IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Sai Pitt

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Sai
Chochlik
avatar

Fabularnie : Irysviel
Liczba postów : 37
Join date : 26/07/2012

PisanieTemat: Sai Pitt   Czw Kwi 17, 2014 12:38 pm

Godność:  
Zmyślone dane osobowe najlepiej układają się w ustach naiwnych istot, o ile są proste albo melodyjne. Albo brzmią znajomo. Sai Pitt – czy zalicza się do tej grupy? Sami oceńcie.

Wiek:
19 lat. Z czego dopiero ostatni rok można zaliczyć do w miarę przeżytego.

Płeć:
Mężczyzna – i żeby nie było wątpliwości, ma wszystko na swoim miejscu.

Orientacja:
Ma różne kaprysy, w tym też jeśli chodzi o preferencje seksualne. Raz chłopczyk, raz dziewczynka, a raz nikt. Nie jest zoo- ani pedofilem.

Pochodzenie:
Urodził się w podziemiach, kilometr pod powierzchnią. Trudno sprecyzować gdzie dokładnie, lecz na pewno na terytorium Wielkiej Brytanii.

Rasa:
Jak w każdej nacji istnieje podział na tych szanowanych i lubianych, oraz na gardzonych i znienawidzonych przedstawicieli swojego gatunku. Sai zaliczał się do tej drugiej grupy, ponieważ był chochlikiem – najmniej docenianym we społeczeństwie Wróżek. Ale miał głupie schematy gdzieś.

Ranga:
Chochlik, ot po prostu.

Moce:
Infrawizja – widzenie w podczerwieni w zupełnej ciemności (bez żadnego źródła światła) przydaje się do zlokalizowania istot, które wydzielają ciepło z organizmu. Nawet jeśli jego umysł poddany jest halucynacjom czy manipulacji, obraz nie rozmazuje się i nie zniekształca się. Dzieje się tak przede wszystkim dzięki nietypowej budowie gałek ocznych.
Inokineza – umiejętność kontrolowania przestrzeni, zakrzywiania jej i tworzenia obiektów. Najczęściej stosuje inokinezę do szybkiego postawienia przeszkody, odgrodzenia się od rzeczywistości, natychmiastowego zakopania się pod ziemię, ale jak najbardziej przydaje się również w walce. Może tak zagiąć otoczenie, żeby wessało nogi wroga, albo wyrosła tuż przed nim ściana.
Zmiana rozmiaru innych osób i rzeczy – nic więcej nie kryje się pod tą nazwą. Wiadomo tylko, że działa tylko przez określony czas, w zależności także od gabarytów obiektu i jego nasycenia magią. Im przedmiot mniej odporny na ingerencję w jego strukturę, tym efekt trwa dłużej. Najczęściej Sai używa tej zdolności do zmniejszania rzeczy, by mieściły się w jego kieszeni.
I… wrodzone.

Umiejętności:
-Przede wszystkim ma świetny słuch i krystalicznie czysty głos, dlatego nie zaniedbał swojego daru i szlifuje swoje zdolności w wędrownych zespołach lub solowymi zagraniami w knajpach. Najczęściej jednak gra na gitarze niżeli śpiewa.
-Odznacza się dużą, ale nie nadzwyczajną zręcznością, szybkością i wytrzymałością fizyczną – nie obcy mu parkour.
-Słyszy szmer ze znacznej odległości, a wśród zgiełku potrafi wyodrębnić interesujący go dźwięk lub najcichsze słowo. Czasami jest to wadą, kiedy komponuje lub układa nuty do gry na gitarze.
-Ostatnio zainteresował się swoimi korzeniami, toteż pochłonął się w zielarstwie, a przy tym wyrabia najlepsze narkotyki w mieście – przy tym dileruje, taki sposób na życie.
-Potrafi nie zmieniać pozycji przez kilka godzin oraz nie straszne mu małe, zamknięte pomieszczenia.
-Inne umiejętności są owiane tajemnicą.

Wygląd:
Chochliki wyróżniają się swoją sylwetką i posturą spośród wróżek. Związane jest to z trybem życia, które w większości toczy się w podziemiach, lecz Sai jest wyjątkiem potwierdzającym regułę, ponieważ dzieciństwo i dalszy rozwój odbywał się na powierzchni Ziemi. O ile chochliki zazwyczaj są ohydnymi istotami, o wykręconych kończynach i  skrzywionym kręgosłupie (moralnym także), o tyle on bardzo przypomina człowieka – ze sylwetki. Może nie jest gigantem, bo mierzy 180 cm wzrostu, ale na pewno w swoich kręgach za takiego go uważają. Utrzymuje stałą kondycję, stąd zadbane, atletyczne mięśnie bez sterydów. Posiada regularne, szlachetne rysy twarzy i przyjemny uśmiech, jeśli jest w dobrym humorze, a to zdarza się nader rzadko. Trochę podstrzyżone włosy są gęste i mienią się jak białe złoto (mimo tego nie rzucają się w oczy w kompletnych ciemnościach). Jego skóra jest ciemno szara, dosyć często występują porównania do obsydianu lub bazaltu ze względu na gładkość powierzchni ciała. Zarówno język, jak i jego krew w żyłach, jest błękitnej barwy. Najbardziej uzewnętrznia się ta kolorystyka w jego tęczówkach, które toną w bielmach skażonych czernią. Jego uszy różnią się od przeciętnych chochlików, ponieważ są stosunkowo małe i lekko szpiczaste u szczytu. Na prawie całych plecach wytatuowany został jeden symbol jasno szarym kolorem: S (uproszczona sygnatura węża). Na co dzień nie odsłania swojego ciała - poza twarzą i dłońmi – chyba że odbywa szamanistyczny rytuał.
Ubiera się różnie, w zależności od okazji. Kiedy wybiera się do ludzkich miast, nosi takie ciuchy jak większość śmiertelnych: luźniejszy podkoszulek, kurtka, jeansy, a wszystko w jaśniejszych odcieniach niż jego skóra. Nie uznaje jakiegokolwiek nakrycia głowy, nawet kasku na motorze. Buty mogą być jakiekolwiek, byleby były miękkie, wygodne i na pewno nie w jaskrawych, dziewczęcych barwach. Każdy element stroju jest przemyślany tak, aby w każdej chwili być gotowym do akcji (jaka by ona nie była) i aby nie sprawiała trudności w poruszaniu się nawet w ekstremalnych warunkach. Będąc u siebie chodzi bez obuwia, w luźniejszych spodniach i T-shirtcie. Na uszach znajdują się niewidoczne gołym okiem dziurki po kolczykach, które wraz z biżuterią zakłada na obrządki.

Charakter:
Z reguły jest dumny, a zarazem oddany w imię duchowych mocy, nawet jeśli znajduje się w kropce. W przeszłości wzorowo sprawował się jako uliczny grajek, kochanek przepięknej Amel, przyjaciel przystojnego motorzysty Daniela, ale będąc opuszczonym przez wszystkie dotąd znane mu osoby postąpił egoistycznie i wymazał przeszłość z pamięci. Jedyne co zostało z dawnych czasów to zamiłowanie do muzyki, z którą nigdy się nie rozstanie. Często jeśli uśmiecha się, to ironicznie lub na milisekundę, na co dzień odznacza się chłodnym obliczem. Co prawda umie okazywać skrajne emocje, lecz nie szczyci się nimi, ponieważ nie widzi w tym sensu. Nie przejmuje się obelgami w stylu „Czarnuch”, „Brudas” itp., ale bezpodstawne obrażanie jego muzyki to najgorsze przestępstwo, za co jest w stanie srogo ukarać. Jeżeli jest w nim coś szczerego, to na pewno nienawiść do tych, którzy są wobec niego fałszywi. Nie klnie. Nie angażuje się w życie innych, tego samego wymaga od przeciętnego rozmówcy. Zdarzają się oczywiście wyjątki, wtedy też zaintrygowany daną personą może podsunąć kilka słówek o sobie swoim przenikliwym, krystalicznym głosem, aby przekonać osobę do czegoś więcej niż zwierzeń. Może ma coś w sobie z typa „zrobię to za tamto”, niemniej jednak z interesownością bywa różnie. Gdyby ktoś chciał wyżalić mu się na ramieniu lub powierzyć sekret, macie pewność, iż nikomu nie zdradzi chwil słabości „poszkodowanego”. Jest pamiętliwy. W napływie złości na kogoś może dochodzić do rękoczynów albo zmyślnych tortur, nigdy jednak nie wyjmie brudów na wierzch w postaci słownych wypominek. Woli nie zatruwać sobie umysłu zbędnymi informacjami, żeby rzetelnie i obiektywnie podchodzić do różnych zagadnień. Przywyknął do samotnego trybu życia, co nie oznacza, że jest aspołeczny. Z czasów świetności jego życia dobrze porozumiewał się z kolegami po fachu, a dziś przekłada to doświadczenie w nawiązywaniu (szemranych) znajomości. Kręcą go pokręcone istoty: od młodych do starych, kobiety i mężczyźni, mali i wysocy. Mimo swojego stosunku do istot dwulicowych, gdy na takowe natrafi na swojej drodze, nie musi od razu przelewać ich i swojej krwi. Jak ma zły humor, chętniej wyładuje swoją agresję na innych lub dochodzi do samookaleczeń, nigdy nie bije osobników słabszych lub rannych (chyba, że sam doprowadził kogoś do takiego stanu). Uwielbia odurzać się ziołami o działaniach dalekich od przypraw kuchennych. Od czasu do czasu korzysta z nich przy urozmaicaniu różnych imprez okolicznościowych. Dileruje także tymi specyfikami.

Historia:
Początki bywają takie same. Gdzieś ktoś się rodzi, dorasta sam lub z rodziną, coś dzieje się w życiu co odmienia resztę egzystencji, poznaje się inne istoty i w końcu przychodzi taki czas, kiedy zadaje się pytanie: A co, jeśli każdy następny dzień nie wnosi nic szczególnego, tylko odnosi się wrażenie powolnej agonii?  Są na to dwa sposoby, ale gdyby zatrzymać się na jednym z nich, nie trzeba byłoby pisać dalej.
Sai zdecydowanie należał do osób, które nie wykorzystały szansy od losu i nie zdołały przebić się swoim istnieniem do społeczeństwa, czy wynieść się w wartości wyższe. Marniał w oczach, zanurzał się w swoim świecie muzyki i przymierał głodem. Niczego nie miał, by stracić, ale też by mieć z tego większy zysk. Ostatni gest w stronę wartościowego życia skierował w stronę widowni przy jednym z występów, pewnego zimowego wieczoru. Kiedy zapytał o utwór, który miał zagrać na koniec, liczył po cichu na ciekawy dobór repertuaru finalizującego zarówno umowę z właścicielem lokalu, jak i jego życie. Oczywiście głosów było wiele, lecz skierowane z agresją na grajka, którego wygwizdano lub w stronę którego rzucano wyzwiskami. Nie wszystko było stracone – udając strojenie gitary do ostatniego kawałka zerkał spode łba na przybyłych gości, aby wyhaczyć najbardziej pożądaną przez siebie osobę. Taką, która wyglądała na samotną, nierzucającą się w oczy. Tacy skrywali przed światem niejedną tajemnicę. Albo prochy w kieszeni płaszcza.
W końcu udało mu się skrzyżować spojrzenie z dilerem i skinął głową potwierdzając swoje zainteresowanie świeżym towarem, przy czym transakcja przypadała dopiero po utworze, który miał porwać sztywne towarzystwo. Cóż, efektu zamierzonego nie osiągnął, lecz miał inną sprawę na głowie. Iść odebrać wypłatę za występ od właściciela lokalu i zakupić działkę podobno najlepsze narkotyki na mieście. Miały dawać takiego kopa, by zupełnie inaczej spoglądał na świat. Niestety, właściciel lokalu nie wypłacił ani grosza za występ tłumacząc się kiepskim repertuarem chochlika. Artysta wykłócał się przy publiczności, lecz goryle skutecznie pozbyli się problemu wyrzucając pobitego młodzieńca na bruk. Była to wtedy jedna z tych zim, która obfitowała w tęgi mróz tuż po okresie wzmożonego opadu śniegu. Stąd ślady krwi brudziły zaspę śniegu, do której go wrzucono. Miał tak poprzetrącane kości, iż nie potrafił się podnieść o własnych siłach. Zdołał tylko doczołgać się do pierwszego, lepszego zaułka i trzymając się za połamane żebra oddychał nerwowo. Splunął posokę na bok, jednak pech go nie opuszczał, bo napluł akurat na buty dilera. Cholera, śledził go. Zaraz oberwał z buta w pysk i z cichym jęknięciem zbierał resztki dawno rozsypanej godności. Jegomość w płaszczu nie zamierzał się nawet schylać nad młodzieńcem, tylko wycedził przez krzywe zęby:
- Nie tak się umawialiśmy. Zmarnowałeś mój cenny czas.
Podkrążone oczy chochlika gasły z każdą chwilą, aż ujrzały nicość. Nie tak planował rozstawać się z życiem. Jeszcze przed utratą przytomności poczuł dwa silne uderzenia w żołądek, po czym odpłynął. Urwany film nabrał ciągłości w zupełnie innym miejscu, bardzo głęboko pod ziemią. Rozmazany obraz nabierał ostrości, gdy starsza kobieta nacierała jego ciało smolistą substancją zupełnie nie widząc, iż chłopak ocknął się. Palcami przejeżdżała po żebrach malując na nich tajemnicze znaki. Nie miał najlepszego przeczucia co do biegu wydarzeń, dlatego zdecydował się jak najszybciej ulotnić się stąd. Tylko nie teraz. Musiał jeszcze poczekać i wykorzystać okazję, gdy kobieta uda się do innego pomieszczenia. Tak też się stało. Młodzieniec ostrożnie podźwignął się z kamiennego łóżka i trzymając język za zębami starał się czmychnąć z tego nieznanego miejsca. Niestety gdy tylko stanął pokrzywiony w drzwiach zdał sobie sprawę z powagi sytuacji. Nie znajdował się bowiem we zwykłym domu, a na zapleczu świątyni, gdyż wychodząc stąd dostrzegł ołtarz, pochodnie palące się gryzącym w oczy płomieniem i tłumy wiernych, którzy śpiewali dziwne pieśni. Gdyby teraz przekroczył próg zaplecza, i tak zostałby dostrzeżony. Najgorsze było to, że nie mógł użyć żadnych swoich zdolności – ktoś narzucił na niego blokadę.  I na domiar złego wróciła kobieta, która w oka mgnieniu rzuciła zaklęcie unieruchamiające jego ciało. Padł długi jak kłoda i stracił jakiekolwiek szanse na ucieczkę. Szamanka bez mrugnięcia okiem zawiązała mu oczy czarną chustą nasączoną naftą, wetknęła w usta gorzką papkę, która zacementowała mu język , a później sięgnęła ręką po jego włosy i szarpiąc za nie wywlokła młodzieńca na ołtarz. Modlitwy ustały, zapadła cisza, głos zabrała kapłanka, która „doglądała” ofiary do uroczystości. Dwóch innych kapłanów ułożyło znieruchomiałego chochlika na stole ze słomy i układało błękitne chabry dookoła Sai’a.  Po krótkich dekoracjach odsunęli się robiąc miejsce dla przewodniczącej zgromadzenia. Uniosła obie ręce do góry i wołała podniosłym głosem:
- O wielki Thunundusie! Przyjmij naszą ofiarę, abyś dalej sprawował pieczę nad swoimi wyznawcami!
Tłum wtórował pomrukiem podobnym do burzy, szurali stopami po podłożu w jednakowym rytmie i co jakiś czas rzucali jednosylabowe słowa. Chochlik nadal był pod wpływem czaru, nie mógł drgnąć ani o milimetr. Jeszcze przez opaskę na oczach niczego nie widział. Tragiczne położenie. Nie był zdolny nawet do wołania o pomoc. Jeszcze do końca przytomnego umysłu próbował znaleźć sposób na ratunek, do końca wierzył, że czar unieruchamiający upłynie i zdoła poruszyć się chociaż o tyle, by spaść z ołtarza. Już wiedział co go czekało, jeśli nie wywinie się stąd prędko.
Oto kapłanka o imieniu Beth spuściła dłonie wznoszone wcześniej ku skalistemu sklepieniu z wyrzeźbioną głową bożka, by kontynuować swój zamiar. Nie kwapiąc się, z zimną krwią, zabrała jedną z pochodni i wrzuciła na stos z młodzieńcem. Wszyscy obecni wielbili swojego boga tupiąc i wyśpiewując utwory wychwalające go ponad wszystko. Ale w pewnym momencie tłum milknął, aż zamarł z niedowierzania w to co widzieli i słyszeli. Pod wpływem gorąca od podpalonej skóry roztopił się także beton w ustach ofiary, która paliła się żywcem. Młodzieniec krzyczał w przeraźliwym bólu, który przedzierał jaskinię na pół. Nadal nie mógł się ruszyć, szamanka swoim zaklęciem skazała go na pewną śmierć. Każdy osłupiony prócz winowajczyni nie wiedział co ma zrobić. Oniemieli z trwogi nad tym widowiskiem. Bo o ile łatwiej złożyć w ofierze trupa, niż jeszcze oddychającą z trudem, ale oddychającą, istotę? Nikt mu nie pomógł mimo wszystko.
Krzyki cichły, umierał w męczarniach. Czarna wstęga na oczach wtopiła się w gałki oczne, wszystkie inne członki wykręcały się i spalały na wióry. Jedynie klątwy nałożone przez szamankę straciły swoją moc, ale było już za późno. Tonąc całkowicie w płomieniach, ze zwęglonym ciałem, chochlik zdołał tylko zrobić dwie rzeczy. Pierwszą z nich było uniesienie palącej się jak żywa pochodnia ręki i wskazanie nią na obecnych. Drugą były ostatnie słowa, które skierował wraz z dłonią na tych, którzy gapili się na jego agonię.
- Bądźcie… przeklęci…
Gdy dłoń obnażona ze skóry i mięśni opadła, sklepienie nad jaskinią zadrżało gniewnie. Najwyraźniej Thunundus nie był zadowolony z ofiary i ukarał wyznawców, albo wcześniejsze krzyki Saia przyczyniły się do naruszenia konstrukcji. Strop zawalił się w jednej chwili grzebiąc wszystkich wiernych i kapłanów. Nastała grobowa cisza.
Miesiąc później w to samo miejsce dotarła ekspedycja grotołazów, którzy zainteresowani tąpnięciem jednej z jaskiń postanowili sprawdzić przyczynę. Oczywiście nie byli to ludzie, tylko grupa młodych Nieśmiertelnych, którzy nie obawiali się takich wypraw. Była to istna mieszanka etniczna, którą połączyła pasja do chodzenia po jaskiniach. Znalazły się też osoby twierdzące, że w tym miejscu bywały kulty odłamu czarodziejów, stąd ciekawość rosła jeszcze bardziej. Byli zbyt śmiali, by zakładać mroczne scenariusze. A jednak przystanęli w pewnym momencie widząc stertę gruzów nadwyrężając wyobraźnię i zakładając się co tam zastaną. Dwa demony z łatwością przewaliły skały na bok odkrywając niecodzienny widok.
Zwłoki, mnóstwo śmierdzących zwłok, które nie rozłożyły się całkowicie ze względu na niską temperaturę panującą w jaskini. Większość i tak skrywały płyty skalne oderwane od sufitu. Ekipa penetrowała okolice z jeszcze większym zaangażowaniem, aż jeden z grotołazów odkrył widok, który przyprawił go o zakłopotanie. Nie chciał wypaść słabo przy kolegach, lecz od swądu spalonego ciała i mieszanki nafty był bliski eksplozji wymiocin. Ci o silnych nerwach podeszli bliżej ołtarza i zdumieli się widząc szczątki istoty, która… żyła. Szaroskóry osobnik o lśniąco białych włosach miał przywalone nogi głazem, a sama jego postura wzbudzała litość w nawet najtwardszych sumieniach. Gdzieniegdzie nie miał nic prócz białych kości, skóra miejscami była tak zwęglona, że od dmuchnięcia rozsypywała się. Jakim cudem ten ktoś przetrwał tyle czasu w takich warunkach, w takiej kondycji? Musiał mieć ogromną wolę życia, albo ktoś go ochronił od śmierci.
Gdy jeden z grotołazów nachylił się nad twarzą istoty, ta otworzyła nagle oczy. Błękitne, tonące w mrocznej czerni bielm.
- Nie bój się… nie zrobimy Ci krzywdy.
Zbliżyła się kobieta o blond włosach, która mając anielskie zdolności prędko rozłożyła dłonie nad młodzieńcem i próbowała odtworzyć całkowicie zniszczone fragmenty ciała Sai’a. Kosztowało ją to wiele wysiłku, ale efekt był miażdżąco udany. Jedynie co mu brakowało to ubrania, lecz obecni podzielili się między sobą tym co mieli w nadmiarze i ostrożnie przyodziali chochlika. Ten ciągle milczał, kompletnie wycieńczony, jakby cały ten czas spędzony w zawalonej jaskini przeznaczył na przedłużenie swojej egzystencji. Tak bardzo docenił życie w obliczu śmierci, że być może Thunundus zlitował się nad nim i nie mając już żadnych wyznawców postanowił zamieszkać w jego ciele. Oczywiście stracił swoje boskie moce, lecz przynajmniej uratował kogoś i dalej mógł istnieć.
Po kilku miesiącach kuracji i oswajania się do światła dziennego (nabawił się światłowstrętu) był zdolny wyjść na powierzchnię. Nie zajęło mu też dużo czasu, by nabrać fachu w tym, w czym specjalizował się w podziemiach. W dilerce. I zniszczył konkurencję, która pamiętnego, zimowego dnia, przyczyniła się do metamorfozy chłopaka.

Inne:
-W jego żyłach płynie błękitna krew, która zawsze jest chłodna (w okolicach 5°C).
-Nie przepada za ostrymi promieniami słonecznymi, toteż gdy jest słonecznie nosi przyciemniane okulary.
-Podczas rytuału zapomniał o swojej przeszłości – innymi słowy urwał wszelkie stare znajomości.
-Gra dorywczo po knajpach, oczywiście pod osłoną nocy lub światła słabej żarówki.
-Pachnie chabrami z popiołem.

Inne konta:
Eto, Inu, Ryu
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Heinrich
Nadczłowiek
avatar

Liczba postów : 5
Join date : 05/02/2014

PisanieTemat: Re: Sai Pitt   Pią Kwi 18, 2014 4:27 pm

Pierwsza moc bez ograniczeń.
Druga 3 posty użytkowania na 3 odpoczynku.
Trzeciej możesz użyć max na 5 przedmiotów jednocześnie, potem odpoczywasz przez 4 posty.

Akcept

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Sai Pitt
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Nieśmiertelni ~ Kolebka Upadłych Aniołów :: Informacje :: Karty postaci :: Karty akceptowane-
Skocz do: