ów głos.
Od oprawcy dzielił go materiał jeansów spodni nieznajomego pasażera metra, który zdołał dostać się do swojej upragnionej miejscówki. Za to położenie chochlika było cholernie trudne. Niemal czuł jak przewierca się wzrok Blondyna przez tkaninę i z triumfem oznajmił swoją wygraną w grze "w kotka i myszkę". Ów mysz siedziała cicho i tylko strużka potu spływająca mu za kark była jedynym świadectwem lęku. Owszem, zimna krew pomagała mu zachować trzeźwe myślenie, lecz nie jest ono na tyle skuteczne, by przezwyciężyć lęk. Musiał dodatkowo w bardzo krótkim czasie zdecydować się na jeden wariat, który uratowałby jego życie, albo odwlekłby w czasie wydanie egzekucji. Miał tylko kilka sekund na zaskoczenie inkwizytora i samego siebie. Inaczej będzie po nim. Jakiś radykalny krok pozwalający na odrobinę przewagi w sytuacji...
Musiał zaufać intuicji.
Upewnił się dokładnie skąd powietrze wydobywające się z nozdrzy pana Watsona biło w jego kierunku, żeby wycelować swój "atak". Zdołał ledwie co wychylić się z kieszeni spodni, a już wskoczył na głowę Długowłosego. Wystarczył ten kontakt fizyczny, by zainicjować swoją moc. Mimo wszystko ryzyko było ogromne. Jedno strząśnięcie z głowy i już leżałby na ziemi zupełnie bezbronny, najprawdopodobniej zmiażdżony przez but prześladowcy. Za wszelką cenę chwyt za kosmyki włosów mężczyzny musi być silny i pewny, aż do chwili gdy czar zacznie działać. Zdecydował się na krok, który był dla niego jedynym wyjściem. Już po chwili inkwizytor mógł poczuć ciepłe mrowienie ciała... kurczącego się ciała. Nie minęło kilka sekund, a Sai i on byli tego samego wzrostu, z tym że prześladowca nie miał broni, która teraz stanowiła element wystroju posadzki. Kilkadziesiąt butów i obcasów mijały ich w zastraszającym tempie, ale wróżek stał w miejscu przed na pewno poirytowanym napastnikiem i utkwił w nim błękitne tęczówki. Dlaczego nie uciekał? Może miał pewne wyrzuty sumienia, iż zmuszony był do skurczenia pana Watsona? A może coś innego na myśli?
-Nadal uważasz, że to także było wyreżyserowane przez Boga?
Przez "to" miał na myśli pozbawienie Irysa normalnych rozmiarów ciała oraz gwarantowane wybicie z rytmu łowcy. Mając wyczulone zmysły w tym miniaturowym ciele w samą porę odskoczył na bok, żeby nie zostać zgniecionym przez szpilkę damulki z pudelkiem. O tak, w tej przestrzeni i wielkości czaiło się o wiele więcej niebezpieczeństw. Nawet pająk mógł być drapieżnikiem, z którym będzie się mieć styczność przed śmiercią.
Sam nie wiedział dlaczego, lecz nie mógł odejść. Akcja dodała mu adrenaliny, dawno nie czuł się tak ożywiony jak teraz. Dodatkowo przed sobą miał przystojniaka o szaleńczych, fanatycznych wielbieniach i zachowaniu, zdeterminowanego go eksterminacji Białowłosego i jemu podobnych. Coś go kręciło w tym pokręconym zdarzeniu. A może nie coś, tylko... ktoś?

Ooc: zmniejszenie Irysa na 3 tury.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Irys
Verbum Novum/Inkwizytor


Fabularnie : Sai
Liczba postów : 57
Join date : 11/03/2013

PisanieTemat: Re: Apteka "Zielnik"   Pon Lip 14, 2014 11:47 am

Tutaj wcale nie chodziło o tryumf, o wygraną, chodził o coś o wiele ważniejszego niż takie błahostki. Chodziło o DUSZE. Dusze, która po prostu musiała błagać o pomoc, której należało tej pomocy udzielić za wszelką cenę, nawet jeśli grzeszne i butne ciało nie zamierzało się z tym godzić! Taka była misja inkwizytorska, nic więcej. Nie cieszył się z tego, że znalazł wróżka, raczej o wiele bardziej radował go fakt, że teraz może wyciągnąć do niego pomocną dłoń. Uzbrojoną.
Irys nie spodziewał się jakiegokolwiek ataku, zazwyczaj kiedy nieśmiertelni zaczynali już uciekać, to uciekali do samego końca, żeby zginąć – dość niechlubnie – z pociskiem z tyłu głowy lub nożem w plecach. Żaden nigdy nie poważył się na tak bezpośrednią konfrontację, o ile nie rozpoczął jej już na samym początku. Spomiędzy zaciśniętych zębów wydobył się wściekły syk, godny całego roju pszczół, gdy Sai wskoczył na niego. Typowo ludzkim odruchem spróbował strząsnąć go i jeszcze zepchnąć dłonią, lecz nie do końca udał mu się ten manewr. Zamarł całkowicie i zesztywniał na chwilę, gdy poczuł to dziwaczne mrowienie na swoim ciele. Obserwował, jak pistolet w jego dłoni nagle rośnie i staje się tak ciężki, że nie może go już utrzymać. Musiał go puścić.
Przez pierwszą chwilę nie rozumiał, co właściwie się stało. Wszystkie zmysły wróciły do swoich normalnych, ludzkich standardów, a on sam – bo wtedy chyba zaczęło do niego docierać, co właściwie się stało – rozejrzał się powoli, a nogi ugięły się pod nim i w jednej chwili wylądował na kolanach. Zatrzymał spojrzenie rozszerzonych źrenic na broni, która leżała obok. Nie mógł oderwać od niej wzroku, szepty w głowie rozbrzmiewały gorączkowo i zaczęły się ze sobą zlewać. Zawiódł! Mógł niby wciąż wykorzystać stare i dobre sposoby, czyli skręcenie karku, ale… ale dla niego już było na to za późno. Zadrżał, przymykając oczy. Szept zmieniał się w krzyk w jego myślach, nie umiał skupić się na niczym innym. I zaczynał się bać. Strach zawiązał lodowy supeł na jego wnętrznościach, a Irys nie był w stanie nawet za bardzo się ruszyć. To było paniczne przerażenie, nic więcej. A kiedy usłyszał głos swojej niedoszłej ofiary, odwrócił się szybko w jego kierunku i spojrzał na niego z tym niegasnącym strachem w oczach – a nie, jak podejrzewał Sai, irytacją czy nawet wściekłością.
- Co? – zapytał cicho, przy czym głos zadrżał mu trwożnie. Nie zrozumiał nawet jednego słowa, które wróżek powiedział. Nawet jednego!
Wszystko dookoła było jazgotem, buczeniem, zlewało się w jedną i absolutnie niezrozumiałą kakofonię dźwięków, której nie mógł nawet znieść.
Zacisnął mocno powieki i przycisnął mocno obie dłonie do skroni, pochylając głowę. Cały jakoś tak się skulił w sobie, z tego cholernego i irracjonalnego strachu. Bał się otworzyć oczy, koszmarnie przerażało go to, co może ujrzeć po ich otworzeniu, bez względu na to, czym by to nie było. Nie był w stanie logicznie myśleć, w ogóle myśleć. Chciał tylko stąd – najlepiej by było – uciec, znaleźć się jak najdalej stąd, w ciszy i spokoju. Nie interesowałoby go, gdzie właściwie ani nawet z kim. Byleby dalej!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sai
Chochlik


Fabularnie : Irysviel
Liczba postów : 37
Join date : 26/07/2012

PisanieTemat: Re: Apteka "Zielnik"   Pon Lip 14, 2014 2:44 pm

Irysvielu, Twe życzenie zatem stało się rozkazem.
Przy skulonym inkwizytorze widniała sylwetka chochlika, który lustrował dokładnie zachowanie jego prześladowcy. Cóż z tego, że chciał zbawić jego duszę śmiercią ciała, w tym momencie nie widział w nim wielkiego zagrożenia. Mógłby go tak zostawić - ba, narazić na zadeptanie na śmierć przez wielkoludów, a mimo wszystko tego nie zrobił. Wprost przeciwnie, nachylił się tak, by poderwać z ziemi i nieść na swoich zimnych jak lód rękach Blondwłosego przystojniaka niczym pannę młodą (nawet długość włosów się zgadzała) między obuwiami gigantycznych pieszych. Mocniej ścisnął pana Watsona ku sobie, by mieć pewność, iż w porę odskoczą na bok w razie niebezpieczeństwa. Dało się wyczuć intensywny zapach chabrów, specyficzną wizytówkę Sai'a, a zwłaszcza wtedy, gdy wykonywał iście akrobatyczne sztuczki mające na celu oddalenie się z zatłoczonego chodnika. A na końcu pokazów... zapadli się w ścianie, jakby wpadli do wody.
Przebyli tak kilka warstw ściany (cegłę, styropian, izolację), i wystarczyło to do tego, by zgiełk świata olbrzymów przycichł niemal do zera. I tak - byli w mysiej dziurze, jedną z wielu na peronie metra. Ostrożnie posadził go na kępce trawy, którą zniósł gryzoń do swojego legowiska, natomiast Błękitnooki kucał wciąż przy trzymającym się za głowę Narzędziu Boga. Musiało to być dla niego traumatyczne przeżycie, jeszcze do teraz miał zamknięte oczy i dygotanie rąk. Cóż, Sai też miał w swoim życiorysie coś, co prawie że zniszczyło jego psychikę. Na inny sposób jak Irysa. Lodowata dłoń przejechała czule po czole Długowłosego chcąc go ostudzić z emocji. Chochlik nie wyrażał sobą większych uczuć, chociaż serce biło dość głośno. Nawet na moment zawiesił rozmarzony wzrok na inkwizytorze, lecz w porę oprzytomniał. Przecież był tym, który eliminował Nieśmiertelnych! Dlaczego mu pomógł? Na pewno nie dla dobra ogółu, bo każdy inny życzyłby mu prędkiego zgonu.
Ogół nie dbał o interesy Sai'a, toteż nie liczcie na odwzajemnienie. Zrobił to tylko dla siebie.
Opuszkami palców delikatnie trącił ściśnięte palce Irysa, po czym cofnął się o krok i sięgnął do swojej kieszeni po paczkę własnych ziółek. Wyciągnął pasemko zieleni i umieszczając w swoich ustach prawie jak gumę do żucia miętosił medykament regulujący jego temperaturę ciała. Nie powinien przebywać tak długo na słońcu, ani tłocznych miejscach, gdzie o te kilka stopni było cieplej. Nie odrywając czujnego mimo wszystko wzroku od Wysłannika Boga żuł w ciszy, nawet jeśli myślami był daleko. W innej alternatywnej rzeczywistości pełnej scenariuszy ich wspólnego spotkania. Mógł od samego początku udawać, że nie ma nikogo w aptece, lecz pan Watson nie wyglądał podejrzanie. Nie, nie narzekał na ten los, jednak jego głowa kreowała o wiele piękniejsze, milsze doznania. Tak bardzo tęsknił za czymś czego nigdy w życiu nie miał, że pożądał zmian. Już niezły wstęp zaserwował mu sam Blondyn, chochlik powinien dokończyć dzieła...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Irys
Verbum Novum/Inkwizytor


Fabularnie : Sai
Liczba postów : 57
Join date : 11/03/2013

PisanieTemat: Re: Apteka "Zielnik"   Pon Lip 14, 2014 5:34 pm

Nie był w stanie się uspokoić, za nic. Wśród tego ogłuszającego zamętu słyszał tylko bicie swojego przestraszonego serca i nic więcej. Wobec tego właśnie na tym się skupił. W myślach począł liczyć jego uderzenia – zachował dość trzeźwego pomyślunku, aby móc to jednak zrobić i nie zwracał już uwagi na nic innego, pochłonęła go ta próba całkowitego wyciszenia się, że nawet nie zauważył, że Sai do niego podszedł. Na chwilę, dosłownie na chwilkę, wyrwało go z tego stanu oderwanie się od ziemi.
- Parzysta – westchnął z ulgą, wciąż nie otwierając oczu. Prawie się pomylił, ale pomógł mu fakt, że podczas tego krótkiego momentu rozproszenia, miał w głowie liczbę parzystą. Gdyby nią nie była, z całą pewnością stałoby się coś strasznego! Tego był całkowicie akurat pewien! Z tego na pozór idiotycznego wyliczania uderzeń własnego serca zrobił tarczę przed wszystkim innym – chociaż jakieś łomotanie z jednej strony nieco burzyło stan skupienia. Czuł chłód i otaczał go zapach kwiatów, który dodatkowo zdawał się jakimś cudem… koić zmysły. Wyciszać szepty dookoła, które i tak zastygły, gdy i te dźwięki na zewnątrz z dziwnych przyczyn ucichły.
Napięte mięśnie rozluźniły się, lecz inkwizytor wciąż nie zebrał się na odwagę, by otworzyć oczy. Ktoś go chyba niósł. Niósł? Ktoś z Zakonu? Tak, na pewno tak właśnie było. Dowiedzieli się i teraz przysłali jednego z braci, aby zabrali stamtąd Irysa. A nieśmiertelny zapewne uciekł, korzystając z okazji. Sai? Tak, Sai Pitt. Nim zajmie się później, najpierw dojdzie do siebie i odpocznie. To na pewno była kwestia zmęczenia, cała ta sytuacja, zdecydowanie tak. Ostatecznie nie dopuszczał do siebie myśli, że z jego psychiką może być coś nie tak. Chorzy niekiedy tak mają, że wypierają swoją chorobę, nawet jeśli cała reszta świata doskonale zdaje sobie sprawę ze stanu rzeczy.
Odetchnął głębiej, gdy znowu wyczuł pod sobą stały grunt. Pomasował mocniej skronie i nieco instynktownie przysunął głowę bliżej zimnej dłoni. Zamruczał z wdzięcznością – w końcu uważał, że ma przed sobą człowieka. Jak na kawał takiego zabijającego bez skrupułów sukinsyna to dla zwyczajnych i biednych śmiertelników był po prostu aniołem w ludzkiej skórze. Pieprzone uosobienie dobroci i tak dalej. Każdemu w stanie był pomóc, pracował społecznie… jeśli chodziło o ludzi, to potrafił być równie naiwny. Potrafił wierzyć czasami w nawet najbardziej absurdalne kłamstwa.
Ale uznał w końcu, że może otworzyć oczy i że siły mu nie zabraknie, a nawet jeśli zakręci mu się w głowie, to da radę się nie porzygać. Tak, było prawie że w porządku! Odetchnął głęboko i na początek opuścił obie dłonie. Zmarszczył brwi, wyczuwając pod nimi coś… coś jakby słomę? Siano? Na do tej pory bladej z tego cholernego strachu twarzy pojawiły się nawet już rumieńce. Powolutku otworzył oczy i zerknął najpierw w dół.
- … co to jest? – zapytał tylko z lekka zachrypniętym głosem. I dopiero wtedy podniósł wzrok i gdyby nie czuł się jak wypruty ze wszystkich mięśni, to na pewno by się poderwał! Ale cóż, trochę odsunął się do tyłu, wciągając powietrze z sykiem przez zaciśnięte zęby i machinalnie chciał zacisnąć dłoń na kolbie broni. Kłopot tkwił w tym, że wcale jej nie miał i palce napotkały jedynie pustą kaburę. Chwila. To znaczyło, że ON go tutaj przeniósł? Niby po co? Irys odchrząknął, ale na podłodze jeszcze został i tylko patrzył na Sai’a wilkiem zza długich, jasnych kosmyków, które nieco przysłoniły mu twarz. – Na co czekasz? – warknął. Jakby nie patrzeć, on i tak był pewien, że zaraz wróżek go zabije i ot, koniec zabawy. Bo on, jako inkwizytor, zrobiłby tak od razu, nie czekając na nic! Przez myśl by mu nie przeszło jak na razie, że mogą istnieć jakiekolwiek inne powody!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sai
Chochlik


Fabularnie : Irysviel
Liczba postów : 37
Join date : 26/07/2012

PisanieTemat: Re: Apteka "Zielnik"   Wto Lip 15, 2014 1:48 pm

Żując zioła nie odrywał oczu od inkwizytora, który powoli wracał do świata żywych. Właściwie gdyby tylko istniała możliwość zatrzymania czasu, to wykonałby go w chwili, kiedy Blondyn siedział na słomie z lekkim rumieńcem na policzkach. Wtedy też przemknął się na kilka sekund uśmiech na obliczu chochlika, lecz nie taki drwiący czy ironiczny... o nie. To był jeden z tych uśmiechów, które potrafiły powalić na kolana - taka drzemała w nich potęga. Zniknął jednak prędko, gdyż nadal przed sobą miał jakby nie spojrzeć wroga, a takimi gestami obdarowuje się kogoś więcej niż przyjaciela. Oślepiony ideą uratowania duszy wróżka nie widział w młodzieńcu nic poza swoją należnością do Nieśmiertelnych. Jak mógłby mu pomóc przejrzeć na oczy? Wpatrzony w Najwyższego nie widział innego świata poza jego Boską Wolą. Musiał mieć pewien dar od niego, skoro tak zawzięcie pragnął zbawienia wszystkich, którzy nie mogli nazwać siebie ludźmi. Dar albo przekleństwo.
W końcu odważył się odpowiedzieć na pytanie postawione wprost do Zimnoskórego. Zanim to jednak zrobił, przełknął zioła, które żuł, a następnie wykonał pierwszy krok ku wyciągnięcia przystojnego, ale zbyt mocno uzależnionego od Boga Irysa. Dosłownie i w przenośni. Wpatrywał się jak zahipnotyzowany na swój niebezpieczny obiekt westchnień.
-Chciałem jeszcze raz przyjrzeć się Twoim oczom... -maska powagi ustąpiła lekkiej iskierce czułości tlącej się w błękitnym spojrzeniu Sai'a- ...było warto.
Zrobił jeszcze jeden krok ku człowiekowi i kucnął tuż przed nim. Ostrożnie, by nie spłoszyć lub nie sprowokować do drastyczniejszych działań. To, że teraz wydawał się niepozorny już raz zgubiło chochlika. Wtedy, w aptece, naprawdę myślał, iż ma do czynienia z inspektorem policji. Mimo wszystko przyciągał go jak magnes i nie mógł bez słowa odejść od jego przyszłego kata. Bo wiedział, że nie odpuści mu. Zbyt wiele poświęcił czasu jak na jednego grzesznika, by ot tak sobie darować dalsze metody pochwycenia i uleczenia duszy Białowłosego.
-Nie zapomnę o Tobie. Nie dlatego, że chciałeś mnie zabić -delikatnie dwoma palcami przeniósł pasemko włosów Irysa zasłaniające dotąd jego cudne oblicze- -ale dlatego, że przez chwilę czułeś się dobrze w moich ramionach.
Pogładził go podobnie jak przedtem palcami po czole, do których wcześniej Irys lgnął bladym policzkiem. Nie liczył, że powtórzy to samo mając świadomość z kim ma do czynienia, lecz może pozwoli mu utrwalić w pamięci ten moment, kiedy byli sobie bliscy. Sai nie wycofał się z pozycji kucającej, lecz dłoń pachnącą niebieskim kwieciem zawiesił w próżni. Spotkanie dwóch wariatów nie może być nudne.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Irys
Verbum Novum/Inkwizytor


Fabularnie : Sai
Liczba postów : 57
Join date : 11/03/2013

PisanieTemat: Re: Apteka "Zielnik"   Wto Lip 15, 2014 3:42 pm

Na całe szczęście – albo i nieszczęście, kto wie? – Irys nie dojrzał tego uśmiechu, wówczas zbyt zajęty wciąż liczeniem uderzeń swojego serca oraz ogólnym uspokojeniem organizmu. Wziąłby to za podstęp, który… który musiał mieć na celu coś cholernie złego, tak? Tak! Nieśmiertelni zabijali braci z Verbum Novum i vice versa, przecież to było równie naturalne, co oddychanie! Było tak już od dobrych stuleci, jak można było niby wierzyć w dobre chęci tych potworów bez duszy? Inkwizytor raz miał styczność z nieśmiertelnym, prawie mu zaufał! Jak dobrze, że jednak przejrzał zawczasu na oczy!
Zmrużył oczy i wbił roziskrzony ze złości wzrok w Sai’a. Co to był za podstęp? I jeszcze ten dziwny błysk w oku! O nie, nie. To mu się nie podobało. Ani myślał, żeby porzucić swoją wściekłość czy może aż nazbyt wyraźną niechęć. W końcu to musiała być jakaś pułapka! Na pewno. Próba jego wiary i woli, tak, zdecydowanie tak. Problem z Irysem był taki, że on po prostu nie rozumiał takiej… zwyczajnej czułości. Cale życie spędził w swoim zakonie, a później nie zajmował się już niczym innym niż ściganie i „zbawianie” nieśmiertelnych. A to zajmowało tyle czasu…
Znowu się odsunął – nie, tak naprawdę to panicznie odskoczył do tyłu – ale tym razem jego plecy napotkały już ścianę, w której gdyby mógł, to chyba by się zapadł. Nie lubił kontaktu fizycznego. Tak ogólnie za nim nie przepadał, a już na pewno nie wtedy, gdy właścicielem dłoni był jakiś nieśmiertelny! I nieważne, jak przyjemnie chłodna byłaby ta ręka! Nie i koniec, jasne?
- Dotknij mnie jeszcze raz, a połamię ci te łapska – warknął. A zaraz po tym odwrócił wzrok gdzieś w bok. – G-gdy wstanę – dodał po chwili, już tak trochę jakby mniej pewnie. Nie odpowiadała mu pozycja, w której się znalazł. Tak na dobrą sprawę, to absolutnie nic mu w tym momencie nie pasowało i najchętniej by stamtąd zniknął. Nie rozumiał, o co tej białokudłej łachudrze chodzi. Na razie nie był w stanie objąć rozumem, jak patrzy na to Sai. Tego w czasie szkolenia go nie nauczyli. Skąd więc miał wiedzieć?
Rozejrzał się powolutku i ostrożnie dookoła, szukając potencjalnej drogi ucieczki. W zasadzie nie powinien uciekać – w końcu to on był tutaj łowcą… prawda? – ale w takim stanie i bez broni raczej wiele zdziałać nie mógł. Chyba że… khem, zawsze zostawały te głupie metody kaznodziejów. Co mu szkodzi spróbować? Nawet jeśli nie pomoże za bardzo, to może jakoś poprawi ledwo zauważalnie jego sytuację.
Wściekły błysk w oczach nieco złagodniał, lecz wciąż spojrzenie było przeraźliwie zimne. Jak prawdziwa góra lodowa, nawet jeśli miały kolor letniego nieba.
- Bóg... – zaczął powoli i przełknął głośno ślinę, cały czas obserwując Sai’a kątem oka. – Bóg wybacza wszystkim, o ile oddadzą się jego sługom i zechcą wyjawić… swoje winy przed jego obliczem. Spokój duszy i życie nieśmiertelne w zamian za materialne życie grzesznego ciała. To dobra oferta – zakończył, coraz bardziej ściszając głos, aż pod sam koniec przypominał szept. To nie była jego wina, że to spojrzenie przywiercało go do tej głupiej ściany i nie mógł dość spójnie zebrać myśli, czy powiedzieć to, co miał na myśli!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sai
Chochlik


Fabularnie : Irysviel
Liczba postów : 37
Join date : 26/07/2012

PisanieTemat: Re: Apteka "Zielnik"   Sob Sie 30, 2014 8:20 pm

Ani trochę nie podobał mu się przebieg rozmowy ani zachowanie "gościa". Zupełny fanatyk Najwyższego... Jeszcze do tego tak brutalnie skarcił czułości Chochlika jakby były odrażające. Albo wcale ich nie znał. Mimo wszystko uraził go bardziej niż było to po nim widać. W sumie nie mógł za wiele się spodziewać po osobie, która zbawia grzeszne dusze, a tymi duszami byli niby Nieśmiertelni.
-Bóg to, Bóg tamto... -mruknął z niesmakiem uciekając na chwilę wzrokiem od "ofiary", która tak bardzo była zapatrzona we swojego Przełożonego, że nawet będąc w niebezpiecznej sytuacji broniła się tym mianem do ostatka; bez większego rezultatu- Ciągle tylko On. Gdybym chciał Go bliżej poznać, poszedłbym do pierwszego lepszego kościoła, gdzie wyznają Jego kult. Zgaduję, że ów oferta, którą przytoczyłeś, też należy do Boga, a nie do Ciebie.
Spojrzał krótko na tani, w plastikowej obudowie zegarek na nadgarstku i zmrużył oczy. Czas ich wspólnego spotkania dobiegał końca, a to za sprawą zaniku mocy skurczającej posturę Inkwizytora. Pora podkręcić tempo, a nie cackać się, zanim Blondyn się zmyje lub pobiegnie po spluwę i zastrzeli Wróżka. Podniósł się z kucek i cofnął się od przystojniaka, by sprawdzić czy mysi właściciel nory nie wraca zbyt wcześnie. Jeszcze nie, mają kilka minut dla siebie. I cóż z tego, skoro odbiorca prowizorycznych uczuć nie nadawał na tych samych falach, ba - wciąż był spięty, zły, jak nie wściekły za całą sytuację. Zawsze można spróbować, tak jak to uczynił towarzysz, pogadać. Kto wie, może uda się Sai'owi nieco bardziej nakreślić osobowość oddanego Sługi Bożego. Bo wiedział, że pod maską służalności kryła się o wiele bardziej interesująca i pociągająca postać.
Przyjął poważniejszy wyraz twarzy, a ogniki rozpalone pożądaniem zgasły, gdy rzucił w eter następujące pytanie:
-Powiedz co zrobiłbyś, gdyby ta chwila, która trwa, była ostatnią w Twoim życiu?
To nie miało zabrzmieć jak groźba, lecz miały skłonić rozmówcę do refleksji. Wciąż przyglądał się Długowłosemu o lodowatym spojrzeniu, i liczył po cichu na coś innego niż kolejny wykład o Bogu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Irys
Verbum Novum/Inkwizytor


Fabularnie : Sai
Liczba postów : 57
Join date : 11/03/2013

PisanieTemat: Re: Apteka "Zielnik"   Sro Wrz 10, 2014 1:47 pm

Irys za swojego Boga gotów był nawet i zginąć. Został wychowany w Zakonie i w zasadzie nie znał niczego innego niż bezgraniczne oddanie Stwórcy. Wprawdzie widział i normalne rodziny, zwykłych ludzi, którzy wcale do szczęścia nie potrzebowali przekonania, że są bożymi narzędziami i ich jedynym celem w życiu jest zbawianie nieśmiertelnych ku chwale Pana, ale to niczego nie zmieniało. Został powołany i nie miał prawa wyboru. Powinien po prostu zaakceptować stan rzeczy i wypełniać przydzieloną mu misję, bez sprzeciwu czy wątpliwości – nawet jeśli ostatnimi czasy udało mu się niemal przez kotłujące się wewnątrz skrupuły załamać.
- Bóg to wszystko – syknął z równym niesmakiem, o ile nie większym. Dla niego, jako inkwizytora o fanatycznym usposobieniu, owszem, był. I naprawdę potrzeba by było masy czasu, aby stan rzeczy zmienić… O ile ktokolwiek postanowiłby spróbować. – Boża oferta jest również moją. Oferuję łaskę zbawienia, to bardzo dużo dla zbrukanej duszy.
Irys był w tej chwili nieco… bezradny. Nie miał broni, na dodatek znajdował się, o zgrozo, w mysiej dziurze pod wpływem mocy chochlika. Czy mogło być gorzej? Wciąż do końca nie wyszedł z szoku i tego dziwacznego ataku paniki, który spowodowały zaburzenia psychiczne. Na razie nie próbował żadnych ze swoich sztuczek, bo sądził, że nie ma dość sił. Zawsze mógł też po prostu zostawić teraz wróżka i postarać się mu umknąć – trochę jak tchórz – aby odnaleźć go w innych, bardziej sprzyjających mu okolicznościach. A do wali wolał się nie mieszać, kiedy jego wygrana nie była całkowicie pewna. Tak przezornie.
Inkwizytor zmrużył wściekle oczy. Dla niego to nie było nic innego niż rzucona w jego kierunku groźba. Bo niby co innego?
- Modlitwa – mruknął jednak, na razie nie chcąc prowokować nieśmiertelnego do ataku. Skąd miał wiedzieć, czy Sai nie wyskoczy zaraz z… z czymkolwiek?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sai
Chochlik


Fabularnie : Irysviel
Liczba postów : 37
Join date : 26/07/2012

PisanieTemat: Re: Apteka "Zielnik"   Pon Lut 16, 2015 4:45 pm

Mierzyli się spojrzeniami, które to ze strony Irysviela nie ulegało poprawie, wręcz zaostrzeniu. Źle interpretował zamierzenia Sai'a, bo ich nie chciał znać, albo nie wierzył. Wszystko, cokolwiek powiedział, opierało się o Najwyższego. Szef nieźle zbałamucił wiernego wyznawcę, który nawet w obliczu śmierci wybrał kult. Żadnej osobistej pasji, żadnych marzeń nie związanych z religią - chyba że wytępienie wszystkich grzeszników. Nic indywidualnego, nic przypisanemu tylko jemu. Przykre, bardzo przykre. Może i chochlik nigdy nie był aż tak zatwardziałym wyznawcą chrześcijaństwa, jednak nigdy nie przyszło mu do głowy, że istnieją ludzie zdolni do takich wyrzeczeń. Tylko w imię Boga.
-Modlitwa... -mruknął z nutą rezygnacji, lecz kilka ruchów dłonią po swojej białej jak śnieg czuprynie sprawiło, iż- ... to takie banalne. Jak nie ścigasz "grzeszników", to modlisz się o ich nawrócenie.
Rzucił jeszcze raz okiem na zegarek i zmrużył powieki. Dlaczego nie potrafił wydobyć ze swojego prześladowcy czegoś innego niż tylko bezgraniczne oddanie Bogu? Widocznie jedna rozmowa między pociskami od pistoletu zabójcy a gadką-na-tajniaka w aptece to za mało. W sumie nie dziwił się, chociaż naprawdę był bliski przełamania lodów - w jego mniemaniu wtedy, gdy we wtulającym się w niego Inkwizytorze dostrzegł istotę tak dobrą, tak potulną i ciepłą, że z miejsca zauroczył Szaroskórego gostka, któremu nikt nigdy nie podał pomocnej dłoni. Ten jeden moment obrócił życie Sai'a do góry nogami. Nie słowa o Bogu, nie o tym, że musi być zgładzony z win przez śmierć.
Jednak czas zerwać tę nikłą nić przywiązania stanowczym gestem.
-W takim razie możesz się już modlić w intencji przejrzenia na oczy, panie Watson. Chociaż raz pomyśl o sobie.
Ale on w przeciwieństwie do Blondyna nie "oświecił" go poprzez śmierć. Zostawił go samego w mysiej dziurze, na dwie minuty w skurczonej postaci, a sam oddalając się od napastnika był na siebie zły. Nie dlatego, iż nie pozbawił życia Irysviel'a, ale dlatego, że nie był w stanie do niego dotrzeć. Będzie musiał przemyśleć i rozgryźć ten problem poza strefą niebezpieczeństwa. Może będzie mieć kilka godzin spokoju, zanim znów Inkwizytor zdepcze mu pięty i zniszczy dobra materialne - jak chociażby źródło zarobku w postaci apteki. Może nie będzie mieć szczęścia i zostanie zabity. Jednak nie żałował swojego spotkania z naprawdę interesującym, szalonym, maniakalnym wyznawcy Boga. Wyciągnął z tych kilku godzin więcej esencji życia niż przez kilkanaście lat swojej egzystencji na łez padole.

z tematu

Ooc: koniec zaklęcia
Dzięki za pisanie, wybacz, że dopiero teraz odpis.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Apteka "Zielnik"   Today at 4:26 pm

Powrót do góry Go down
 
Apteka "Zielnik"
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Apteka Przyszpitalna

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Nieśmiertelni ~ Kolebka Upadłych Aniołów :: Londyn :: East End-
Skocz do: